Nie licząc psa

Nie pojmuję, jak ja czytałam swego czasu „Nie licząc psa” Connie Willis, pamiętałam bowiem tylko, że mi się podobało, że było o podróży w czasie do epoki wiktoriańskiej, i to mniej więcej wszystko. Zuzanka mi przypomniała, że mogłabym i chciałabym przeczytać to ponownie, co uczyniłam z wielką radością, oraz z równie wielkim zdumieniem odkrywając, że zupełnie nie pamiętam roli, jaką odgrywa tu kot, ani kamerdyner. Gorzej, dziesięć lat temu od razu wiedziałam, na czym polega misja Fincha, a tym razem nie. To jest właśnie starzenie się, tak? I czy to znaczy, że za dziesięć lat znowu ją przeczytam z tą samą niepamięcią? W sumie mogę, bo jest przezabawna, urocza, świetnie napisana. Właściwie to „Księgę sądu ostatecznego” też pamiętam mgliście. Bardzo mgliście.

Sobota

Sobota utwierdziła mnie w przekonaniu, że McEwan jest dokładnie takim pisarzem, jakich uwielbiam i wysoko cenię: znakomitym prozaikiem, solidnym i ironicznym jednocześnie. Nadal nie rozumiem, dlaczego go nie odkryłam wcześniej, ale to i dobrze, bo przynajmniej coś jeszcze w życiu mnie czeka. Ta książka to jeden dzień z życia nudnego, angielskiego neurochirurga pod pięćdziesiątkę, męża swojej żony, ojca dwójki dorosłych dzieci. Skupia się na przeżyciach i przemyśleniach bohatera, co można łatwo uznać za nudne, jeśli się należy do rodzaju ludzi uznających takie rzeczy za nudne. Ja nie należę i uwielbiam tę łagodną ironię, kiedy McEwan opisuje ze smakiem, jak Perowne czytał pod kuratelą córki „Annę Kareninę” i „Panią Bovary”. Wartość tych książek, jego zdaniem, polega na tym, że przedstawiają „rozpoznawalną fizyczną rzeczywistość” i idę o zakład, że to motto przyświeca autorowi. „Żadnych więcej karłowatych doboszy” błaga w liście do córki bohater. Oprócz literatury mowa tu również o neurochirgii, o tym czymś niedefiniowalnym, a fascynującym, co nazywa się British Way of Life, i o polityce sprzed dziesięciu lat, rzecz dzieje się bowiem osiemnaście miesięcy po jedenastym września. Strach przed terroryzmem odgrywa tu rolę pozornie drugoplanową, w istocie jednak to on jest osnową tej powieści. McEwan potrafi stworzyć swojemu bohaterowi sytuację, która powoduje dyskomfort u czytelnika stawiającego się, mniej lub bardziej świadomie, na jego miejscu. Bardzo satysfakcjonująca lektura.

Rowerem w wodzie

Basen mój lokalny zamknęli w styczniu 2012 z powodu remontu, poprzedni remont był bowiem wprawdzie całkiem niedawno (jakieś sześć lat wcześniej), za to był zrobiony źle, i konieczny okazał się nowy. Obiecywali, że zamykają na pięć, góra siedem miesięcy, otworzyli więc go teraz, pod koniec marca 2013. Nie omieszkali poinformować o tym radosnym fakcie wszystkich mieszkańców, wrzucając im ulotki do skrzynek pocztowych. W jednej z nich wyczytałam, że z okazji otwarcia proponują wieczór aquabikingu i ucieszyłam się bardzo, bo zawsze chciałam tego spróbować, a nigdy się nie składało. W sobotni wieczór udałam się więc rowerem na basen, zauważając wprawdzie, że dość głupie jest jechanie rowerem po to, żeby jeździć następnie na rowerze w wodzie, ale i tak uznałam ten środek transportu za najlepszy.

Przebrawszy się w kostium wlazłam do basenu, gdzie stały już machiny, i natychmiast zanurkowałam, żeby obejrzeć ją sobie z bliska. Nie jest skomplikowana, ma ramę, antypoślizgowe nóżki, pedały, siodełko i uchwyt podobny do kierownicy. Mój seans prowadził pan z zaskakującym akcentem, okazało się, że przyjechał aż z Tuluzy. Pedałowało się w wodzie złudnie lekko, ale nie tylko pedałowanie było w programie, należało również wstawać z siodełka, pochylać się nad uchwytem, zniżać się na pedałach, wymachiwać ramionami, i w sumie przez pół godziny zmachałam się dość konkretnie. Oraz stanie na pedałach bez trzymania uchwytu okazało się prawie całkiem niemożliwe, ale przynajmniej nie wpadłam z wielkim pluskiem do wody, co uczynili niektórzy moi sąsiedzi. Kiedy wyszłam z basenu, okazało się, że mój środek transportu najwyraźniej pozazdrościł wodnym machinom i postanowił się cichcem przebranżowić, był bowiem mokry.

Science fiction

To jest nie do opisania cudowna książka, zaskakująca i znakomita w swojej precyzyjnie skomponowanej wielowarstwowości pełnej paradoksów. Oczywiście wiadomo, że ja Dukaja uwielbiam nie od dziś, ale „Science fiction” jest naprawdę całkiem obiektywnie powalające i dostarcza ogromnej uciechy. Głównym protagonistą jest Edward Caldwell, pisarz twardej science fiction, prawdopodobnie alter ego Dukaja, który rozmawia tutaj na temat swojej twórczości: to jest pierwszy poziom zagłębienia. Dukajowi udaje się tutaj nieustannie nadążyć za czytelnikiem, prowadząc z nim wręcz dialog. Kiedy pomyślałam, że i językowo ta książka jest doskonała, że Dukajowi w końcu przestał przeszkadzać język i posługuje się nim oszałamiająco sprawnie, żeby wyrazić dokładnie to, co mu rozszalała wyobraźnia podsuwa, dwie strony dalej dokładnie to samo powiedziała do Caldwella jego dziewczyna. Kiedy zanosiło się na scenę erotyczną i pomyślałam „o rany, będzie scena erotyczna u Dukaja?! Nie wierzę!”, bohater po chwili klarownie wytłumaczył, dlaczego unika w swoich książkach takich rzeczy. Po czym nastąpił jedyny znany mi metamoment w literaturze. Nie mogłam w żaden sposób się zdecydować, czy się śmiać, czy paść na kolana z podziwu, zrobiłam więc obie te rzeczy naraz.

Ale to dopiero początek. Na drugim poziomie zagłębienia mamy Caldwella dyskutującego o science fiction jako takiej, i udowadniającego z Dukajową przenikliwością, że tego typu literatury już się nie da w naszych czasach pisać. Co oczywiście nie przeszkadza temu, że na trzecim poziomie mamy tu inkrustowane fragmenty powieści Caldwella, podejmującej poniekąd tematykę z „Innych Pieśni”, ale w trochę innym ujęciu (aczkolwiek pisanie „o czym to jest” nie będąc Dukajem jest z góry skazane na porażkę). Pod koniec książki ten pomysł zostaje klarownie wyjaśniony, a to oznacza, że trzeba całość przeczytać jeszcze co najmniej raz, z dodatkową wiedzą. Na czwartym poziomie – nadążają Państwo jeszcze? – w tejże powieści Caldwella są nawiązania na przykład do Gombrowicza, i przyznaję, dopiero teraz mnie uderzyła ich oczywistość. Nigdy wcześniej nie przyszło mi to do głowy, a powinno było co najmniej podczas lekury „Innych Pieśni”. To wszystko są poziomy metaliterackie, tymczasem jest jeszcze warstwa zerowa, w której Caldwell obmyśla aplikację ważącą sumy dobrych i złych uczynków użytkownika według zadanej w parametrach religii, a jego syn Michael został porwany w Zimbabwe.

Na koniec natomiast trzeba dodać, że te warstwy tworzące książkę nie są równoległe. Są splecione we wstęgę Möbiusa. Wiem, że to wszystko brzmi nader skomplikowanie, ale ostateczny dowcip polega na tym, że nie jest. Że to się po prostu świetnie czyta, kiwając głową ze zrozumieniem, rechocząc, albo otwierając buzię z zachwytu, i pragnąc zacytować co drugi przeszywająco trafny albo cudownie poetyczny akapit, chociaż jakie tam zacytować, od razu nauczyć się na pamięć in extenso.
„- Samiście zdumpingowali rynek e-booków. A teraz jęki i lamenty!” – ubawiło mnie dodatkowo strasznie, bo kupiłam tę książkę w ramach pakietu na bookrage.org, a ona specjalnie w tym celu została napisana. I jeszcze to, w ramach kolejnego metażartu „To miało być krótkie opowiadanie,  a nie  cholerny dziesięcioksiąg z appendiksami.”

Martwi mnie tylko to, że po tej książce już naprawdę niczego nie da się napisać. To jest fantastyka ostateczna, kropka nad i, horyzont zdarzeń. Czy ja przypadkiem już tego kiedyś nie stwierdziłam?

Portal zdobiony posągami

Nie jestem bynajmniej nowicjuszką, jeśli o Huberatha chodzi, lecz przyznaję, że „Portal zdobiony posągami” sprawiał mi na początku dużo trudności. Spodziewałam się podświadomie czegoś równie zapierającego dech, co „Vatran Auraio”, tymczasem to zupełnie odmienna książka. Długo irytowały mnie manieryzmy w narracji, i miałam je nawet za błąd redaktorski, zanim do mnie nie dotarło, że to celowe. Trudno jest wejść w ten świat przedstawiony (na początku mrocznie i opresyjnie, typowo dla tego autora), ale kiedy się to już uda, rzecz wciąga i nagradza wytrwałego czytelnika. Nie zdradzę wielkiego sekretu pisząc, że inspiracją Huberatha była Boska Komedia. Główny bohater, Ioanneos, jest pozornie na konferencji dla historyków sztuki, w odosobnionym ośrodku. Miejscem tym rządzą dziwaczne reguły, i początkowa bierna ich akceptacja przez Ioanneosa jest wyjątkowo irytująca dla czytelnika, potem jednak akcja nabiera rozmachu. Pojawia się coraz więcej nawiązań do epoki renesansu. W pewnym momencie zabrałam się za guglanie obrazów i nazwisk, odkrywając malarstwo Signorellego, autora fresków w Orvieto. Bogactwo wyobraźni Huberatha raz jeszcze mnie zadziwiło. To książka niezwykła, niesłychanie poetyczna i malarska.

Wadjda

Fajny film widziałam. Dość niezwykły, bo pierwszy długometrażowy wyprodukowany przez Arabię Saudyjską, i to od razu reżyserowany przez kobietę. Wadjda jest pyskatą i nader przedsiębiorczą dwunastolatką noszącą trampki i dżinsy, a na to obowiązkową abaję do kostek do szkoły, gdzie uczy się recytować Koran. Bez specjalnego zapału zresztą – do czasu aż się dowie, że za wygranie konkursu recytacji dostaje się pieniądzę. Te są jej potrzebne na zrealizowanie wielkiego marzenia o rowerze, a informacje, że dziewczynka przecież nie może jeździć na rowerze, spływają po niej jak woda po kaczce. Wątki poboczne są równie interesujące. Ojciec Wadjdy szuka drugiej żony, bo pierwsza nie może mu już dać dzieci, ale to wcale nie oznacza, że łatwo się godzi z perspektywą posiadania rywalki. Szkolna koleżanka Wadjdy wychodzi za mąż i pokazuje w szkole zdjęcia z uroczystości. Uroczy, zaskakujący film, z naprawdę znakomicie zagraną nie tylko tytułową rolą.

Osoby pamiętające poprzedni ustrój polski i na przykład komedie Barei dostrzegą tu jednak charakterystyczne „poklepywanie po pleckach”. Pośmiejmy się z absurdów naszej codzienności, w dozwolonych granicach, ale w sumie to przecież nie jest tak źle, nieprawdaż towarzysze i towarzyszki? Przecież pozwalamy się z tego śmiać, nie jesteśmy tyranami, przyznajemy, że są pewne wypaczenia, ale summa summarum żyje się nam całkiem fajnie. Wiadomy ustrój w Polsce przeminął, zaś co będzie w Arabii Saudyjskiej, czas pokaże. Ciekawa też jestem bardzo, co wyrośnie z młodej aktorki Waad Mohamed, i dokąd będzie jej dane dojść.