Science fiction

To jest nie do opisania cudowna książka, zaskakująca i znakomita w swojej precyzyjnie skomponowanej wielowarstwowości pełnej paradoksów. Oczywiście wiadomo, że ja Dukaja uwielbiam nie od dziś, ale „Science fiction” jest naprawdę całkiem obiektywnie powalające i dostarcza ogromnej uciechy. Głównym protagonistą jest Edward Caldwell, pisarz twardej science fiction, prawdopodobnie alter ego Dukaja, który rozmawia tutaj na temat swojej twórczości: to jest pierwszy poziom zagłębienia. Dukajowi udaje się tutaj nieustannie nadążyć za czytelnikiem, prowadząc z nim wręcz dialog. Kiedy pomyślałam, że i językowo ta książka jest doskonała, że Dukajowi w końcu przestał przeszkadzać język i posługuje się nim oszałamiająco sprawnie, żeby wyrazić dokładnie to, co mu rozszalała wyobraźnia podsuwa, dwie strony dalej dokładnie to samo powiedziała do Caldwella jego dziewczyna. Kiedy zanosiło się na scenę erotyczną i pomyślałam „o rany, będzie scena erotyczna u Dukaja?! Nie wierzę!”, bohater po chwili klarownie wytłumaczył, dlaczego unika w swoich książkach takich rzeczy. Po czym nastąpił jedyny znany mi metamoment w literaturze. Nie mogłam w żaden sposób się zdecydować, czy się śmiać, czy paść na kolana z podziwu, zrobiłam więc obie te rzeczy naraz.

Ale to dopiero początek. Na drugim poziomie zagłębienia mamy Caldwella dyskutującego o science fiction jako takiej, i udowadniającego z Dukajową przenikliwością, że tego typu literatury już się nie da w naszych czasach pisać. Co oczywiście nie przeszkadza temu, że na trzecim poziomie mamy tu inkrustowane fragmenty powieści Caldwella, podejmującej poniekąd tematykę z „Innych Pieśni”, ale w trochę innym ujęciu (aczkolwiek pisanie „o czym to jest” nie będąc Dukajem jest z góry skazane na porażkę). Pod koniec książki ten pomysł zostaje klarownie wyjaśniony, a to oznacza, że trzeba całość przeczytać jeszcze co najmniej raz, z dodatkową wiedzą. Na czwartym poziomie – nadążają Państwo jeszcze? – w tejże powieści Caldwella są nawiązania na przykład do Gombrowicza, i przyznaję, dopiero teraz mnie uderzyła ich oczywistość. Nigdy wcześniej nie przyszło mi to do głowy, a powinno było co najmniej podczas lekury „Innych Pieśni”. To wszystko są poziomy metaliterackie, tymczasem jest jeszcze warstwa zerowa, w której Caldwell obmyśla aplikację ważącą sumy dobrych i złych uczynków użytkownika według zadanej w parametrach religii, a jego syn Michael został porwany w Zimbabwe.

Na koniec natomiast trzeba dodać, że te warstwy tworzące książkę nie są równoległe. Są splecione we wstęgę Möbiusa. Wiem, że to wszystko brzmi nader skomplikowanie, ale ostateczny dowcip polega na tym, że nie jest. Że to się po prostu świetnie czyta, kiwając głową ze zrozumieniem, rechocząc, albo otwierając buzię z zachwytu, i pragnąc zacytować co drugi przeszywająco trafny albo cudownie poetyczny akapit, chociaż jakie tam zacytować, od razu nauczyć się na pamięć in extenso.
„- Samiście zdumpingowali rynek e-booków. A teraz jęki i lamenty!” – ubawiło mnie dodatkowo strasznie, bo kupiłam tę książkę w ramach pakietu na bookrage.org, a ona specjalnie w tym celu została napisana. I jeszcze to, w ramach kolejnego metażartu „To miało być krótkie opowiadanie,  a nie  cholerny dziesięcioksiąg z appendiksami.”

Martwi mnie tylko to, że po tej książce już naprawdę niczego nie da się napisać. To jest fantastyka ostateczna, kropka nad i, horyzont zdarzeń. Czy ja przypadkiem już tego kiedyś nie stwierdziłam?

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s