Bez

Zakwitł bez. Z zachwytem wtykam nos w bladoszafirowe kiście, napawam się zapachem, i recytuję synowi odpowiedni fragment „Kwiatów polskich”, kolejny raz zastanawiając się nad dziwnym brakiem logiki w rachubie. Szofer otóż mai tam bzem swą taksówkę, wioząc na majówkę (na trawkie, piwko i muzykie) troje pasażerów, dwóch panów i jedną panią, zresztą kuchtę. Po czym dowiadujemy się, że wszystka trzech byli w drebiezgi pijane, co obejmuje również szofera. A co z panią? Jakoś nie wierzę, że akurat była abstynentką, więc co, nie wypadało wspomnieć o stanie pani, nawet jeśli była kuchtą? Nie wierzę, że tylko o metrum chodziło, nie Tuwimowi.

Zły imigrant, zły

W sklepie na taśmę przede mną wykładała zakupy starsza pani, ewidentnie produkty na ratatouille, aż z rozczuleniem pomyślałam, że to takie archetypowo francuskie. Rozczulenie przeszło mi jednak natychmiast, bo starsza pani patrzyła na mnie krzywo, z racji języka, jakim mówiłam do syna, i nawet coś tam pod nosem mamrotała o „russes”. Rozżaliłam się więc w duchu nad sobą, że przecież dlatego właśnie kiedyś nie chciałam przyjeżdżać do Francji, że zawsze będę tu tą gorszą imigrantką, że zawsze będą krzywo patrzeć, i że chciałabym do siebie już natychmiast. Przez dobre dziesięć sekund chciałam wracać do kraju rodzinnego, po czym przypomniało mi się, że tam przecież bytują babcie moherowe i niebabcie niemoherowe, które zarzucałyby mi niebycie prawdziwą Polką z przyczyn rozmaitych, i niekoniecznie na pierwszy rzut oka widocznych, ale stanowiących równie integralną część mojej osoby, co język. Przez chwilę nawet mnie to zmartwiło, ale potem jednak zdecydowanie pocieszyło.

Parasol

We wczesnych godzinach wieczornych sąsiad mój usłyszał dzwonek do drzwi. Otworzył, a na progu stałam ja.
– Dobry wieczór, przepraszam, że przeszkadzam – zagaiłam uprzejmie. – Czy ma pan może długi parasol z zagiętą rączką – tu zademonstrowałam dla pewności, jak ma wyglądać rączka – pożyczyć na parę minut?
Sąsiad pokazał swój parasol, z rączką istotnie odpowiednio zagiętą, ale składany.
– Oj nie, to za krótki – zmartwiłam się.
Sąsiad miał na twarzy wypisany znak zapytania całkiem podobny do rączki.
– Wpadł mi za lodówkę przedłużacz – zlitowałam sie nad nim – i potrzebuję czegoś długiego i zagiętego na końcu, żeby wyciągnąć – spojrzałam błagalnie, nie dodając, że natrętnie myślę o bosaku, ponieważ nie miałam zielonego pojęcia, jak jest bosak po francusku.
– Nic takiego nie mam, ale jest u mnie kolega, zaraz pani odsuniemy lodówkę i wyjmiemy! – ucieszył się sąsiad.
Przeszli z kolegą do mnie, spojrzeli na lodówkę, zajrzeli za lodówkę, zmartwili się nieco.
– A wieszak na ubrania może pani ma? – wymyślili.
– Mam – rzekłam i udałam się po tenże. Wróciwszy po niedługiej chwili zastałam mój przedłużacz wyciągnięty zza lodówki, bez pomocy wieszaka. Uradowałam się szczerze. Dobrze mieć sąsiada. Chociaż nie wiem, czy mój sąsiad podziela tę opinię.

Problem w nieważkości

Radio poinformowało mnie wczoraj, że w kosmosie aktualnie przebywa człowiek (chodziło o kanadyjskiego astronautę Chrisa Hadfielda), który ma zbadać, czy da się płakać w stanie nieważkości. Prowadzący audycję zastanawiał się, jak mianowicie astronauta będzie się zmuszał do płaczu: czy obierając cebulę, czy może oglądając smutne filmy. Przyznaję, że problem jest fascynujący, i nie przypominam sobie żadnej powieści sf, która by go poruszała. Przeoczenie!

Cwaniary

Cwaniary Sylwii Chutnik doskonałe, myślałam kiedyś, że tak będzie pisać Masłowska, ale skoro nie pisze, to całe szczęście, że jest Chutnik. Idealna równowaga między świetnym językiem, potoczystą narracją wpadającą chwilami w felieton, a treścią, odważnym fantazjowaniem o kobiecie mścicielce, superwoman, chuligance w ciąży. I na okrasę Warszawa. Upieram się, że to już zupełnie inne, obce miasto, ale czytając Chutnik uświadamiam sobie że nigdy do końca stamtąd nie wyjechałam, że pewne rzeczy nie zmienią się nigdy. Przyznaję, ryczałam nad tą książką w sposób absolutnie niepohamowany, ale to już kwestia osobista. Poza tym niezły kawałek literatury.

Francuska organizacja

Francuska organizacja polega na tym, że jak już wyremontowali ten basen przez czternaście miesięcy, i otworzyli go z pompą oraz aquabikingiem, i naobiecywali, że teraz to już cuda wianki, a basen mlekiem i miodem płynący, i zapisało się dziecko na zajęcia dla dzieci, i kupiło się sobie karnet, i idzie się z tym dzieckiem w sobotę rano wdziawszy uprzednio kostium, bo przecież dziecko będzie uczestniczyć w zajęciach, czyli my w tym czasie możemy pływać, co kochamy prawie najbardziej na świecie, to okazuje się, że nie. Nie  możemy pływać, gdyż zajęcia dziecka są o 9:40, a basen do 10 jest NIECZYNNY. Czynny jest od 7 do 9, i po 10, ale nie między 9 i 10. Bo tak.

Pokuta

Po poprzednich dwóch powieściach przywykłam, że bohaterem McEwana jest mężczyzna w średnim wieku, odnoszący sukcesy zawodowe, więc pewnym szokiem w „Pokucie” było spojrzenie na świat oczami trzynastolatki, wrażliwej i uzdolnionej literacko przyszłej pisarki. Rok 1935, nietypowo angielskie duszne i upalne lato, rodzinna posiadłość gdzieś na wsi, do której zjeżdżają dorosły syn z przyjacielem, córka studentka, jej przyjaciel z dzieciństwa, trójka dzieci ciotki, na miejscu jest wspomniana trzynastoletnia Briony i cierpiąca na migreny matka. Pan domu nieobecny, upał wszystkim daje się we znaki, i gdyby to nie był McEwan, to byłaby wymarzona sceneria dla kryminału. Ale to nie jest kryminał, choć to, co się wydarzy, jest równie dramatyczne i nieuchronne… właśnie, czy rzeczywiście? Autor drobiazgowo konstruuje następstwo zdarzeń, wyjaśnia dokładnie i z różnych punktów widzenia, co działo się w głowach uczestników, ale nadal pozostaje pytanie „dlaczego?”. Widzimy, że do tragedii potrzebny był cały splot okoliczności, i że wystarczyłoby w jednym miejscu przerwać łańcuszek, żeby do niej nie doszło, ale łańcuszek nie został przerwany. Trochę za złe miałam tutaj niepotrzebne nadmierne dramatyzowanie i wybieganie w przyszłość, w poprzednich dwóch książkach tego nie zauważyłam, ale być może to tylko lekki przesyt McEwanem i jego specyficzną, gęstą narracją.

SIEDEM

Siedem lat. Siedem, nagle. Matematyka jest nieubłagana, a ja nie ogarniam nijak. I nawet po siedmiu lat ciągle nie rozumiem jak to możliwe, że jadąc ot tak sobie na niedzielny obiad wielkanocny przejeżdżam obok Wieży, przez Concorde, koło Madeleine i Opery (jechałam przez Paryż, gdyż périph był zapchany z racji gigantycznych chasse aux oeufs). Nadal mam wrażenie, że ktoś mnie w końcu zatrzyma i surowo zapyta „a pani to co sobie właściwie wyobraża, że tak sobie tu jeździ? Ludzie grubą kasę płacą, żeby to wszystko oglądać!”

TF1, program pierwszy telewizji francuskiej, uznał, że odpowiednim filmem na wielkanocny wieczór jest  „Harry Potter i Książę Półkrwi”. Oczywiście, że obejrzałam, mimo francuskiego dubbingu, i nadal uważam, że to jest najsłabszy z serii.