Królowa samby

Pisanie jak Marc Levy byłoby niewątpliwie przyjemnie dochodowe, ale gdybym mogła wybierać, to wolałabym pisać jak Hanna Bakuła, bo przeczytałam z dużym zapałem środkową część trylogii o Hani Bani, „Królową samby” (pozostałe dwie przeczytałam swego czasu w przyspieszonym tempie, i chyba do nich jeszcze wrócę). Urocze i strasznie śmieszne, i jaki fantastyczny trzeba mieć dystans do siebie, żeby w takim tonie pisać o swoim dzieciństwie. Rozstanie matki i ojca przewija się tu subtelnie w tle, bohaterka jest bowiem nadal zainteresowana głównie jedzeniem. O tym pisze bardzo dużo i smacznie, więc odradzam bycie na diecie w trakcie lektury, gdyż po jednej jej stronie biegnie się buszować w lodówce.

Real Humans

Fajny serial sobie znalazłam. Nazywa się „Real Humans”, produkcji jest szwedzkiej, i kojarzy mi się nieodparcie z „Blade Runnerem”, ponieważ głównym pomysłem jest tu współistnienie ludzi z androidami, zwanymi hubotami (od „human robots”). Androidy niemal do złudzenia przypominają ludzi, a kluczowa jest kwestia, czy są to tylko maszyny, czy jednak coś lub ktoś więcej. Motyw fantastyczny bardzo mi zatem pasował, ale świetna jest też otoczka: współczesne społeczeństwo szwedzkie. Przewijają się tu na przykład dwie ożenione ze sobą lesbijki, z których jedna jest pastorem. Mamy tatusia, który bez ogródek namawia dorastającego syna do zaproszenia koleżanki do domu, gdy ten będzie pusty, i zaopatruje go przezornie w prezerwatywy. Aktorzy nie są przesadnie wymalowani ani wystrojeni, i przeważnie prezentują urodę szwedzką (czyli „jednak nie wystarczy być blond, żeby być przystojnym”). Postaci hubotów też są znakomicie zagrane, z sugestią pewnej plastikowości wyglądu i sztuczności ruchów. Na razie oglądać można tylko pierwszą serię, ale druga właśnie została ukończona, będę na nią czekać niecierpliwie.

Râleurs

W sobotę zrobiłam to, na co zawsze miałam ochotę, a nigdy przedtem nie było okazji, mianowicie objechałam rondo de Gaulle’a (czyli to obok Łuku Triumfalnego) w kółko, zatrzymałam się na awaryjnych i spod Łuku podjęłam Czarownicę z Squidem. Dobra, była sobota, godzina późna obiadowa, i na rondzie pustki, ale zawsze przeżycie. Następnie pan w restauracji jak na zamówienie pokazał im najbardziej typową francuską cechę, czyli jak należy râler. Najbliższy polski odpowiednik to narzekanie, ale to jest smęcące i jękliwe, natomiast râler to głośne i stanowcze okazywanie niezadowolenia. Francuzi mówią o sobie z dumą, że są „râleurs„, i jest w tym sporo prawdy. Czarownica wyjaśniła mi z kolei, jak okazywanie niezadowolenia wygląda w Anglii. Najkrócej mówiąc: nie wygląda w ogóle.

Romansowo

Mogą Państwo spać spokojnie. Na razie moje plany zdeklasowania Levy’ego spełzają na niczym, ponieważ najdalej przy drugim zdaniu mojego nowego kultowego romansu zaczynam się tak śmiać, że nie jestem w stanie nijak ciągnąć dalej. Facet musi mieć na to jakąś metodę, ale nie mam pojęcia jaką, poza tym, że skuteczną.

Pozostałam natomiast w temacie romansowym oglądając Luhrmanna „Romeo i Julię”, co za absolutnie nadzwyczajny film. Byłam zachwycona. Bardzo dobry scenariusz, swoją drogą. I proszę bardzo, już Szekspir, kimkolwiek był, wiedział, że należy pisać o miłości i śmierci, i to się zawsze sprzeda, nawet te bagatela parę stuleci później.

Et si c’était vrai

Nazwisko Marca Levy’ego usłyszałam od koleżanki, która zasadniczo czyta sporo i niegłupio, więc gdy wpadł mi w bibliotece w ręce jego debiut „Et si c’était vrai”, to sobie wzięłam. Bardzo tego żałowałam, bardzo, i miałam wielką ochotę przerwać lekturę jeszcze przed połową, ale powstrzymywała mnie myśl, że jak zmęczę do końca, to będę mogła uczciwie go obsmarować na blogu. Okazało się, że jest to francuski Janusz Leon Coelho. Na dobry początek bohaterka (piękna, młoda, fajna i samotna) ma wypadek samochodowy i trafia do szpitala w śpiączce. Do jej mieszkania wprowadza się bohater (przystojny, młody, fajny, spełniony zawodowo świetny architekt, samotny). Bohater wtem natyka się na bohaterkę w szafie. Znaczy, nie na bohaterkę, jeno na ducha jej (choć ona wcale nie umarła, przypominam), którego widzi i słyszy tylko on, nikt inny. Nadążają Państwo? Następuje rozkwit miłości, lecz nad bohaterami zawisa dramat w postaci groźby eutanazji wykonanej na uśpionym ciele bohaterki, bo zajmuje łóżko. Zatem bohater brawurowo porywa to ciało, po czym pojawia się niemłody, lecz z gruntu dobry policjant poszukujący porwanej, i już prawie mamy happy end, uff. Ale tę całą piramidalną bzdurę można by ewentualnie jeszcze jakoś znieść, gdyby nie to, że ćwierć książki zajmują opisy cudownej i przedwcześnie zmarłej matki bohatera. Zostawiła mu ona wielki dom z kawałkiem plaży (rzecz cała dzieje się w Kalifornii), więc bohater na dwadzieścia lat zamknął ten dom  na głucho i pojechał mieszkać i pracować do San Francisco, jak niewątpliwie każdy na jego miejscu by postąpił. Wraca tam dopiero z porwanym uśpionym ciałem swej ukochanej. Znaczy, ducha jej kocha. Ciało pewnie też pokocha, bo wprawdzie jest nieco blade z racji długotrwałej śpiączki, ale poza tym w świetnym stanie i ciągle piękne. Duch za to jest gadatliwy, czymś w końcu trzeba było te strony zapełnić. Dostajemy mnóstwo mądrości życiowych typu korzystaj z chwili, dopóki trwa, życie jest magiczne, wypisanych starannie kursywą i powtórzonych kilka razy, żeby czasem nam nie umknęły.

Dowcip polega na tym, że po sukcesie tego debiutu Marc Levy rzucił niezłą robotę, przeprowadził się do Londynu i produkuje co najmniej jedną książkę rocznie. Od dwóch dni zastanawiam się, czemu właściwie nie miałabym czegoś takiego napisać. Nie żeby od razu rzucać robotę, ale ot tak zarobić sobie trochę pieniędzy.. Gdybym miała duże wyrzuty sumienia, zawsze mogę je przecież oddać na jakiś cel dobroczynny.

Przypomnienia, pamiątki, powroty

Czytałam sobie czwarty tom wspomnień Żeromskiej, i coś mi nie pasowało. Zastanawiałam się długo, o co chodzi, po czym wrzasnęłam (w duchu)
– Ale to już przecież stara baba jest, a pisze cały czas jak egzaltowana nastolatka! – po czym natychmiast się zmitygowałam, że ani taka stara, ani taka znów egzaltowana, ale sedno jest takie. Pani w tych czasach (pobyt we Włoszech w 1963) zbliżająca się już do pięćdziesiątki, a ciągle ze świeżością spojrzenia i nieustannym zachwytem młodej dziewczyny. Jest to urzekające, i ma nadzieję, że trochę zaraźliwe, bo też bym tak chciała. Choć miałam mieszane uczucia, kiedy ze strasznym wzburzeniem opisywała, jak ktoś jej powiedział, że jej mama już nie jest młoda i zbliża się do końca swojego życia. Miałam ochotę powiedzieć „halo, kobieto, sama masz 45, matka 75, ŻYCIE jest nieubłagane”. Ale Żeromska takie fakty życiowe ma w pogardzie, i niby kto jej zabroni. Poza tym znów Włochy, znów oglądanie malarstwa, znów jedzenie…  Mnie to jest bliskie, bo to zupełnie jakbym słuchała wspomnień rodzonej ciotki mojej, która dokładnie tak odbierała świat, więc nie mam wątpliwości, że są ludzie, dla których to jest stan naturalny.

O znaczkach skarbowych

Z cyklu: te drobiazgi, które odróżniają od siebie kraje. We Francji, aby nabyć znaczki skarbowe, należy wejść do… brasserie (znaczy knajpy po prostu), tam w rogu odnaleźć kącik, gdzie sprzedawane są papierosy, i który nosi nazwę „bureau de tabac”, i tam są sprzedawane również znaczki skarbowe. Ma to oczywiście głęboki sens, bo sprzedażą papierosów zajmuje się administracja państwowa, ale jest dość zabawne.