Balladyny i romanse

Moją reakcję na początku czytania Karpowicza można streścić modnym w pewnym kręgach skrótem „ctkj?!” Myślałam do siebie dalej, że przecież Gościu polecał mi tę książkę dwa razy, paszport Polityki dostała, gdzieś jeszcze peany mi przeleciały przed oczami, więc za coś musiało to być, ale początek zupełnie nie mówił, za co. Koło strony 66 poczułam, że zaczyna mnie wciągać. Na setnej byłam zakochana ciężko i nieodwołalnie. Byłam kiedyś na jakimś motocyklowym rodeo i widziałam faceta jeżdżącego motorem po specjalnej konstrukcji, bez mała do góry kołami, w wielkim pędzie. Czytając Karpowicza miałam wrażenie, że zabiera nas na taką właśnie szaloną przejażdżkę bez trzymanki, miałam nieustający zawrót głowy od pomysłów i bon motów. Miesza się tu kultura wysoka z popularną, cytaty z pomysłami oryginalnymi, wysublimowane poczucie humoru z absolutnie sztubackim, bez żadnych ograniczeń stawianych fantazji i wygłupowi. Znajome to wszystko dziwnie, ale jednak cudownie świeże i pełne energii. Zastanawiam się, co autor odpowiadał na pytanie, o czym jest ta książka. Ja bym rzekła „o entropii,  współczesności, homo sapiens, bogach greckach, i paru innych drobiazgach”.  Żeby dać jakieś pojęcie o poczuciu humoru Karpowicza powiem tyle: tytuł jaki jest, każdy widzi, a książka składa się z trzech części. Pierwsza zatytułowana jest „Balladyny”, a trzecia „Romanse”.