O awizie

Koleżanka powierzyła mi awizo i swoje prawo jazdy w charakterze dokumentu, żebym odebrała poleconą przesyłkę z poczty. Koło poczty przejeżdżam rano rowerem, więc żaden problem to nie był. Tak przynajmniej się zdawało. Podjechałam na pocztę, podeszłam do okienka, dałam dokumenty znudzonej pani, która się im wnikliwie przyjrzawszy orzekła
– Nazwisko się nie zgadza na dokumencie i na awizie. Nie mogę wydać!
Zbaraniałam. Przyjrzałam się awizu sądząc, że zrobili jakąś literówkę, ale nazwisko mojej koleżanki widniało tam poprawnie. Spojrzałam na prawo jazdy sądząc, że z rozpędu podałam swoje własne, ale było to ewidentnie jej prawo jazdy.
– Jak to się nie zgadza..? – zakwestionowałam niepewnie słowa pani.
– No nie zgadza się, musi być to samo! Nie wydam! – upierała się pani.
Przyjrzałam się prawu jazdy jeszcze raz i doznałam olśnienia
– Aha, wysłała mnie z dokumentem na panieńskie nazwisko – rzekłam smętnie. – No cóż, przyjdzie sobie sama w takim razie…
Koleżanka mężatką, z tym samym mężem, jest od lat co najmniej dziesięciu, dodam w ramach puenty.

Poznań jest fajny

Gdyby wam kiedyś Zuzanka wspaniałomyślnie proponowała odwiezienie na lotnisko o poranku, to korzystajcie, a nie machajcie ręką, że przecież macie taki wygodny autobus spod domu tymczasowego, gdyż okazuje się, że ten autobus wprawdzie jest wygodny, ale może się na przystanku Port Lotniczy Ławica nie zatrzymać. Usłyszałam przez głośnik zapowiedź tego przystanku, zabrałam się do wstawania i zbierania bagaży, a tymczasem autobus pomknął radośnie dalej, nawet nie zwolniwszy.
– Ale dlaczego on się nie zatrzymał? – zbaraniałam.
– A bo to trzeba było nacisnąć przycisk – zostałam poinformowana skrzętnie, niestety po fakcie. Jedna emerytka dodatkowo popatrzyła na mnie z wyrzutem i oznajmiła potępiająco
– No – ja tak patrzyłam!
Kierowca wyjaśnił, że mogę wysiąść na następnym przystanku, i sobie dojdę te 300 metrów, więc wysiadłam i znalazłam się na kompletnym bezludziu, bez niczego przypominającego lotnisko w zasięgu wzroku. Był jednak jeden pan żul, za którym puściłam się biegiem z pytaniem, niby gdzie jest to lotnisko. Żul okazał się nadzwyczaj pomocny, choć nie całkiem bezinteresownie.
– Pani kierowniczko – wychrypiał na koniec – a prośbę mam taką, dołoży mi pani do piwa? Mówię uczciwie, piwa, bo chleb to mam w domu.
Nawet się ucieszyłam, bo zawsze po pobytach w Polsce zostaje mi garść monet, z którymi nie wiadomo, co robić, wyciągnęłam błyskawicznie portmonetkę, a tam… raptem 30 groszy.
– Strasznie mi przykro – oznajmiłam szczerze – chętnie dałabym panu wszystkie drobne, ale jak na złość nie mam więcej!
Korzystając z precyzyjnych wskazówek amatora piwa doszłam już bez problemu do faktycznie nieodległego lotniska, gdzie zaskoczyły mnie ceny dóbr wszelakich. Na Champs Elysées jest taniej.

W Poznaniu fajni ludzie są. Strasznie fajni ludzie tam są. A Zuzanka zna skuteczną metodę wyłączania dzieci nieletnich. Należy mianowicie jechać autostradą w deszczu, puściwszy kołysanki Turnaua i Umer. Dzieci po 5 sekundach przechodzą w stan zawieszenia.

Epopeja o naprawie piecyka

Jakoś tak z miesiąc temu łaskaw był zepsuć mi się piecyk gazowy grzejący wodę. Zadzwoniłam do firmy zajmującej się takimi urządzeniami, pod moją nieobecność przyszedł specjalista, wziął klucze od dozorcy, dokonał oględzin i zostawił mi kartkę „potrzebna część zamówiona”. Zadzwoniłam ponownie do firmy dowiedzieć się, ile potrwa zamawianie części, bo jednak bez ciepłej wody w kranie źle się żyje, zwłaszcza że zimno jeszcze było. Nie wiedzieli. Nawet orientacyjnie nie wiedzieli. Za to obiecali, że niezwłocznie zadzwonią, jak część będzie, i upewnili się, że mają mój numer poprawnie zapisany. Czekałam cierpliwie z tydzień, po czym zadzwoniłam sama. Panienka ucieszyła się, że część już mają, i możemy się umawiać na naprawę. Umówiłyśmy się na poniedziałek, jako że był to akurat piątek.

W poniedziałek poszłam spokojnie do pracy, ponieważ był akurat u mnie malarz, którego uprzedziłam, żeby fachowca wpuścił, a poza tym klucze były u dozorcy. Wróciłam wieczorem, piecyk nie grzał. Rozczarowana zadzwoniłam następnego dnia rano z pytaniem, dlaczego fachowiec się nie pokazał, i dowiedziałam się, że ależ oczywiście się pokazał. O 12:44 mianowicie, kiedy to i mój malarz i dozorca (i 99% Francji) mieli przerwę obiadową. Dowiedziałam się również, że powinnam była być w domu między 8 a 18, oni przecież uprzedzali. Umówiłam się kolejny raz na piątek, uprzedzając kolejny raz, że rano klucze u dozorcy, a ja na południe przyjadę. Jakoż i przyjechałam, byłam w domu o 12:15, i czekałam cierpliwie do godziny 15, kiedy to zadzwoniłam z nieuchronnym pytaniem, i dowiedziałam się, że ależ fachowiec już był. O 11:50 i nikogo nie zastał, dozorcy też przypadkiem nie.

Rozpłakałam się w słuchawkę. Potem otarłam łzy, umówiłam się na środę, wzięłam w pracy urlop na rano optymistycznie zapowiadając, że po południu przyjdę, i w środę siedziałam w domu niemal nie oddychając, żeby nie przeoczyć dzwonka do drzwi. Siedziałam tak do godziny 15, bo wtedy zjawił się fachowiec. Wymienił część skrzętnie, trzy razy wysłuchał mojej rzewnej opisanej tu właśnie historii, po czym rzekł
– Wie pani co, a jakby to mnie od razu wysłali, to ja bym to pani naprawił od ręki, bo takich membran to ja mam z dziesięć w samochodzie…
(Istnieje oczywiście możliwość, że koloryzował, i trzymam się tej wersji kurczowo.)

Balladyny i romanse

Moją reakcję na początku czytania Karpowicza można streścić modnym w pewnym kręgach skrótem „ctkj?!” Myślałam do siebie dalej, że przecież Gościu polecał mi tę książkę dwa razy, paszport Polityki dostała, gdzieś jeszcze peany mi przeleciały przed oczami, więc za coś musiało to być, ale początek zupełnie nie mówił, za co. Koło strony 66 poczułam, że zaczyna mnie wciągać. Na setnej byłam zakochana ciężko i nieodwołalnie. Byłam kiedyś na jakimś motocyklowym rodeo i widziałam faceta jeżdżącego motorem po specjalnej konstrukcji, bez mała do góry kołami, w wielkim pędzie. Czytając Karpowicza miałam wrażenie, że zabiera nas na taką właśnie szaloną przejażdżkę bez trzymanki, miałam nieustający zawrót głowy od pomysłów i bon motów. Miesza się tu kultura wysoka z popularną, cytaty z pomysłami oryginalnymi, wysublimowane poczucie humoru z absolutnie sztubackim, bez żadnych ograniczeń stawianych fantazji i wygłupowi. Znajome to wszystko dziwnie, ale jednak cudownie świeże i pełne energii. Zastanawiam się, co autor odpowiadał na pytanie, o czym jest ta książka. Ja bym rzekła „o entropii,  współczesności, homo sapiens, bogach greckach, i paru innych drobiazgach”.  Żeby dać jakieś pojęcie o poczuciu humoru Karpowicza powiem tyle: tytuł jaki jest, każdy widzi, a książka składa się z trzech części. Pierwsza zatytułowana jest „Balladyny”, a trzecia „Romanse”.