Przejście

Z przyczyn zupełnie dla mnie niejasnych latami nie mogłam się zebrać, żeby przeczytać „Przejście”. W końcu się zebrałam, i okazało się, że moja podświadomość miała rację. Jeśli uważałam, że „Księga Sądu Ostatecznego” jest przygnębiająca, to „Przejście” jest dołujące dwanaście razy bardziej. Całkiem otwarcie jest to rzecz o śmierci, i Connie Willis posuwa się tu chyba dalej, niż się posunął ktokolwiek. Dwoje naukowców bada, czym są doświadczenia graniczne, w charakterystyczny dla Willis sceptyczny sposób, czyli bezlitośnie wykpiony zostaje pan piszący książki o Świetlistych Aniołach i wiadomościach z Tamtej Strony. Bohaterka poddaje się eksperymentom zmierzającym do symulowania śmierci klinicznej, i trafia na Titanica. Tu mamy główną słabość tej książki: o Titanicu jest tu tyle i tak drobiazgowo, że można byłoby zasnąć, gdyby nie czająca się między wierszami groza. Potem bohaterowie biegają i miotają się, próbując rozwiązać zagadkę i dokonać przełomu w badaniach. Przydałaby się sensowna redakcja, żeby połowę tego przegadania wyciąć. Natomiast cała reszta jest genialna, to jest prawdziwa fantastyka naukowa, z solidną podbudową, i na temat, który nigdy wcześniej nie był poruszany. W dodatku o ile Obcych z mackami może kiedyś spotkamy, a może nie, o tyle umrzeć musimy wszyscy. Connie Willis rzuca zupełnie nowe światło na to, jak to się być może odbędzie. Dowiemy się z pewnością, czy miała rację, ale nie będziemy mogli już o tym napisać na blogu. Ta świadomość wywiera wrażenie, z którego nie mogę się otrząsnąć, choć wymowa tej książki jest paradoksalnie optymistyczna.

Ciekawostka taka

Gdyby Państwo kiedyś podróżowali gdzieś z ortodoksyjnym Żydem (w tym wypadku tunezyjskim, i posiadającym również przodków Węgrów, ale to nie ma nic do rzeczy), to należy być przygotowanym na to, że będzie on biegał do kuchni pytać, czy zaserwowana ryba miała aby za życia płetwy i łuski. Według zasad koszerności bowiem wolno spożywać tylko stworzenia wodne posiadające oba te atrybuty.

Księga Sądu Ostatecznego

Wiem już, dlaczego wyparłam „Księgę Sądu Ostatecznego”, ponieważ przeczytałam ją ostatnio ponownie. Otóż to jest naprawdę niezła powieść, ale potwornie przygnębiająca i zaskakująco ciężka, co w zderzeniu ze zwykłym dowcipnym stylem i zmysłem obserwacji Connie Willis robi niesamowite wrażenie. Świetny jest ten pomysł wysyłania historyków w przeszłość, i bardzo ładnie zrealizowany. Tutaj mamy dopiero początek takich badań, Kivrin ma trafić do Oxfordu w 1320, tylko nic nie idzie zgodnie z planem, ani w przeszłości, ani we współczesności (czyli druga połowa wieku XXI), gdzie nagle ogłaszają kwarantannę. Mamy świetne, dowcipne opisy chaosu, co jest znakiem rozpoznawczym Willis, znakomite studium życia w średniowiecznej Anglii, i dużo śmierci, może za dużo, co nie pozwala myśleć o tej książce tylko jako o fantastycznej rozrywce. To jest rzecz o poświęceniu dla drugiego człowieka, dająca sporo do myślenia. Zasłużenie zgarnęła najważniejsze nagrody gatunkowe: Hugo, Nebulę i Locusa.

Marakesz

W obliczu 13 stopni o poranku dziś w mieście Paryż czepiam się uporczywie wspomnień sprzed tygodnia. Zwiedzaliśmy Marrakesz w upale, który trudno mi teraz sobie wyobrazić. Na murach medyny ze zdumieniem odkryłam gniazda bocianie, zasiedlone. I to nie jedno, a trzy niedaleko siebie. Mieszkańcy siedzieli w nich lub krążyli nieopodal, ku memu zachwytowi. Potem zagadnęliśmy o drogę tubylca. Wskazał, chwilę z nami pokonwersował, rzuciliśmy okiem na Palais Royal, tylko z zewnątrz, bo nie jest udostępniony do zwiedzania, choć aktualnie wcale nie należy do króla.

Szliśmy drogą wskazaną przez tubylca, gdy ten nas zaczepił na podwórku swojego domu i zaprosił na herbatę. Popatrzyliśmy po sobie niepewnie.

– Nie możecie odmówić! Nie odmawia się zaproszeniu na herbatę! – oświadczył z mocą nasz gospodarz.

Weszliśmy, zdjęliśmy buty, zasiedliśmy na zarzuconych poduszkami kanapach wokół niskiego stołu, w kącie na ekranie telewizora wyświetlał się Koran po arabsku, francusku i angielsku, w pokoju bawił się dwulatek. Nasz gospodarz przedstawił się jako Ahmed, zrobił nam przepyszną herbatę, nie miętową, tylko z mnóstwem przypraw, i wyciągnął zdjęcia. Twierdził, że jest Berberem, pokazywał zdjęcie domu w dolinie Ourika (byliśmy tam w zeszłym roku), oraz zdjęcie klasowe, datowane na 1978, na którym kazał się nam znaleźć. Podobno ja wskazałam prawidłowo. Gospodarz wyglądał na lat 60, więc koledze mojemu nie zgadzały się rachunki, a że on takim drobiazgom nie odpuszcza nigdy, zaczął indagacje

– A ile pan lat miał na tym zdjęciu?

– 10! – ucieszył się gospodarz. – Urodziłem się w 1962 – dodał wyjaśniająco.
Koledze dalej się nie zgadzało i usiłował pana przekonać do swojej wersji odejmowania, ten uśmiechał się sympatycznie, a ja kolegę kopałam w kostkę. Herbata była pyszna. Podziękowaliśmy i wyszliśmy na upał.

Hammam oraz quad

Na dobry początek pobytu w Marrakeszu poszliśmy do hammamu, niestety luksusowego, a nie zwykłego. Zdecydowanie wolałabym zwykły, będę o tym pamiętać następnym razem. W luksusie zaopiekowali się jednak nami świetnie za ułamek cen paryskich, choć masaż wliczony w cenę był raczej pogłaskaniem. Za to cała reszta pilingów, manikiurów i masek na twarz bardzo przyjemna, łącznie z tym, że przynieśli nam jedzenie na wynos, kiedy wyraziliśmy chęć zaspokojenia głodu.

Następnego dnia tak wypielęgnowane ciała zabraliśmy na quady. Nie byłam pewna, co mam o tym myśleć, ale z nielicznymi wyjątkami chętnie próbuję rzeczy, których nigdy nie robiłam. Mój entuzjazm mocno się zachwiał, kiedy na quadach przyjechała poprzednia grupa i zobaczyłam, jak wyglądają: od stóp do głów obsypani drobniutkim czerwonym piaskiem. Było już jednak za późno, żeby zrezygnować, na głowie miałam kask i nie zamierzałam przez dwie godziny czekać w palącym słońcu na resztę grupy. A zatem w tymże palącym słońcu jeździłam przez dwie godziny po piachu i kamieniach, i doceniłam, że ten śmieszny pojazd potrafi przejechać dokładnie wszędzie. Piasek okazał się wcale nie tak problematyczny, jak sądziłam, gorsze było błoto, kiedy przez długą chwilę jechaliśmy za polewaczką. Chociaż właściwie nie było gorsze, było przyjemnie chłodne. Zrobiliśmy obowiązkową przerwę na herbatę i obmywanie twarzy.
– Wyglądasz jak trzylatek, który się dorwał do czekolady! – śmiała się ze mnie koleżanka, która wcale nie wyglądała lepiej. Piasek jeszcze długo chrzęścił mi w zębach.

Telefon

– A wiesz, u nas powodzie były.

– Tak, słyszałam.

– I Niemców jak zalało! Dobrze im tak!

– No wiesz, nie mów tak, co to za radość z cudzego nieszczęścia?
 – Ja ich nie lubię i zawsze się cieszę, jak im coś nie wychodzi!

Powrót do Marrakeszu

Tym razem wydaje mi się, że jestem przygotowana, ale i teraz, kiedy głośnik oznajmia, że będziemy lądować, gapię się z tym samym niedowierzaniem: gdzie, na tych piaskach w środku nicości?! I znowu zaskakuje mnie nagłe pojawienie się ochrowego miasta otoczonego murem, w promieniach porannego słońca. Widok jak z bajki. Wychodzimy na płytę lotniska, uderza słońce i oszałamiająca poranna świeżość powietrza. Już po przejściu przez kontrolę paszportową, gdzie bez zbytniego pośpiechu wbijają tony pieczątek, stoi jeszcze jeden kontrolujący policjant. Zatrzymuje dwie koleżanki idące przede mną (Algierkę i Marokankę) i długo je sprawdza, potem mi powiedzą z oburzeniem, że pytał o imię i nazwisko ojca. Przygotowuję się na to samo, ale na mnie ledwo rzuca okiem i od razu macha ręką, żeby iść dalej. Doganiam koleżanki i ze śmiechem im to opowiadam. Marokanka odgraża się, że następnym razem ufarbuje się na blond i włoży niebieskie szkła kontaktowe.

Taksówkami dojeżdżamy do dziwnie pustego o poranku placu Jemaa el-Fna, cudownie jest znowu zobaczyć to pomarańczowe miasto i górującą nad nim wieżę meczetu Koutoubia. Suk zdumiewająco spokojny, wprowadzili zakaz jeżdżenia na skuterach, który jest przestrzegany przynajmniej w godzinach szczytu, jestem rozczarowana tym ucywilizowaniem, choć poza tym nadal gnają jak szaleni całą rodziną na jednym skuterze. Jeden taksówkarz, zapytany jak tu się jeździ, i czy dużo jest wypadków, powiada ogniście
– Zero! Zero wypadków! Bo my uważamy i jeździmy z czystym umysłem – dodaje z dumą. – W Europie ludzie jeżdżą po alkoholu i narkotykach, i przez to są wypadki, a u nas tego nie ma!