The Voice

Nieoczekiwanie dla samej siebie z dużym zapałem obejrzałam francuską edycję „The Voice: la plus belle voix”, czyli programu, gdzie przychodzą ludzie, śpiewają, są oceniani, pracują z trenerami, a jeden na koniec wygrywa i okrzyknięty jest najpiękniejszym głosem. Nigdy w życiu jeszcze takiego czegoś nie oglądałam, może kiedyś przelotnie jakiś kawałek „Szansy na sukces”, a tym razem przed telewizorem trzymał mnie Garou w roli jednego z trenerów. Nie chodzi o to, że jestem jego szczególną fanką, jestem natomiast bezwarunkową wielbicielką akcentu kanadyjskiego, a on go posiada w wyjątkowo uroczym wydaniu. Oglądałam więc program na początku tylko po to, żeby posłuchać, co powie Garou, a właściwie nie co, tylko jak. Bardzo szybko się wciągnęłam, ponieważ okazało się, że przy okazji jest fantastycznie naturalny, całkowicie pozbawiony gwiazdorzenia. A cały show urzekł mnie programowo pozytywnym podejściem do występujących. Zdaje się, że oceniający mieli zakazaną niemal całkowicie krytykę i tylko ich chwalili, nawet kiedy któryś zawodnik musiał zostać odrzucony. Zresztą mieli prawo, bo poziom był bardzo wysoki, a przy okazji usłyszałam bardzo dużo przebojów francuskich, poszerzając swoją znajomość lokalnej popkultury. Zdaje się, że będę oglądać kolejny sezon… o ile oczywiście nadal będzie w nim brał udział Garou.

NieLondyn

Mieville’a „LonNiedyn” prawdopodobnie całkiem dobrze nadaje się do czytania, ale nie w tłumaczeniu polskim. Chociaż może to wina redaktora, a raczej jego braku, bo dobre chęci tłumacza miejscami widać. Poza tym jest to kolejny raz napisane „Nigdziebądź”, Mieville nie jest jedynym cierpiącym na tę chorobę, i wcale mu się nie dziwię. Czyli historia jest jasna: dwie dziewczynki z Londynu trafiają przypadkiem, lub wcale nie tak przypadkiem, do LonNiedynu, a wrogiem ludzkości okazuje się tutaj Smog, jest to bowiem powieść ekologiczna. Całkiem fajna, ja lubię fantazję Mieville’a, niektóre pomysły są bardzo sympatyczne, i tylko szkoda, że Londyn sprowadza się tu wyłącznie do nazwy. Rzecz mogłaby spokojnie się dziać w dowolnym innym mieście na świecie.

Najlepiej

To zawsze jest surrealistyczne, ten szybki przelot przez Warszawę, żeby następnego dnia rano udać się na długi weekend za miastem w najlepszym z możliwych towarzystwie. W taksówce budzi się we mnie nagła nostalgia na widok czerwonych przystanków autobusowych albo tabliczki z nazwą Banacha. Mam ochotę szlochać i przykuć się tam oświadczając patetycznie urbi et orbi, że zostaję, nie ruszam się stąd, jakby mi ktokolwiek bronił tam zamieszkać. Oczywiście następnego dnia już nie wiem, o co mi chodziło. Na śniadania przez cztery dni zjadam straszliwe ilości białego sera i najchętniej nie jadłabym już nigdy niczego innego. O co zakład, że gdybym wróciła i miała tego białego sera do woli, to po tygodniu pisałabym tęskne notki na temat croissantów?

Jakoś nagle osiągnęłam ten wiek, w którym się główni wspomina, i nie tylko ja, sądząc po tym, co do mnie mówią moi odwieczni ukochani znajomi. Żonglujemy jakimiś przedziwnymi datami (1998, był taki rok w ogóle?), ja mówię do siedemnastolatki „a ja pamiętam, jak miałaś 6 lat” (gryzę się w język, tak, z całych sił, ale to jest silniejsze ode mnie, i pocieszam się tylko, że ona to też kiedyś sama zrozumie, nieuchronnie). Do mnie mówią, że mają swoje zdjęcie ze mną w obroży (że CO?), z ubiegłego wieku niechybnie. Pamiętam jedne rzeczy doskonale, innych zupełnie nie, wybałuszam oczy i unoszę brew, to był kawałek mojego życia? Niemożliwe. A potem pijemy, gramy, gadamy, śmiejemy się do łez. Nie śmiałam się tak od roku. Jest najlepiej.