Cudzymi słowami

Dzisiaj podpisuję się pod cudzym tekstem, bo Aleksandra napisała o „Lolicie” i jej ekranizacjach dokładnie to, co mogłabym ja, gdybym umiała. Zgadza się nawet wiek, w którym przeczytałam tę książkę, chociaż określenie przeczytałam nie jest tu najwłaściwsze. Zatopiłam się w niej, pozwoliłam się owinąć, przez parę dni płynęłam w rudawej mgiełce, doskonale oddzielona od otaczającej mnie rzeczywistości. Miewałam fascynacje książkowe już wcześniej, najżywiej pamiętam „Władcę Pierścieni” w wieku lat 12, wtedy też przez parę tygodni żyłam wśród hobbitów wypatrując Nazguli. Ale „Lolita” to było coś więcej. Potem przeczytałam wszystko inne, i Nabokov nadal jest na czele listy moich ukochanych pisarzy. Zaraz znowu przeczytam „Pamięci, przemów”.

A w tym tekście, również Aleksandry, przemawia do mnie szczególnie ostatni akapit, o kampanii społecznej, a wręcz kursach udzielania pierwszej pomocy. Nie jestem w stanie pojąć, dlaczego w szkołach ciągle naucza się jakichś bezsensownych głupot, a nie kładzie się do głowy, co robić w przypadku zakrztuszenia, krwotoku, padaczki. Tak jak większość ludzi wie ile jest 2 razy 10, tak powinni odruchowo umieć zabandażować, ułożyć w pozycji bezpiecznej, wykonać chwyt Heimlicha. Że to się rzadziej w życiu przydaje niż 2 razy 10? Niewątpliwie, za to potencjalne konsekwencje znacznie poważniejsze.

Grywalizacja

Paweł Tkaczyk w „Grywalizacji” pisze „Do restauracji serwującej jedzenie w ciemności nie idę przecież się najeść. Idę, bo mam nadzieję wspominać to doświadczenie w przyszłości” …i opisać je na blogu, chciałoby się od razu dodać. Pisanie bloga też jest rodzajem gry: jest tu element dobrowolności, oraz oczywiście narracja i społeczność. Z tej książki dowiadujemy się, że bardzo wiele działań ludzkich jest lub może być grą. Autor pokazuje, jak można to wykorzystać do działań marketingowych, co mnie osobiście zupełnie nie interesowało z zawodowego punktu widzenia, ale pod kątem wykorzystania tego we własnym życiu już bardzo. Po przeczytaniu można zmienić swoje podejście do wielu działań niezbędnych w życiu, a nudnych okropnie, i zamienić je w zabawę. Dla ludzi zajmujących się marketingiem zawodowo powinna to być lektura obowiązkowa, ale i pozostałym polecam. Świetna książka, znakomicie napisana, zawierająca mnóstwo ciekawostek i kilka wyzwań.

Lwy, gepardy, tygrysy, kozy i rabin

Lwy i gepardy można spokojnie nazwać przerośniętymi kotami, ale w przypadku tygrysów nie ma już o tym mowy. To naprawdę są bestie jak z najgorszych koszmarów. Do tego wniosku doszłam obserwując karmienia tych wszystkich drapieżników w Thoiry. Do karmienia lwów już przywykłam, bo to był trzeci raz, i już mniejsze wrażenie robiło na mnie, że znajduję się bezpośrednio POD lwem oddzielona od niego tylko szklanym dachem. Dzięki temu mogłam w końcu usłyszeć, co mówi o lwach karmiąca je pani, poprzednio byłam zbyt przejęta widokiem, żeby dotaro do mnie chociaż jedno słowo. Najciekawsze było to, że lwy w naturze żyją w haremach, i że wszystkie lwice karmią wszystkie lwiątka bez rozróżniania na cudze i własne.

Gepardy mają kawałek króliczego futerka zainstalowany na sprytnym sznurku i jeden zademonstrował nam, jak za nim goni, co jest widokiem naprawdę efektownym, choć oczywiście to tylko ułamek tej prędkości, jaką potrafią osiągnąć w naturze. Bywa to ponad 100 km/h, chociaż nie dłużej przez 20 sekund, bo w tym czasie gepardzie ciało rozgrzewa się do 40C i gdyby taka pogoń trwała dłużej, doszłoby do nieodwracalnych zmian w mózgu. Gepardy nie mają chowanych pazurów, aby przyczepność do podłoża była lepsza.

Tygrysy natomiast budzą prawdziwy respekt, i tu o wskakiwaniu na szklany dach nie było już mowy, ku mojej sekretnej uldze. A i tak oglądanie tej paszczy z odległości pół metra to było przeżycie. Zrozumiałam, dlaczego stanowią tak istotny symbol w wielu mitologiach. Można sobie jeszcze jakoś wyobrazić wyjście żywym ze starcia z lwem, ale z tygrysem już nijak. Przed pokazem karmienia do siatki podszedł człowiek z naprawdę gigantycznym obiektywem i zaczął robić tygrysom zdjęcia. Tygrysicę bardzo to zainteresowało i natychmiast do niego podeszła. Fotograf chwilę cierpliwie czekał, aż odejdzie, ale ponieważ stała przyglądając mu się ciekawie, odłożył ostrożnie swój obiektyw i wziął mniejszy aparat. Zdążył go tylko unieść do oka, kiedy tygrysica natychmiast straciła zainteresowanie, odwróciła się tyłem i majestatycznie się oddaliła.

Poza tym w tym roku w Thoiry jest nowość, l’Arche des petites bêtes, Arka stworzeń małych, z zewnątrz faktycznie wyglądająca jak stylizowany statek. Na wejściu wita nas ciemność i wielkie meduzy umieszczone w akwarium w ultrafiolecie, bardzo widowiskowe. Dalej zwyczajniej, ryby, żaby (dendrobates w niesamowitych kolorach), ptaszniki, żółwie, ślimaki, a zaskoczeniem okazały się… mrówki, tak chytrze wyeksponowane, że gapiliśmy się na nie bardzo długo z wielkim zainteresowaniem. Na koniec pszczoły, też robiące spore wrażenie. Poza Arką ja zachwycałam się miniaturową marmozetą wielkości szczura, która miała dwoje dzieci jeszcze mniejszych niż ona sama, i zajmowała się nimi tymi miniaturowymi łapeczkami i doskonałych paluszkach. Zdaje się, że to marmozetę opisywał Tadeusz Perkitny w ukochanej lekturze mej młodości „Okrążmy świat raz jeszcze” (chcę to znowu przeczytać natychmiast!). Natomiast dziecię moje zakochało się w kozach, do których można wejść i je głaskać. Spędziwszy tam dobre pół godziny i pogłaskawszy wszystkie kozy, niektóre wielokrotnie, syn zapytał rzewnie, czy możemy wziąć kozę do domu. Niechybnie rabin z niego wyrośnie.

Tysiąc lat wkurzania Francuzów

Lektura, która miała być lekka, łatwa i przyjemna, przyprawiła mnie jednak o koszmary senne, w których nagle lądował desant lotniczy cichcem zajmujący teren, na którym się znajdowałam, a kobieta żołnierka strzelała mi w głowę śmiejąc się demonicznie. A przecież niewiele nowego przeczytałam w „Tysiącu lat wkurzania Francuzów” Clarke’a, ale wszystkie te wojny i potyczki skondensowane sprawiają, że wcale nie jest to lektura tak zabawna, jak można było się spodziewać po tytule i autorze. To historia trudnych związków Anglii z Francją na przestrzeni wieków, odrobinę tendencyjna i napisana potocznym językiem. Czyta się całkiem przyjemnie, ale spodziewałam się więcej.

Ono

Obejrzałam „Ono” Małgorzaty Szumowskiej, bo Polonia pokazała, a ja go znam od dawna wyłącznie ze słyszenia, co niekoniecznie jest najlepszą metodą na znajomość filmów. Nie urzekł mnie, chociaż Małgorzata Bela znakomita, a zamysł interesujący. Fantastyczne jest, jak Szumowska opowiada obrazem. Ja zazwyczaj jestem na to bardzo słabo podatna, a tu jedno może sekundowe pokazanie odpowiedniej sekwencji robiło mi w głowie coś, na co potrzebowałabym z pół strony gęstej narracji. Na początku byłam tym zafascynowana, ale potem zirytowała mnie dziwna, odrealniona postać ojca. Konwersacje z córką jeszcze dało się znieść,  mają w sobie coś z Hrabala, ale jego gubienie się, i ta dziwna audycja w telewizji mnie zupełnie nie przekonały, chociaż domyślam się, o co chodziło. Ambitny pomysł, z realizacją nie do końca wyszło. To mógłby być świetny film, gdyby nie zabrakło mu trochę wyrazistości i zdecydowania, czy ma być relistyczny, czy jednak oniryczny, ale to częsta przywara filmów polskich. Natomiast Bela naprawdę znakomita. Ona w czymś jeszcze grała? Oraz czy ja chcę przeczytać równolegle pisaną książkę matki Szumowskiej, Doroty Terakowskiej?

Journal d’un corps

Mam ja rękę tego lata do ciężkich lektur, choć „Journal d’un corps” („Dziennik ciała”) Pennaca wcale się tak nie zapowiadał. Nastoletni narrator rozpoczyna prowadzenie dziennika, ale notując w nim z założenia wyłącznie rzeczy związane z cielesnością. Ten dziennik będzie prowadził przez całe życie. Na początku mamy zapis dojrzewania, egzaltowany styl nastolatka, i ze trzy razy zadałam otaczającemu mnie powietrzu pytanie, dokąd to niby zmierza, i dlaczego Pennacowi się wydaje, że może jeszcze raz napisać to, co już było wałkowane drobny miliard razy. W miarę dorastania, a potem starzenia się narratora rzecz zaczyna być wciągająca, a nawet przejmująca. Pennac pisze bardzo otwarcie o fizyczności, z wszelkimi detalami fizjologicznymi, ale tonem beznamiętnego badacza. Oczywiście jest to cielesność męska. W którymś momencie narrator notuje „gdybym miał upublicznić ten dziennik, zadedykowałbym go przede wszystkim kobietom, a w zamian chciałbym przeczytać dziennik ciała kobiecego”, niestety dalej zastanawia się nad tym, jak to jest mieć biust, co doprawdy jest jednym z mniej istotnych aspektów kobiecości. Pod koniec jest również mowa o impotencji, ale z zupełnie innego punktu widzenia niż w cudownej i niestety nieprzetłumaczonej na polski „Au-delà de cette limite votre ticket n’est plus valable” Romaina Gary’ego, który z tego powodu (impotencji, nie nieprzetłumaczenia na polski) popełnił zresztą samobójstwo, idąc w ślady Hemingwaya. Narrator Pennaca akceptuje swoje przemijanie z taką pogodą ducha, jaka tylko jest możliwa. Wręcz wyraża zadowolenie z tego, że nie jest już zależny od wahań swojego libido.

Z jednej strony to ciekawy pomysł i interesująca lektura, a z drugiej strony trochę mnie jednak uwierało, że bohater jest sytym, zdrowym, długowiecznym, odnoszącym sukcesy mieszkańcem Zachodu. Może gdyby Pennac mógł przeczytać choćby blog Chustki, też w końcu rodzaj dziennika cielesnego, jego książka wyglądałaby nieco inaczej. A może właśnie chodziło mu o pokazanie uniwersalności odczuć związanych z fizycznością, nawet kiedy nie jesteśmy ograniczeni chorobą. Pojawia się tu też pytanie o granicę między ciałem a psychiką, i widać wyraźnie, jak bardzo jest płynna.

14 lipca

Sobota, przeddzień święta narodowego, zaczęła się od tego, że obudziłam się o 6 i już nie mogłam zasnąć. Nie było to jednak tak strasznie złe, jak mogłoby się wydawać, ponieważ i tak musiałam iść tego dnia do pracy. Nie wiem, co było skutkiem, a co przyczyną, ale postanowiłam wziąć to za dobrą monetę, i poszłam przed pracą zrobić zakupy. Było rześko, letnio, i bardzo przyjemnie. W pracy też nie było tak źle, jak na to wyglądało. Całkiem przyjemnie się pracuje w pustym biurze, kiedy nie przychodzą żadne maile, nie dzwonią żadne telefony, ani nikt oprócz naszej ekipy nie robi hałasu. Dostaliśmy croissanty na drugie śniadanie, a potem przyjechał szef i zabrał nas na obiad. Perspektywa premii jest też dość przyjemna.

Rzetelnie popracowawszy udałam się do domu na kolację, a potem oczywiście na pokaz fajerwerków. Wspominałam już tu, że jestem bezwarunkową fanką tej rozrywki, a czternasty lipca we Francji zawsze dostarcza mi wiele radości. Udałam się zatem na okoliczny most, pokaz miał być bowiem na wyspie. Na moście było już mnóstwo ludzi, i głośniki instruowały nas, żeby się przemieszczać dalej, na wyspę, gdzie podobno było mnóstwo miejsca, ale uznałam, że nie będę szła na wyspę, żeby potem nie móc się z niej wydostać. Słusznie uczyniłam zostając, bo widok był nadzwyczajny. Najbardziej w tym roku podobały mi się wielokolorowe iskierki wspinające się do góry lekko jak baloniki, a potem rozpryskujące się na wiele elementów i opadające tłumnie zygzakami. Po pokazie gratulowałam sobie chytrego wyboru miejsca, bo zejście z mostu okazało się relatywnie szybkie mimo tłumu ludzi podążających w tym samym kierunku.