Tempomaty, ulewy, uciecha

Urlop zaczął się od testowania tempomatu, skoro już mam takie cudo w mym nowym pojeździe. Włączyłam je nader ostrożnie, tylko w celach testowych, po czym jechałam w ten sposób dobrą godzinę, zachwycona jak dziecko, że „TO SAMO JEDZIE!”, a ja sobie macham nóżką pod kierownicą.
– Ale pod górkę nie dasz rady, co? – rzekłam w pewnej chwili do samochodu, który wyzwanie przyjął. Dał radę. Z zaprogramowanych 131 km/h pod większą górkę prędkość spadała najwyżej do 126, nic mniej, pod mniejsze górki zaś nie zmieniała się ani na jotę. Obserwowałam liczby na wyświetlaczu z wielką uciechą i pierwsza część drogi minęła mi błyskawicznie.

Druga część natomiast sprawiła mi pewną niespodziankę. Panicznie bałam się swego czasu jechania samochodem w zimie, ponieważ wiadomo: może spaść nagły śnieg, może być zamieć albo zawieja albo zaspy, albo mróz trzaskający -20, albo gołoledź, albo wszystko naraz. W lecie żadne z tych niewątpliwie prawdopodobnych zjawisk nie występuje, byłam więc radosna i spokojna, i zupełnie nie przyszło mi do głowy, że z tego niebieskiego bezchmurnego nieba 200 km dalej może spaść burza. Z gradem. I że w takiej burzy wymienianej na straszliwą ulewę będę jechać następne 4 godziny w zasadzie bez przerw, w tempie momentami 60 km/h, bo szybciej się nie dało. A i tak miałam szczęście, zwalone drzewo zablokowało drogę w przeciwną stronę, nie w naszą.

Nie przyszło mi też do głowy, że mój relatywnie przecież nowy GPS nie ma w swoich zasobach równie relatywnie nowego (ale starszego!) odcinka autostrady A2, i że poprowadzi mnie wbrew moim planom przez Zgorzelec. Nawet tego nie sprawdziłam, absolutnie pewna, że droga tam jest, bo przecież nie tak dawno aktualizowałam mapy. Kiedy się zorientowałam, było już za późno. Dojechałam jednak do celu szczęśliwie, a następnego dnia pojechałam tą rzekomo nieistniejącą autostradą, i miałam dużo radości z obserwowania pustki na GPSowym planie. Jak widać z tej notki, doprawdy niewiele trzeba, żeby sprawić mi uciechę, przynajmniej na urlopie.

Jedzenie

Ukochana rodzina ciągnęła mnie okrężną drogą przez Bielsko, twierdząc, że jest tam nadzwyczajna knajpa włoska ze świeżymi owocami morza. Nie brzmiało to dla mnie szczególnie atrakcyjnie, gdyż takich knajp na miejscu mam dostatek, ale nie zamierzałam bliskim ludziom uprzykrzać życia. W trzeciej godzinie jazdy lokalnymi drogami, w upale i korkach, obłędnie głodna, zaczęłam już jednak mocno marudzić.

Weszłam do docelowej restauracji nastawiona negatywnie do życia, wszechświata, i całej reszty, a w dodatku okazało się, że dostawa osławionych owoców morza dopiero nazajutrz, bo zmieniły się dni. Pomyślałam „dobra, trudno, zjem już ten jakiś makaron z czymś, trudno, jutro jest nowy dzień, na Węgrzech sobie odbiję w kwestiach jedzeniowych, nie ma co sobie psuć wakacji”, i zamówiłam carbonarę rybną. Nie lubię carbonary. Po czym niedbale łyknęłam przyniesionego wina i zamarłam z kieliszkiem w dłoni. Trochę wina w swoim życiu wypiłam, nie chwaląc się. Mam dostęp do dobrych win i lubię. Ale to, co miałam w kieliszku, było jak płynny aksamit. Magicznie rozpuściło moją złość na świat już w pierwszym łyku. Uznałam, że nawet byle makaron podlany tym winem będzie smaczny. Za chwilę się okazało, że smaczny to naprawdę nie jest odpowiednie słowo w tym przypadku. Był wyjątkowy, a ja nie lubię carbonary, ale tę jedną mogłabym już jeść do końca świata.

Wymienialiśmy się talerzami próbując wszystkich dań, zamawiając kolejne, i nareszcie zrozumiałam, dlaczego rodzina moja upierała się przy całodniowym poście. Wszystko było proste, ale rewelacyjnie ugotowane. Pijana ośmiornica nasączona była czerwonym winem, risotto z krewetkami miało wyraźnie wyczuwalne każde ziarenko, a jednocześnie oblepione było pysznym sosem o idealnej konsystencji. Minęły trzy tygodnie, a ja do dziś dokładnie pamiętam ten smak.
– A tiramisu jest dobre? – bezczelnie zagadnęłam na koniec szefa.
– Nam smakuje – odparł prostolinijnie, rozbrajając mnie całkowicie. Zamówiłam, nie mogłam inaczej.
– Gdzie ty to zmieścisz?! – zdumiała się moja siostra.
– Nie wiem, ale zmieszczę – wystękałam, i takoż uczyniłam. Tiramisu też było proste, doskonale klasyczne, i przepyszne. Teraz już nie mam najmniejszych wątpliwości, że warto jechać przez Bielsko, nawet nadkładając w tym celu wielu kilometrów drogi.

Anglik w Paryżu

Zobaczyłam cytat z „Anglika w Paryżu” Michaela Sadlera i pomyślałam „Nie no, Anglik w Paryżu, cóż za nader ORYGINALNY tytuł i koncept, doprawdy coś nowego, nikt jeszcze na to nie wpadł”, po czym poszłam, kupiłam, przeczytałam, i nie żałuję. Sadler różni się od Clarke’a tak bardzo, jak tylko jeden Anglik w Paryżu może się różnić od drugiego, a naprawdę może. Ta książka to kwintesencja angielskiego poczucia humoru, które uwielbiam, połączona z miłością do Francji, a nawet Paryża, którą mimo wszystko podzielam. Sadler cudownie obserwuje i fantastycznie to opisuje. Nie posiadałam się z radości zwłaszcza przy opisie wyprawy samochodem na Place de l’Étoile, żywo pamiętam swoje wrażenia z pierwszego  przejazdu tamtędy, były identyczne. Poza tym świetnie portretuje paryżan z ich charakterystyczną nerwową arogancją, i nader smakowicie pisze o jedzeniu. Na końcu jest nawet kilka przepisów, i choć nie są ani szczególnie praktyczne ani całkiem serio, to czyta się je znakomicie.

Wiedźma.com.pl

Znalazłam w końcu swą lekturę rozrywkową na lato, i okazała się ona bardzo dobra. „Wiedźma.com.pl” Białołęckiej to trochę taka polska Connie Willis, czyli dowcipna fantastyka bliskiego zasięgu. Reszka, redaktorka kiepskich romansów, samotna matka swego syna, nagle dostaje w spadku po odległej babce ciotecznej dom na wsi. Brzmi to kusząco, bo mieszka kątem u rodziców, ale wieś okazuje się naprawdę bardzo zapadła. I tajemnicza. Wprawdzie sąsiadem jest całkiem atrakcyjny pan doktor, lecz niestety alkoholik. Jest tu naprawdę wszystko, czego można oczekiwać od fajnego czytadła: pomysł, akcja ze zwrotami, wyraziste postaci, zmysł obserwacji i świetny język przywodzący na myśl wczesną Chmielewską. To jedyna powieść Białołęckiej poza jej cyklem fantasy Kroniki Drugiego Kręgu, i ja bardzo bym sobie życzyła, żeby szła dalej tą drogą.