Ma part du gâteau

Fajny film widziałam, „Ma part du gâteau” Cédrica Klapischa (tego od „Smaku życia”) mianowicie. Zaczyna się banalnie: France, samotna matka trzech córek traci pracę w fabryce, którą zamykają, i wyjeżdża z Dunkierki do Paryża, żeby tam szukać pracy jako sprzątaczka. Tu urocza scena, kiedy zatrudniający ją pan z agencji sprzątaczek oznajmia, że powinna mówić z jakimś akcentem, bo jak to, pomoc domowa mówiąca po francusku bez akcentu, to być nie może. France zatrudnia się u Stéphane’a zwanego Steve, bardzo zamożnego tradera, i zajmuje się jego olbrzymim luksusowym mieszkaniem na La Défense. Oraz trzyletnim synem, który pojawia się znienacka i obnaża całkowitą bezradność swego ojca w kwestii dzieci. Mamy oczywiste zderzenie światów, Steve podrywa piękną modelkę i zabiera ją do Wenecji, France zajmuje się dzieckiem i tęskni do swoich córek, ale kiedy zaczynają ze sobą rozmawiać, myślałam, że wiem, dokąd to zmierza. Otóż nie. Drugą połowę filmu przesiedziałam bez mała z otwartą buzią, zaskoczona dynamicznym rozwojem akcji i jej zwrotami. Naprawdę świetny film, nieoczywisty, miejscami zabawny, choć dotykający poważnych problemów.

Mgnienie ekranu

Okazało się nagle, że przegapiłam również Pratchetta „Mgnienie ekranu”, czyli nietypowo: zbiór opowiadań. Wiedziałam od dawna, że Pratchett napisał co najmniej jedno opowiadania, bo „Rybki małe ze wszystkich mórz” były dostępne za darmo w internecie, ale nie wiedziałam, że napisał ich aż na cały zbiór. Odrobinę wprawdzie naciągany, bo są tu też „kwity z pralni”, ale jest parę uroczych ciekawostek, na przykład otwierający zbiór tekst napisany przez naszego ulubionego autora w wieku lat 13, i podejrzewam, że znakomita większość ludzi nie byłaby w stanie takiego napisać nawet w wieku lat 43. Zaskoczenia nie ma żadnego, Pratchett od początku lubił humorystyczne podejście do fantastyki, oraz raczej codzienność z elementem fantastycznym niż wymyślanie planet, wszechświatów, i nieziemskich potworów. Jest tu opowiadanie, które się potem rozwinęło w „Długą Ziemię” oraz strasznie śmieszne „Hollywoodzkie kurczaki”.

Spryciarz z Londynu

Pamiętam, jak czytałam „Olivera Twista”, mając wczesne naście lat i kolejny raz siedząc w domu chora, co bardzo lubiłam, bo wykorzystywałam właśnie na czytanie całymi dniami. Wygrzebałam ją z domowej biblioteki, i po początkowym szoku natychmiast mnie wciągnęła. Chyba już żadna powieść Dickensa nie podobała mi się tak bardzo, może z wyjątkiem „Klubu Pickwicka”, ale to później. A teraz wróciłam do Londynu w pierwszej połowie XIX wieku za sprawą „Spryciarza z Londynu” Pratchetta. Jednym z bohaterów jest tu właśnie Dickens. Pierwszoplanowym natomiast jest Dodger, nazwany tak na wzór sprytnego złodzieja z „Olivera Twista”, ale ten Pratchettowy wybrał uczciwszy sposób na życie, zbiera mianowicie skarby, które utkwiły w londyńskich ściekach. Chociaż kraść też potrafi. Pięknie oddana atmosfera Londynu tamtych lat, nawet jeśli mocno wygładzona w kwestiach higieny, co na przekór zalatuje mi smrodkiem dydaktycznym, ale jest znośne. Akcja przewidywalna, ale to w końcu książka dla młodzieży. Charakterystyczny Pratchettowy styl miły jak zwykle i właściwie też przewidywalny, żarty na temat smrodu psiego już gdzieś czytałam. Jednak bardzo cieszy, że mimo Alzheimera nasz ukochany autor nadal jest w stanie napisać taką całkiem przyjemną historię.

Drogówka

Obejrzałam „Drogówkę” i było to pewne rozczarowanie. Na miarę „spodziewałam się Mount Everestu, a to Mont Blanc tylko„. Bardzo przewidywalny, i sporo dowcipów już gdzieś widziałam. Fajny film generalnie, i gdyby był produkcji zagranicznej, to na pewno bym chwaliła i pisała „no i dlaczego w Polsce takich nie kręcą?”. Ale od Smarzowskiego człowiek oczekuje więcej, a przecież nawet on, biedak, nie może wiecznie tryskać oryginalnymi pomysłami.

O telewizji

Tuż przed wakacjami, na początku sierpnia, odkryłam, że nie mogę już nagrywać z tv Polonia. Zadzwoniłam do Orange, który mi dostarcza do domu internet i przy okazji również telewizję. Miła pani długo debatowała ze mną przez telefon, zrestartowała mi dekoder zdalnie (co wprawiło mnie w lekki stupor i wiele silnej woli wymagało ode mnie powstrzymanie sie od zapytania, co jeszcze może mi zrobić w moim domu zdalnie) i ostatecznie wydała werdykt, że muszę wymienić dekoder i sformatować dysk. Jestem z pokolenia, które  wie, co to jest format dysku.
– To znaczy, że ja stracę moje nagrania?  – zapytałam, spodziewając się jednak, że w dobie cloud zapewnią mnie, że zarchiwizują moje dane i nic nie przepadnie.
– No tak – przyznała pani beztrosko.
Nagrania należą do mojego osobistego pięciolatka, i pozbycie się ich ot tak bez opracowanej uprzednio strategii nie wchodziło w grę. Spróbowałam to pani wytłumaczyć, lecz jest to rzecz, którą się albo rozumie od razu, albo nie zrozumie się żadnych tłumaczeń.
– To ja podaję numer, z którym się trzeba zgłosić w celu wymiany – arbitralnie zakończyła rozmowę pani. Podziękowałam i postanowiłam się nigdzie nie zgłaszać, no bo co w końcu, kurczę blade.

Tydzień temu włączyłam telewizor, jak czasem mi się to zdarza. Dekoder powiedział, że będzie się teraz aktualizował.
– HMM – wyraziłam swoje złe przeczucia na ten temat. Przeczucia się pogorszyły, kiedy dekoder zrestartował się czwarty raz i kolejny raz powiedział to samo.
– Niech zgadnę, zaraz się dowiem, że aktualizacja się nie powiodła i muszę wymienić dekoder – zabawiłam się w proroka we własnym domu. W sumie nawet się nie dziwiłam, zrobiłabym to samo na miejscu Orange, żeby zdyscyplinować opornych klientów. Zanotowałam w myśli, że zaraz będzie trzeba wykonać do nich telefon, zastanowiłam się, jaki to właściwie jest numer, i poszłam zająć się czym innym. Po pięciu minutach w pokoju zaczęło coś gadać. Poszłam zobaczyć, ki czort. Gadał telewizor, radośnie informując mnie, że się zaktualizował, i teraz już będziemy żyć w powszechnej nowej szczęśliwości ogólnej. Menu faktycznie wyglądało zupełnie inaczej i nawet lepiej, co bynajmniej nie jest w takich przypadkach częste.
– Ha – rzekłam do telewizora. – Znaczy sformatowaliście mi ten dysk zdalnie, wy źli, źli, źli ludzie !?
Sprawdziłam,  lecz moje nagrania były na miejscu i nawet się odtwarzały. Telewizor z godnością przyjął propozycję nagrywania z Polonii. Nic nie rozumiem. Ulepszyli i nic nie popsuli? Takie cuda się przecież nie zdarzają.

Takie tam

Na ulicy nagabuje mnie żebrak o pieniądze.
– Sorry, I don’t understand French – odpowiadam kłamliwie.
– Fifty pence – bełkocze na to żebrak. Gdyby nie był pijany, albo raczej pod wpływem narkotyków, dostałby pieniądz za poliglotyzm.

(Kiedy opowiadam to francuskim kolegom, pytają bez żadnego zrozumienia
– Ale czemu nie mówiłaś do niego po polsku?!
Taaaak.)

Letnie lektury cd

Brudna robota Christophera Moore’a jest o klasę lepsza od „Najgłupszego anioła”, i właściwie spokojnie można ją postawić koło „Mrocznego podwieczorku dusz” Douglasa Adamsa. Klasyczna urban fantasy, bohater jest jak zwykle nieudacznikiem… chociaż nie końca. Jest samcem beta, i autor poświęca sporo miejsca opisom tego rodzaju ludzkiego oraz jego obronie. Poza tym jest samotnym ojcem, co się do tej pory nie zdarzało w tego typu literaturze, a Moore’owi wyszło naprawdę bardzo ładnie, byłam pod sporym wrażeniem. Pomysł oryginalny i dobrze zrealizowany, luki w logice się zdarzają, ale nie będę się czepiać, przewidywalność oczywiście spora, ale też nie będę się czepiać, bo nadrabia czym innym. Coś jeszcze ten Moore napisał?

„Iluzjonista. Historia Harry’ego Houdiniego” Paula Shermana: okropne, olbrzymie rozczarowanie i gorąco odradzam. Gdybym przed kupnem wrzuciła ją w googla i zobaczyła, że można ją kupić za 6 zł, to pewnie by mi dało do myślenia, ale nie zrobiłam tego i niestety dałam się nabrać na ebooka w promocji i nazwisko Houdiniego w tytule. Oglądałam o nim film bardzo dawno temu, i zdaje się, że ta biografia napisana jest właśnie na podstawie tego filmu. Nie dowiadujemy się praktycznie niczego nowego o mistrzu iluzji, za to autor przepisuje całe strony z podręcznika historii, żeby dodać objętości swemu dziełku. Po czym nagle w następnym akapicie wpada w grafomańską fabularyzację, aż zęby bolą. Żeby nie być gołosłowną, cytuję, proszę wziąć głęboki oddech „Wilgoć wciskała się pod ubranie, łechcąc zziębniętą skórę oślizłymi mackami. Stolica Anglii tonęła w gęstej, żółtawej mgle. Już w promieniu wyciągniętego ramienia oczy napotykały jakby nieprzenikniony mur, poza którym nie było widać nic”. Żyją Państwo? Uparcie brnęłam dalej, mają nadzieję, że to się jednak nagle zrobi ciekawsze, ale to zawsze jest płonna nadzieja, a ja jej zawsze ulegam. Sądziłam, że nazwisko autora jest anglosaskie, i zdumiona byłam licznymi odniesieniami do Polski. Okazało się jednak, że to tylko pseudonim artystyczny katowiczanina, który parał się już różnymi zajęciami, a teraz wygląda na to, że hurtowo tłucze „biografie”. A Houdini to postać fascynująca i przeczytam sobie o nim coś solidniejszego, bo zasłużył.