O badaniu

Zepsuło mi się nieco kolano. Już dość dawno temu, ale znosiłam objawy z pokorą, uznając to za naturalną, choć nieprzyjemną, kolej rzeczy. Kolano pozwala mi uklęknąć albo ukucnąć, nie pozwala natomiast tej pozycji już zmienić, ewentualnie wyłącznie przy akompaniamencie przeraźliwego wrzasku bólu. Rozwiązanie byłoby proste, nie klękać, i pewnie istotnie dałabym radę żyć bez tego, gdybym nie posiadała na stanie człowieka o wzroście 116 cm. Poszłam więc do lekarza, lekarz kazał prześwietlić,  zgodziłam się chętnie na tę propozycję, wzięłam skierowanie, umówiłam do kliniki i stawiłam o oznaczonej godzinie. Dano mi do wypełnienia formularz, w którym były łatwe pytania: czy nie mam metalowych odłamków w oczach ani kościach, czy nie podejrzewam, że mogę być w ciąży (swoją drogą, ongiś w przededniu wykonania pozytywnego testu ciążowego też byłam przekonana, że w ciąży nie jestem), a w środku tych standardowych pytań nagle pojawiło się to, które dodało mi się do nazwy widniejącej przed wejściem, i olśniło mnie.
– KLAUSTROFOBIA!? – wrzasnęłam ze zgrozą. – To nie jest prześwietlenie, to jest to badanie, gdzie wkładają człowieka do tunelu?! Nawet jak ma tylko kolano?!
– Tak – ze stoickim spokojem odparła pani recepcjonistka.

Nie mam klaustrofobii, mniej więcej tak samo, jak nie boję się latać samolotami, ale czy moglibyśmy już wylądować,  proszę, bardzo proszę,  ta maszyna jest cięższa od powietrza, a ja jestem nieodwracalnie w środku, naprawdę będę się czuła lepiej, jak wylądujemy, najlepiej zaraz, ZARAZ JUŻ NATYCHMIAST? Zawiesiłam długopis nad kartką i rozważałam, co się stanie, jak zaznaczę, że owszem jestem klaustrofobką, chociaż wcale nie jestem. Uśpią mnie? Odmówią zbadania? Ogłuszą młotkiem?
– Głowa zostaje na zewnątrz – ulitowała się nade mną recepcjonistka. A, no skoro tak, to znacznie lepiej, uspokoiłam się nieco i nie drążyłam, co ma dokładnie na myśli mówiąc „na zewnątrz” i czy oddzielają ją w tym celu od reszty.  Poszłam na badanie. Ułożyli mnie na stole, uprzedzili, że będzie hałas, włoźyli mi na uszy słuchawki i poszli sobie, ja zaś wjechałam do tunelu, głowa faktycznie została na zewnątrz,  i hałas wybuchł. Mniej więcej jakby się było w środku hałaśliwego remontu: wiercenia, zgrzyty i takie tam nieodparcie budowlane skojarzenia. Kiedy zaczynałam już myśleć, że może się za chwilę przyzwyczaję, badanie się skończyło.
– No, ma tu pani faktycznie zmiany, ale jest pani młoda, kolano jest w dobrym stanie, i nie trzeba będzie nic operować – wygłosił za chwilę lekarz, powodując, że zaczęłam się zastanawiać,  co ja właściwie wpisałam w dacie urodzenia. Czyżby rok bieżący? A może machnęłam się o drobną dekadę? Grunt, że nie chcą operować, bo jeszcze by się okazało,  że przy operacji też jest taki hałas. Albo że głowa nie zostaje na zewnątrz.

Stara studnia

– Hyhy, a na blogusiu będziesz musiała napisać, dlaczego ta książka ci się tak podoba, i nie będziesz umiała, hyhy – szeptał złośliwie głos w mojej głowie, kiedy się zachwycałam kolejnymi stronami „Starej studni” Magdy Szabó. Fakt, nie umiem. Dlaczego w o

Ku pamięci

W przyszłym roku, zanim wybiorę przedszkole dyżurne na czas wakacji halloweenowych, upewnię się najpierw solennie, czy nie zamierzają tam wieszać bardzo realistycznych pająków w ramach uroczej dekoracji.

Staroświecka historia

Jeszcze przed „Zamkniętymi drzwiami” wiedziałam, że muszę koniecznie „Staroświecką historię”, bo Aleksandra. Po „Drzwiach” nie było juz w ogóle mowy, żebym czytała jakiegoś innego autora, Szabo zapanowała niepodzielnie nad moim umysłem, a od „Staroświeckiej historii” musiałam się odrywać siłą o 1 w nocy, i śniłą mi się węgierska puszta, wyprawa Emmy Gacsary zawierająca osiemnaście czepków nocnych, oraz Lenke Jablonczay oddana jako czterolatka na wychowanie babci; Lenke, która potem swojej córce – późniejszej pisarce – powtarzała uparcie „ja cię nigdy nie oddam”.

Przy okazji mamy tu pierwowzór tej surowej pensji, którą znamy z „Tajemnicy Abigél”, Lenke uczęszczała do przyklasztornego seminarium nauczycielskiego prowadzonego przez zakonnice, ale to wcale nie jest największa zaleta tej książki. Tak samo jak w „Drzwiach”, opisywane postaci wyłażą z kart książki. To saga rodzinna, ale bynajmniej nie na klęczkach pisana, Szabo drąży, rekonstruuje, docieka. Historia lepsza niż ta z „Romea i Julii”, opisana jest chłodnym, rzeczowym stylem, i dopiero w którymś momencie na czytelnika spływa objawienie „przecież ona pisze o swoich rodzicach i dziadkach!” Mimochodem wtrąca „próbowałam zgromadzić wszystkie utwory
literackie, które wywarły wrażenie na mojej matce”, a ja myślę z podziwem, cóż za mrówcza praca. I co za głębokie przekonanie, że to trzeba uwiecznić. I co za talent do opowiadania. Swoją drogą, z żalem myślałam, że nasza Niezabitowska w „Składanej wannie” miała pewnie podobny materiał i tak kompletnie go zmarnowała.

Otóż

Dziś na prefekturze bez najmniejszego namysłu i bez sekundy wahania odpowiedziałam na pytanie „czy zostawia pani sobie również to drugie obywatelstwo?”

Natomiast wczoraj jechałam rowerem koło Łuku Triumfalnego przy księżycu w pełni.

Wałkowanie Ameryki

Przyznaję, jeszcze dwa tygodnie temu uważałam, że amerykańskie kina samochodowe są dowodem na to, że jest to naród leniuchów, którzy wszędzie jeżdżą autami i nawet wysiąść im się nie chce. Mój pogląd na tę sprawę zmienił Marek Wałkuski, którego „Wałkowanie Ameryki” jest wnikliwą analizą tego kraju, opartą na długotrwałym tam pobycie. Autor był korespondentem Polskiego Radia w Waszyngtonie, już w tym stuleciu, więc rzecz jest bardzo aktualna, a do tego nader rzetelna i świetnie się czyta. Rozwiewa masę powszechnych złudzeń na temat Stanów. Sądziłam na przykład również, jak chyba wielu Europejczyków, że posiadanie broni jest tematem kontrowersyjnym. Otóż dla nas i owszem, ale już nie dla Amerykanów, którzy w ogóle nie dopuszczają do siebie myśli, że mogliby tego prawa nie mieć, ponieważ mają poczucie, że to podstawowa wolność obywatelska leżąca u podwalin ich państwa. Godzą się na płacenie za nią ceny najwyższej w postaci zdarzających się co pewien czas zabójstw niewinnych osób, mniej więcej tak jak my się godzimy z ryzykiem wypadku wsiadając do auta i wyjeżdżając na ulicę. Co nie oznacza, że zostałam przekonana do idei powszechnego dostępu do broni, bo nie, i zdaje się,  że sam Wałkuski też niekoniecznie, ale pogląd amerykański na sprawę przedstawia bardzo rzetelnie. Można się z tym nie zgodzić, ale przynajmniej się rozumie. Nie każdy umie tak przedstawiać sprawy.

Ostatecznie nieoczekiwanie spodobał mi się ten pragmatyczny kraj pełen uprzejmych kierowców, bardziej niż kiedykolwiek sądziłam.