Ocean na końcu drogi

Sezon powrotów nastał, za nową Bridget i nowym wiedźminem nowy Gaiman. „Ocean na końcu drogi” ma odpowiednią atmosferę, dobrze się czyta, odnajdujemy charakterystyczny styl Gaimana, ale czegoś mi tam zabrakło. To dość statyczna historia niesamowita, tylko odrobinę bardziej realistyczna niż dziecięca wyobraźnia potrafi być, z uroczymi szczegółami: rosnący kociak, tytułowy ocean. Możliwe, że niesłusznie oceniam to z własnej perspektywy, bo lektura przeznaczona jest chyba bardziej dla nastolatków niż dla dorosłych, i w tej roli może się sprawdzić znakomicie. Ja zaś chyba wrócę do „Amerykańskich bogów”, kiedy mi zmaleje stosik do przeczytania.

Sezon burz

Rzekłam najpierw, że poczekam z kupnem „Sezonu burz”, aż mnie ktoś zapewni, że tam napisane jest coś więcej niż „wiedziałem, że to kupicie, bo nazywam się Sapkowski”, ale oczywiście nie wytrzymałam długo i kupiłam. Nie żałuję ani trochę, to jest Sapkowski wszystkomający: sprawną akcję ze zwrotami, intrygę jak się patrzy, białowłosego wiedźmina w szczytowej formie, rozterki tegoż wiedźmina, rudowłosą czarownicę, intrygujące postaci, Jaskra, oraz niepodrabialny styl mistrza z aluzjami do współczesności. Świetnie się czytało i bardzo chciałabym więcej, ciekawe czy jest na to jakaś szansa.

Znowu byłam w Disneylandzie, i znowu się zarzekam, że nigdy więcej

Kiedy człowiek ma gości spoza Francji, odkrywa masę całkiem nowych rzeczy w swoim otoczeniu. A to na przykład:
– wieża Eiffla może budzić niekłamany zachwyt (nawet z dodatkowymi rusztowaniami na środku, gdyż właśnie odnawiają jej pierwsze piętro)
– w parku Walt Disney Studios jest całkiem fajny pokaz filmowych efektów specjalnych, a z ekranu przemawia do nas Jeremy Irons
– kurczak w curry jest PYSZNY, jeśli zrobiła go dobra kucharka (i żywię złudną nadzieję, że będę umiała to powtórzyć sama, nie rozwiewajcie jej)
– bagietki smakują ludziom
– mleko francuskie natomiast nie smakuje, podobno jest zbyt skondensowane (osobiście nie wiem, o co chodzi, ale wierzę na słowo)
– w arabskim sklepiku pod domem można znaleźć fajne i użyteczne rzeczy za 1€, które ja odkrywam oczywiście dopiero, kiedy ktoś je kupił, a sama przechodziwszy tam sto pięćdziesiąt razy w ogóle ich nie widziałam
– sałata, zwykła sałata, jest pyszna po prostu z oliwą i cytryną, i wcale nie trzeba wydziwiać z winegretem
– ogórki kiszone Rolnika kupowane w Anglii są dwa razy tańsze niż identyczne kupowane we Francji
– w Disneylandzie latem przyszłego roku będzie nowa atrakcja, oparta na filmie Ratatouille, będzie się między innymi chodzić po „dachach Paryża”. A za dwa lata ma powstać aquapark z podgrzewanym basenem pod gołym niebem, dostępnym cały rok.

Mimo całej mojej niechęci do Disneylandu, fajny weekend to był. Bardzo fajny.

Zamek

Miałam ostatnio walizkę z zamkiem szyfrowym (otwartym), a nie znałam kodu. Cyfr było trzy, doszłam więc do wniosku, że jest on do znalezienia w przyzwoitym czasie. Zaczęłam od 999, sprawdziwszy uprzednio kombinacje, które wydawały mi się dość prawdopodobne, a to 000, 123, 007, ale żadna nie była właściwą. Od 999 jechałam więc w dół.
W okolicach 500 odczułam drobną irytację zmieszaną z rozczarowaniem.
W okolicach 200 uznałam, że ani chybi się jednak pomyliłam, tę właściwą przeoczyłam, i będę musiała sprawdzać od początku dokładniej.
W okolicy 099 byłam już niemal całkiem pewna, że zamek jest zepsuty i cała praca na nic.
W okolicy 050 chciałam już wszystko porzucić, ale uznałam, że jak tyle już sprawdziłam, to dojadę do końca.
Kombinacją otwierającą okazało się 004.

Powrót sentymentalny

Taksówka skręca z Wybrzeża Gdańskiego koło Wytwórni Papierów Wartościowych, a ja się skręcam na siedzeniu usiłując nazwać to uczucie, które mnie ogarnia i odbiera powietrze. Nostalgia, być może, ale coś jeszcze. Dopiero potem rozmyślając o tym wpadam na analogię. Robili Państwo test Stroopa, w którym nazwy kolorów wydrukowane są inną barwą niż ich znaczenie? To jest podobne uczucie: nieprzyjemne rozdwojenie we wnętrzu jestestwa. Zgadzają się tylko koordynaty przestrzenne, czasowe już nie, i to jest nieznośne. Mam na pieńku z czasem, tak już chyba zostanie na najbliższą wieczność.

Mad About the Boy

Nowa Bridget Jones jest bardzo wciągająca, całkiem fajna, miejscami wzruszająca, miejscami niegłupia, miejscami naprawdę zabawna; jest również przewidywalna, stereotypowa i nieco irytująca. Kiedyś się doczekam sympatycznej historii o fajnej kobiecie, która NIE znajduje faceta i zupełnie jej to nie przeszkadza? Jak ją sobie sama napiszę, tak? W każdym razie to, że Mark Darcy nie żyje i Bridget jest wdową, nie zdumiało mnie tak bardzo, jak to, że ma 51 lat.

I jeszcze o Władcy Pierścieni

A tak à propos to już w wieku lat dwunastu uważałam, że wszyscy ci tacy przemądrzy czarodziejowie i elfowie jakoś dziwnie nie wpadli na to, żeby Pierścień dać od razu Samowi. On by go wziął w swą silną ogrodniczą dłoń, poszedł prosto do Mordoru, wrzucił gdzie trzeba, po drodze wszelkich wrogów zabijał bez zbędnego gadania, i nie odczuwał najmniejszej pokusy, żeby światem porządzić. O. I cała historia na nic.
 
Pamiętam też, że kompletnie nie rozumiałam Szarej Przystani. Wydawało mi się, że to metafora śmierci i okropnie mnie irytowało, że to takie zawoalowane jest. Że niby odpłynęli, I CO? Za każdą kolejną lekturą dochodziłam do tego miejsca, i się denerwowałam. Nie pamiętam, kiedy mi przeszło (hm, niewykluczone, że nigdy, aczkolwiek teraz już lepiej interpretuję metaforę).