Drużyna Pierścienia

Telewizja pokazała ostatnio „Drużynę Pierścienia” i tak tylko spojrzałam, żeby sobie kawałek przypomnieć, po czym oczywiście obejrzałam całe do końca z zapartym tchem, jakbym nie wiedziała dokładnie, co się zdarzy, i nawet francuski dubbing mi wcale nie przeszkadzał. Może dlatego, że wszystkie repliki znam na pamięć. Hobbita przeczytałam mając dziewięć lat, Władcę Pierścieni 12, i to był ten właściwy moment. Zawsze już nazwy Sauron, Mordor, Gandalf będą trącać czułą strunę w mej duszy. Po czym zaczęłam rozmyślać. Wiadomo, że u podłoża powieści leży zainteresowanie Tolkiena katolicyzmem, wiadomo, że z tego samego powodu jego przyjaciel C.S. Lewis napisał potem Narnię (której nie lubię, prawdopodobnie dlatego, że nie przeczytałam jej we właściwym momencie). Zupełnie natomiast nie rozumiem, dlaczego właściwie Kościół czepia się Harry’ego Pottera. Mit jest przecież ten sam, walka Dobra ze Złem, niewinny i prostoduszny bohater odgórnie wybrany, aby ponieść ofiarę, lecz w ostatecznym rozrachunku wygrać. Dumbledore jest wprost nieprzyzwoitą kopią Gandalfa, od siwej brody poczynając, na irytującym zwyczaju niemówienia wszystkiego, co wie kończąc. Magiczne różdżki, ożywione drzewa, gadające ptaki, olbrzymie pająki, zmartwychwstanie: Rowling naprawdę nie wymyśliła niczego nowego. Tolkien zresztą też nie, oczywiście… przepraszam, nie licząc Toma Bombadila. Trochę ubolewam, że tej mojej ulubionej postaci zabrakło w ekranizacjach, a trochę się cieszę, że dzięki temu pozostał w mojej głowie na mój prywatny użytek. A wracając do moich rozważań: dlaczego akurat Potter skupia na sobie niechęć hierarchów kościelnych, ktoś wie?