Ostatni tegoroczny

W tym roku przejechałam, lekko licząc, dwa i pół tysiąca kilometrów rowerem, kupiłam nowy samochód i przejechałam nim 1267 km jednego dnia. W natłoku zajęć codziennych nie zauważyłam w ogóle, kiedy minął listopad, a i grudzień mnie zaskakuje liczbą w kalendarzu. Na 2014 życzę Państwu mało pośpiechu, dużo spokoju, i abyśmy się na tym blogu znów spotkali, a Państwo mi życzą tradycyjnie punktualnych startów i miękkich lądowań.

Przedświątecznie

Kiedyś ludzie jedli, żeby przeżyć. Tu korzonek, tam owoc, od czasu do czasu kawałek surowego mięsa. Potem wymyślili ogień oraz przyprawy, żeby maskować nimi smak mięsa, które się szybko psuło. A potem sztukę kulinarną. Świat byłby lepszym miejscem, gdyby wrócić do pomysłu, że je się po to, aby utrzymać organizm przy życiu, a nie dla przyjemności, zlikwidować restauracje, a zwłaszcza zakazać cukru jak najgorszej trucizny.

Cirque du Soleil

W niedzielę byłam w cyrku. Nie wiem, czy już się przyznawałam, że mam ogromną słabość do tej rozrywki. Jest w niej coś pierwotnego, absolutnie egalitarnego, nie próbuje udawać niczego ambitnego ani intelektualnego, zaspokoja najprymitywniejszą ludzką potrzebę rozrywki i zadziwienia. Z drugiej strony wymaga ogromnego nakładu energii od artystów, nieustannych treningów, talentu i wytrwałości. Fascynuje mnie, jak ci ludzie poświęcają swoje zdrowie i ciągle ryzykują tylko po to, żeby zabawić i zdumieć gawiedź. Mniej mi się podoba wykorzystywanie zwierząt, ale w Cirque Du Soleil są wyłącznie ludzie, i to akceptuję w całej rozciągłości, uwielbiam i bez reszty poddaję się emocjom. Spektakl cudowny, esencja cyrkowości w czystej postaci: idiotyczne i prymitywne wygłupy klaunów, znakomici akrobaci, jazda rowerem po linie, salto na szczudłach, a nawet na jednym szczudle. Rozum mówi „to się przecież nie da, to niemożliwe”, a oczy szeroko się otwierają z zachwytu.

Osiecka

Jakoś w październiku trafiłam zupełnie przypadkiem na rozmowę w TV Polonia z Danielem i Agatą Passentami, mówili o mającym się właśnie ukazać Dzienniku Agnieszki Osieckiej z jej czasów nastoletnich. Zapaliłam się ogromnie do tej lektury: raz, że Osiecka, dwa, że dzienniki w ogóle często są pasjonujące. Miałam też jednak wątpliwości słysząc, że zaczęła pisać jako dziewięciolatka. Przywiozłam sobie ten tom z listopadowego pobytu w Polsce, i okazał się fascynujący. Tylko parę pierwszych stron pisała w wieku 9 lat, a potem to już rok 1949/1950, przyszła poetka ma 13-14 lat i jest sportowcem. Trenuje pływanie na Legii, jej nazwisko wspomina nawet Przegląd Sportowy. Pisze ze sporą dozą nastoletniej egzaltacji, ale również z niewiarygodną w tym wieku samoświadomością. Filozofuje, analizuje swoje podejście do wiary, religii, polityki, nie wiem czy dziś znalazłoby się czternastolatków z takimi zainteresowaniami, a i dwudziestolatków nie jestem pewna. Flirtuje zawzięcie z trzema kolegami naraz, zakochuje się bez wzajemności, i na chłodno obserwuje rozpadające małżeństwo swoich rodziców (Wiktor Osiecki za chwilę rozwiedzie się, żeby poślubić Józefinę Pellegrini). Na kartach dziennika powraca postanowienie, że Agnieszka tak nie chce, chce żyć ciekawie, barwnie, zakochiwać się intensywnie, ale nigdy od tego nie uzależniać. Udało jej się, jak wiemy. Bardzo już bym chciała kolejne tomy.

Chantal

Był sobie dawno temu program telewizyjny „L’École des fans”, „Szkoła fanów”, gdzie pojawiały się dzieci śpiewające przeboje znanych artystów i odpowiadające na pytania prowadzącego. Telewizja z innej okazji przypomniała ostatnio fragment, w którym prowadzący pyta dziewczynkę, jak ma na imię jej tata.
– Chantal – odpowiada dziewczynka. Ryk śmiechu z widowni, bo to klasyczne imię damskie. Prowadzący też się śmieje, odnajduje tatę na widowni i pyta
– Jak się pan nazywa, Monsieur?
– Chantal – odpowiada spokojnie zapytany ojciec. Kolejny ryk radości.
– Ale jak to możliwe? – głupieje nieco prowadzący.
– Normalnie, byłem trzecim synem, rodzice chcieli dziewczynkę, nazwali mnie więc Chantal – wyjaśnia uśmiechnięty zapytany.
– To fantastyczne! – cieszy się prowadzący i program toczy się dalej.

Zastanawiam się po pierwsze, jakiego typu człowiekiem trzeba być, żeby dać synowi imię żeńskie, bo akurat chciało się mieć córkę. Po drugie rozważam możliwość, że tatuś wcale tak nie miał na imię, jeno z refleksem tak odrzekł, żeby latorośli nie wkopywać. Nie jestem pewna, czy mi się to podoba, czy nie, acz refleks w takim wypadku bym podziwiała.

Gravity

Bardzo fajny film, oczywiście scenariusz okropny, a sentymentalizm tani, ale przez większość czasu siedziałam trzymając się kurczowo poręczy fotela i nawet oko mi się zaszkliło.  Fantastycznie zrobione, Sandra Bullock świetnie sobie radzi, co w tych warunkach nie było oczywiste. Bardzo jest przekonująca. Niezły kawałek rozrywki.