Przyszłem

Zaczęłam rok lekturą „Przyszłem” Głowackiego. Nie widziałam jeszcze filmu, ale i tak uważam za znakomity pomysł spisania, jak powstawał scenariusz. To bardziej szkic niż pełnowymiarowe dzieło, ale Głowackiemu udało się pokazać ogromną wieloznaczność postaci Wałęsy: z jednej strony symbolu, z drugiej strony zwykłego człowieka, który musiał unieść niewyobrażalny ciężar. Wciągająca lektura, ciekawa jestem teraz filmu.

W Alpach

W weekend byłam w Alpach, aby tam robić to co zwykle, czyli wjeżdżać do góry na chwiejnym krzesełku wystawiając się na podmuchy lodowatego wiatru, a następnie zjeżdżać z tej góry po zmrożonej wodzie będąc jednocześnie obficie posypywana nową zmrożoną wodą. Jak tak to opisuję, to nie rozumiem, dlaczego jeszcze za to płaciłam, i dlaczego jestem z tego taka zadowolona. Tradycyjnie wjechał we mnie Anglik, nie snowboardzista, tylko narciarz tym razem, musiał się czuć bardzo winny, bo przepraszał mnie bardzo jak na tę nację wylewnie. Drugiemu Anglikowi uprzejmie podałam nartę, która mu się wypięła, a przejechał bez niej jeszcze dobre 10 metrów. W ogóle Anglików było tam w ten weekend więcej niż jakichkolwiek innych ludzi razem wziętych, i to łącznie z obsługą turystów.

Tamże przytrafiła mi się rzecz lekko surrealistyczna i bardzo stresująca. W pewnej chwili na wyciągu spojrzałam niedbale na czubki mych nart i przemknęło mi przez głowę „tiens, to dziwne, że nie ma nich logo wypożyczalni, wydawało mi się, że zawsze jest”. Myśli nie poświęciłam dalszej uwagi uznawszy, że widocznie logo jest jednak niżej i akurat przykryte śniegiem. Jakiś czas później wyszłam z restauracji, podeszłam do stojaka z nartami, i w tym momencie myśl przebiła się wyraźnie do mej świadomości. „Przecież to nie są moje narty!” rozległo się w mojej głowie przy akompaniamencie trąb jerychońskich. Z niedowierzaniem zaczęłam oglądać sprzęt, na którym przyjechałam, ale nie było wątpliwości: nie były to narty wypożyczone dwa dni wcześniej. Wyglądały identycznie, ale były 15 cm dłuższe i nie miały ani loga wypożyczalni, ani sześciocyfrowego numeru, którego na wszelki wypadek nauczyłam się na pamięć, a którego znajomość była mi teraz doskonale nieprzydatna. Kijki za to owszem, były moje, to znaczy wypożyczone przeze mnie. Stać mnie było tylko na to, aby z przerażonym niedowierzaniem gapić się na to zjawisko i powtarzać sobie „przecież to niemożliwe!”. Byłabym zapewnie nieco mniej zszokowana, gdyby nie to, że byłam mocno oddalona od stacji macierzystej, a wrócić do niej należało oczywiście przez góry i śniegi.
– To nie są moje narty, są za długie, nie mogę na nich jechać! – bełkotała jedna część mego umysłu.
– Przyjechałaś na nich – odparła przytomnie druga. Nie mogłam się z nią nawet sprzeczać, gdyż doskonale pamiętałam wcześniejszy moment przelotnego zdziwienia brakiem logo. Miał on miejsce wiele kilometrów temu.
Obeszłam dla pewności wszystkie okoliczne stojaki, chociaż nie miałam już żadnej wątpliwości, że zamiana nart musiała nastąpić sporo wcześniej, jeśli nie wręcz dnia poprzedniego. Usiłowałam sobie przypomnieć, czy narty wyjmowane rano ze skiroomu miały na sobie logo wypożyczalni, ale nijak mi się nie udało.
– I co ja mam teraz zrobić? – zadałam dramatyczne pytanie ośnieżonym szczytom.
– Wrócić do wypożyczalni, wyjaśnić sytuację, i zobaczyć, w końcu jest szansa, że prawowity właściciel tych nart już się tam zgłosił z tymi wypożyczonymi, albo się zgłosi – odparły szczyty. – Dobrze, że wzięłaś ubezpieczenie od kradzieży i zagubienia – dodały.
Ruszyłam w drogę, nie mogąc się pozbyć wrażenia, że wszyscy mnie wytykają palcami i szepczą „patrz, ona jedzie na cudzych nartach”. W wypożyczalni wyjaśniłam sytuację, na ile się dało.
– Niech mi pan powie, to się zdarza częściej, czy TYLKO MNIE?- zapytałam na koniec desperacko.
– Zdarza się, zdarza – uśmiechnął się właściciel wypożyczalni. – Wie pani, on się może zgłosi dopiero po tygodniu z naszymi nartami, bo też się może od razu nie zorientować…

Miss Pym Disposes

Zakończyłam rok lekturą „Miss Pym Disposes” Josephine Tey, bo kiedy o niej napisała Aleksandra, usłyszałam w mojej głowie głos nakazujący mi stanowczo to przeczytać natychmiast (zwłaszcza, że ten fragment jest o mnie, co do słowa „Miałam wtedy zwyczaj czytać już w drodze z biblioteki, znając szlak na pamięć, idąc noga za nogą, z torbą książek na ramieniu i tą jedną – dla komfortu najcieńszą i najlżejszą – w dłoni. Skrzyżowanie nietoperza z pijanym woźnicą – nigdy nie myliłam drogi do domu„).

Nie wiem, jakim cudem Tey mi nigdy przedtem nie wpadła w ręce, ale cieszę się bardzo, że w końcu ją odkryłam. Dodatkowo na australijskim Gutenbergu dostępna jest za darmo, zaprzeczając tym samym powiedzeniu, że za darmo nie można dostać nic fajnego ani wartościowego. Tey ma cudowny zmysł obserwacji, niezwykle plastycznie i z łagodną angielską ironią opisuje świat szkoły dla dziewcząt. Jest miło, sympatycznie, energiczne wychowanki ciężko pracują i pałają ogromną sympatią do przybyłej na chwilę ze świata zewnętrznego tytułowej panny Pym.  Chwila się wydłuża, sielanka trwa, aż się przemienia w koszmar, proweniencji poniekąd kryminalnej, ale to dużo więcej. Panna Pym ma dowody, ma też osobiste sympatie, waha się długo, i podejmuje w końcu swoją decyzję.  Nie wszystko po drodze jest tak oczywiste, jak mogłoby się wydawać na pierwszy rzut oka.

W kwestii punktualności startów

Dojechałam na lotnisko z wyprzedzeniem zupełnie niesłychanym, bo nastraszona korkami wyszłam odpowiednio wcześniej, tymczasem korka nie było ani pół. Zrzucić bagaż udało mi się również bez żadnej kolejki ani innych perypetii, na ponad dwie godziny przed terminem odlotu, czego się zupełnie nie spodziewałam. Uznałam, że dalej już może być tylko lepiej, i że wolę się te dwie godziny ponudzić nad kawą, zamiast stresować, że nie zdążę, jak to bywało nierzadko. Przez kontrolę również przeszłam szybko i bez niespodzianek, nie licząc irytujących pięciu minut na przewracanie mi rzeczy w walizce podręcznej, ale to zapewne była kara za niezamierzone skłamanie na temat tabletu, gdyż pomyliło mi się, gdzie mam jeden tablet, gdzie drugi, gdzie kindla, a gdzie telefon.

Co do minuty punktualnie ogłosili, że zaczynają wpuszczać pasażerów, ustawiła się kolejka do wyjścia. Ja się wprawdzie nie ustawiłam, ale już do tego przygotowywałam, a tymczasem chwikę później głośnik oznajmił, że wpuszczanie wstrzymują z powodów technicznych, i wznowią je za dziesięć minut. Po tym czasie wcale nie wznowili, lecz rzekli, że jednak za raczej pół godziny, bo wymieniają część. Część samolotu, znaczy. Oczywiście lepiej, że wymienili ją przed lotem, niż żeby mieli jej nie zdążyć wymienić, ale miałam już lekko dość siedzenia na lotnisku. W dodatku syn mój stanowczo stwierdzał co chwila „a my zostaniemy na lotnisku na noc”. Wysłuchiwał spokojnie moich wywodów, że na pewno nie: nawet gdyby lot odwołali, to wrócimy do domu, po czym obstawał przy nocy na lotnisku. Nie nastawiało mnie to pozytywnie do najbliższej przyszłości. Po dobrej godzinie głośnik oznajmił, że część już wymienili, ale teraz nie działa klimatyzacja, i ponieważ nie chcą, żeby im pasażerowie zamarzli, to ją naprawiają. Potem przestali się odzywać w ogóle, i kiedy straciłam już całą nadzieję, wpuścili nas na pokład i dolecieliśmy bez problemów ani zamarzania, jedynie z dwugodzinnym opóźnieniem.