W sklepie

– Czy czegoś pani szuka? – spytał bardzo młody sprzedawca, widząc jak skanuję półki wzrokiem.
– Tak – zeznałam, za czym się mianowicie rozglądam.
– O, pani nie jest Francuzką – ucieszył się na to chłopak. – No French! – dodał na wszelki wypadek.

Ida

Widziałam w kinie film polski, co się zdarzyło bodaj pierwszy raz od czasu, kiedy nie mieszkam w kraju mym ojczystym. Wybrałam się do kina absolutnie pewna, że oprócz mnie na sali znajdzie się może jeszcze ze dwóch Polaków i jakiś jeden zabłąkany kinofil. Nie moglam się bardziej pomylić: 140 miejsc w sali było zajętych, a odbiór dzieła odbywał się w idealnej ciszy i skupieniu. „Ida” na to zasługuje,  to zdumiewająco znakomity film, opowiadający o tragicznych losach ludzkich w Polsce czasów wojny i powojennej w sposób niesłychanie oszczędny, w wyciszonej czerni i bieli. Żadnej brutalności, żadnych krwawych reminiscencji, tragedia wyłania się z dwóch urywanych zdań.  Trwam w podziwie i wzruszeniu.

Mam dwa problemy ze scenariuszem tego filmu. Pierwszy to zupełnie niewiarygodny punkt wyjscia. Dlaczego niby zakonnice miałyby nalegać na spotkanie Idy z ciotką, doskonale wiedząc, kim ona jest? Wprost przeciwnie, powinny ją przed tym starannie chronić i cieszyć się, że żadna strona nie dąży do kontaktu. Pojawia się zatem pytanie filozoficzne: czy fabuła oparta na tak chwiejnej podstawie nadal ma jakąś wartość? Odpowiedziałam sama sobie, że w tym przypadku ma. Ida nie jest – i nie ma być – postacią prawdopodobną psychologicznie, jest symbolem. Co wcale nie odbiera realności jej ciotce z jej przeszłością (doskonała rola Agaty Kuleszy), a może przez kontrast wręcz dodaje. Piękny, śmiały zabieg.

Drugi problem jest znacznie poważniejszy. Mam w sobie głęboką niezgodę na sposób, w jaki Ida wybacza, przechodząc nad tym lekko do porządku dziennego. Gdy wiemy, że jej postać jest symboliczna, wymowa filmu staje sie bardzo czytelna. Z jednej strony wiem, że Pawlikowski ma rację, że tylko wybaczenie jest drogą. Z drugiej strony cały czas mam ochotę mu cytować „i nie przebaczaj, zaiste nie w twojej mocy przebaczać w imieniu tych, których zdradzono o świcie”. Tak, to pragmatyczny, brytyjski Pawlikowski ma rację, a jednak. Będę jeszcze długo miała z tym problem, i wracała do  tego fimu myślami.

Bezradność

Naprawdę myślałam, że przemoc wojenna w dzisiejszych czasach nie jest możliwa, nie w Europie, cywilizacja, internet, Unia, NATO, i co tam jeszcze. Naprawdę myślałam. Od dwóch dni pałęta mi się po głowie ten fragment dziennika Virginii Woolf, w którym w 1938 pisała, że żadnej wojny przecież nie będzie, Hitler dostanie Czechosłowację i się zadowoli, przecież wszyscy jesteśmy cywilizowanymi Europejczykami. Taak.

Informatyzacja à la française

Zachciało mi się móc sprawdzać przez internet, ile mam punktów na prawie jazdy. Nie żebym podejrzewała, że mam jakieś, ostatnio samochodu używam bowiem mniej więcej raz w miesiącu i to bez pośpiechu, ale tak o z wrodzonej dociekliwości, i bo można. Okazało się, że można, ale trzeba mieć kod dostępu. W celu otrzymania tegoż należy wypełnić formularz online. Wypełniłam, bo co mi szkodzi. W następnym kroku zostałam poinformowana: a teraz ten formularz ładnie sobie wydrukuj i wyślij pocztą normalną, załączając kserokopie tego i owego, oraz kopertę ze znaczkiem na list polecony. Ewentualnie udaj się na prefekturę z wydrukowanym formularzem w dłoni. Odpadłam, bo nie chciało mi się drukować, kserować, a jeszcze mniej biegać na prefekturę.

Po czym, szukając zupełnie czego innego, natrafiłam przypadkiem na informację, że istnieje możliwość uzyskania kodu dostępu całkowicie przez internet. Bez biegania, kserowania i drukowania.
– Aha, uwierzę jak zobaczę – mruknęłam do siebie jako znany sceptyk, i zaczęłam szukać. Nie było łatwo, ale tym bardziej się zawzięłam. Znalazłam starannie zakamuflowaną stronę, na której wypełniłam rozmaite swoje dane i dowiedziałam się, że list polecony z kodem dostępu przyjdzie niebawem. Jakoż i przyszedł. W liście informują mnie, jaki jest mój kod dostępu, oraz dodają, że do sprawdzania liczby punktów przez internet potrzebny jest również numer dossier. Numeru tego nie podają.

Eden

Człowiek uważa za oczywiste to, co zna od dzieciństwa, i ma to za punkt odniesienia na całe życie. Czytałam we wczesnym nastolęctwie Lema, więc uważałam, że wszyscy tak piszą. Długo trwało, zanim zrozumiałam, że jednak nie: i to bardzo nie. Ponowna po bardzo wielu latach lektura „Edenu” zachwyciła mnie najpierw tym, jak to jest cudownie napisane. Jakoś nigdy nie była to moja ulubiona książka Lema, a przecież jest znakomita. Zachwyca od pierwszego akapitu: pięć zdań, które sugestywnie oddają całą grozę katastrofy w kosmosie. Dalej malownicze opisy odkrywania innej planety, i jednocześnie precyzyjna organizacja ratunku. I absolutnie rozczulające drobiazgi: na przykład ta tablica i kreda w rakiecie międzyplanetarnej.

Zastanawiam się, skąd pomysł pozbawienia protagonistów imion i sprowadzenia ich do pełnionych funkcji (Doktor, Chemik, Cybernetyk…). Dla podkreślenia tego, że nie są na Ziemi, lecz w całkiem obcym świecie? Wyłamuje się z tego jedynie Inżynier, który jako jedyny ma imię. Staroświecko kulturalni i troskliwi dla siebie wzajem są ci dżentelmeni pod obcym niebem. Chciałabym wiedzieć, czy Lem naprawdę nie wyobrażał sobie innego zachowania, czy po prostu nie wypadało mu inaczej napisać. Z drugiej strony nieprzyjemnie uderza brak wśród nich kobiety: jeśli już Lemowi nie mieściła się w głowie Cybernetyczka ani Fizyczka, to rola Doktora fantastycznie by się nadawała, zwłaszcza, że przecież właśnie lekarką była osobista żona autora. Dzisiaj pisany Eden wyglądałby zatem inaczej, jeśli o szczegóły chodzi, ale najistotniejszy jest tutaj poruszony temat możliwego braku zrozumienia obcej cywilizacji. To jest tylko sugestia, potem jednak do kontaktu dochodzi, ale sugestia niezwykle trafna. Powieść kończą rozważania na temat możliwości pomocy, polepszenia tego świata. Lem pisał to w 1958, więc nie ma wątpliwości, do czego to jest aluzja, ale broni się znakomicie i ponad pół wieku później.

O paczce

Straciłam już wszelką nadzieję, że ujrzę kiedyś paczkę wysłaną do mnie miesiąc temu ze Zjednoczonego Królestwa, niestety w trybie bez śledzenia. Straszne psy wieszałam na poczcie francuskiej (angielską podejrzewając jakoś mniej), i wymyślne klątwy kierowałam pod adresem domniemanego złodzieja. Tymczasem paczka wczoraj znalazła się w mojej skrzynce pocztowej ot tak. I jak ja teraz wyglądam? Psy i klątwy muszę odwołać, choć chciałabym wiedzieć, co oni z tą paczką robili przez miesiąc. Niewykluczone, że ktoś na niej spał: zachęcająco mięciutka była, bo był w niej wyjątkowej urody niepowtarzalny kocyk zrobiony na szydełku przez Daisy. Bardzo jestem szczęśliwa, i uważam to za dobrą wróżbę na świeżo rozpoczęty rok Konia, którego początek świętowaliśmy należycie w niedzielę w trzynastej dzielnicy Paryża. Były tańce smoków, pokazy sztuk walki, bajecznie kolorowe stroje, i mnóstwo hałasu celem przepędzenia demonów. Najwyraźniej skutecznego, i oby tak dalej.

O genderze po francusku

Dyrektor przedszkola, skądinąd uroczy człowiek, ma zwyczaj komunikować się z rodzicami przy pomocy kartek wręczanych każdemu rano przy wychodzeniu z budynku. W poniedziałek przyjęłam więc taką A4 bez najmniejszego zdziwienia. Ogromnie zaskoczyła mnie dopiero po chwili jej treść, głosząca, że „la théorie du genre” oznacza wyłącznie równość chłopców i dziewczynek, i że nie należy dawać wiary żadnym innym pogłoskom na ten temat. Rozglądałam się długo po okolicy przekonana, że nagle przeteleportowana zostałam do Polski, wyraźnie jednak pewne tematy są modne całkiem niezależnie od kraju.

Po nazwisku

Okazuje się, że we Francji w liceum istnieje obyczaj zwracania się do ludzi po nazwisku, zamiast imieniem, czyli tak samo jak bywało i u nas, przynajmniej w tych czasach, kiedy ja byłam w liceum. Dawno temu, ale zakończmy tę dygresję. Kolega nazywa się Lenoir, co jest dość popularnym nazwiskiem francuskim, a noir oznacza czarny. Opowiedział, że raz stał obok dwóch czarnoskórych, wszedł kolega wołając do niego po nazwisku „e, Lenoir, Lenoir!”, na co oczywiście odwrócili się wszyscy trzej…

Kroki w nieznane 2013

W tym roku znalazłam „Kroki w nieznane” pod choinką, co mnie niezwykle uszczęśliwiło. Bardzo dobry zbiór, acz nie aż tak dobry, jak ubiegłoroczny, ale ciekawie jest go rozpatrywać jako uzupełnienie tegoż właśnie. Otwiera go tradycyjnie nieklasyczne opowiadanie o zombie (Michael Swanwick „Umarli”), tym razem w ujęciu zombie plus korporacja, i to z nieoczywistego punktu widzenia. Delikatne ciarki po grzbiecie mi chodziły, i owszem; świetny pomysł, nieźle rozegrane, niezwykle klimatyczne.

Jednym z najoryginalniejszych tutaj tekstów jest „Szczęśliwy człowiek” Lethema, który nieźle kopie w żołądek i ma co najmniej podwójne dno. Autor wykorzystuje ograny motyw gier komputerowych, żeby stworzyć coś zupełnie nowego, co w dodatku kazało mi pomyśleć o absolutnie genialnej „Karze większej” Huberatha. Drugim tak oryginalnym i powalającym opowiadaniem są „Puste przestrzenie” Grega Kurzawy, który musiał czytać Lema. Kurzawa zostawia dużo niedopowiedzeń między wierszami, więcej trzeba się domyślać niż jest napisane, ale atmosferę kreuje niesamowitą, i pokazuje, co jeszcze można wyciągnąć ze zwykłej space opery. Widzę to opowiadanie jako nawiązanie do ubiegłorocznego Jessupa i pokazanie, jak różne efekty można uzyskać wychodząc z podobnego punktu. Z kolei Gardner wziął na warsztat inny ograny motyw s-f – broń promieniową, która jest w jego opowiadaniu jedynym rekwizytem fantastycznym, w związku z czym długo usiłowałam się upierać, że nie jest to fantastyka w rozumieniu brzytwy Lema, ale mi się nie udało. Trochę mu zazdroszczę pomysłu.

Chyba się starzeję, bo większości opowiadań mam ochotę zarzucić, że przegadane. Parker „Mapy zostawmy innym”: śliczna historia alternatywna, urocza anegdota, ale po co tu tyle słów? Sanderson „Nowa dusza cesarza”: świetny pomysł, bardzo ciekawe wykonanie, wciąga, ale za długie, za długie! „Sierżant Chip” Dentona: w zasadzie od razu wiadomo, kto tu jest narratorem, co owszem, dość oryginalne, ale potem nie pojawia się tutaj już kompletnie nic nowego. To było chyba największe rozczarowanie tego zbioru. „Wielkie marzenie”: Kessel się świetnie wczuł w styl Chandlera, po czym nie umiał się zatrzymać. Fajnym pomysłem jest tutaj wsadzenie w akcję samego Chandlera, ale dałoby się to rozegrać zwięźlej. „Założyciel” Orsona Scotta Carda to z kolei hołd dla Asimova „Fundacji”, przy czym broni się jako samodzielny tekst, na szczęście, bo Fundację pamiętam bardzo słabo. Pomarudziłabym tutaj też na długość, ale Card tak fantastycznie podrobił styl Asimova, że ze dwa razy złapałam się na myśleniu „no tak, charakterystyczne dla Asimova… yyy.. zaraz, tylko że to Card!”. Poza tym wielki ukłon z zamiataniem kapeluszem za wymyślenie czytników książek w roku 1989. W tym samym tekście Card marudzi, że nikomu przez tysiąclecia nie udało się wymyślić mówiącego komputera (dlatego sprawdziłam rok powstania tekstu), co dowodzi, że nikt nigdy nie jest prorokiem w stu procentach.

Bardzo mi się podobały „Zeznania Oli N.” Bułyczowa, acz może to być z wielkiej sympatii dla autora. Przy „Ulotnym” Laidlowa nieco ziewałam, i nie wykluczam, że czegoś tu nie zrozumiałam, w każdym razie zupełnie mnie nie poruszyło to, co zdaje się miało poruszyć. Julia Zonis w „Gołąbku” wzięła na warsztat łagry, w niepokojąco poetyckim ujęciu. W tym opowiadaniu jest więcej, niż to po pierwszej lekturze widać. Za to druga tutaj kobieta Karin Tidbeck swoim „Jagannath” mnie znużyła. Ale to dobry zbiór, i mógłby wychodzić raz w miesiącu, a nie raz w roku, bo teraz znowu trzeba czekać do grudnia.