Po nazwisku

Okazuje się, że we Francji w liceum istnieje obyczaj zwracania się do ludzi po nazwisku, zamiast imieniem, czyli tak samo jak bywało i u nas, przynajmniej w tych czasach, kiedy ja byłam w liceum. Dawno temu, ale zakończmy tę dygresję. Kolega nazywa się Lenoir, co jest dość popularnym nazwiskiem francuskim, a noir oznacza czarny. Opowiedział, że raz stał obok dwóch czarnoskórych, wszedł kolega wołając do niego po nazwisku „e, Lenoir, Lenoir!”, na co oczywiście odwrócili się wszyscy trzej…

Kroki w nieznane 2013

W tym roku znalazłam „Kroki w nieznane” pod choinką, co mnie niezwykle uszczęśliwiło. Bardzo dobry zbiór, acz nie aż tak dobry, jak ubiegłoroczny, ale ciekawie jest go rozpatrywać jako uzupełnienie tegoż właśnie. Otwiera go tradycyjnie nieklasyczne opowiadanie o zombie (Michael Swanwick „Umarli”), tym razem w ujęciu zombie plus korporacja, i to z nieoczywistego punktu widzenia. Delikatne ciarki po grzbiecie mi chodziły, i owszem; świetny pomysł, nieźle rozegrane, niezwykle klimatyczne.

Jednym z najoryginalniejszych tutaj tekstów jest „Szczęśliwy człowiek” Lethema, który nieźle kopie w żołądek i ma co najmniej podwójne dno. Autor wykorzystuje ograny motyw gier komputerowych, żeby stworzyć coś zupełnie nowego, co w dodatku kazało mi pomyśleć o absolutnie genialnej „Karze większej” Huberatha. Drugim tak oryginalnym i powalającym opowiadaniem są „Puste przestrzenie” Grega Kurzawy, który musiał czytać Lema. Kurzawa zostawia dużo niedopowiedzeń między wierszami, więcej trzeba się domyślać niż jest napisane, ale atmosferę kreuje niesamowitą, i pokazuje, co jeszcze można wyciągnąć ze zwykłej space opery. Widzę to opowiadanie jako nawiązanie do ubiegłorocznego Jessupa i pokazanie, jak różne efekty można uzyskać wychodząc z podobnego punktu. Z kolei Gardner wziął na warsztat inny ograny motyw s-f – broń promieniową, która jest w jego opowiadaniu jedynym rekwizytem fantastycznym, w związku z czym długo usiłowałam się upierać, że nie jest to fantastyka w rozumieniu brzytwy Lema, ale mi się nie udało. Trochę mu zazdroszczę pomysłu.

Chyba się starzeję, bo większości opowiadań mam ochotę zarzucić, że przegadane. Parker „Mapy zostawmy innym”: śliczna historia alternatywna, urocza anegdota, ale po co tu tyle słów? Sanderson „Nowa dusza cesarza”: świetny pomysł, bardzo ciekawe wykonanie, wciąga, ale za długie, za długie! „Sierżant Chip” Dentona: w zasadzie od razu wiadomo, kto tu jest narratorem, co owszem, dość oryginalne, ale potem nie pojawia się tutaj już kompletnie nic nowego. To było chyba największe rozczarowanie tego zbioru. „Wielkie marzenie”: Kessel się świetnie wczuł w styl Chandlera, po czym nie umiał się zatrzymać. Fajnym pomysłem jest tutaj wsadzenie w akcję samego Chandlera, ale dałoby się to rozegrać zwięźlej. „Założyciel” Orsona Scotta Carda to z kolei hołd dla Asimova „Fundacji”, przy czym broni się jako samodzielny tekst, na szczęście, bo Fundację pamiętam bardzo słabo. Pomarudziłabym tutaj też na długość, ale Card tak fantastycznie podrobił styl Asimova, że ze dwa razy złapałam się na myśleniu „no tak, charakterystyczne dla Asimova… yyy.. zaraz, tylko że to Card!”. Poza tym wielki ukłon z zamiataniem kapeluszem za wymyślenie czytników książek w roku 1989. W tym samym tekście Card marudzi, że nikomu przez tysiąclecia nie udało się wymyślić mówiącego komputera (dlatego sprawdziłam rok powstania tekstu), co dowodzi, że nikt nigdy nie jest prorokiem w stu procentach.

Bardzo mi się podobały „Zeznania Oli N.” Bułyczowa, acz może to być z wielkiej sympatii dla autora. Przy „Ulotnym” Laidlowa nieco ziewałam, i nie wykluczam, że czegoś tu nie zrozumiałam, w każdym razie zupełnie mnie nie poruszyło to, co zdaje się miało poruszyć. Julia Zonis w „Gołąbku” wzięła na warsztat łagry, w niepokojąco poetyckim ujęciu. W tym opowiadaniu jest więcej, niż to po pierwszej lekturze widać. Za to druga tutaj kobieta Karin Tidbeck swoim „Jagannath” mnie znużyła. Ale to dobry zbiór, i mógłby wychodzić raz w miesiącu, a nie raz w roku, bo teraz znowu trzeba czekać do grudnia.