Téléski difficile

Gdyby zawitali państwo kiedyś na stoki w Alpach francuskich i zastanawiali się, co może się kryć za surową infomacją „téléski difficile”, czyli „trudny orczyk” to spieszę z wyjaśnieniem: oznacza to otóż, że szarpie. Ostatnio na szarpiącym orczyku jeździłam na Słowacji, acz tam nikt przed tym nie ostrzegał, i wtedy dość lubiłam to uczucie. Od tamtego czasu minęło parę lat, mój kręgosłup szyjny się nieco popsuł, szarpaniem przestałam się więc rozkoszować. Inny orczyk oznaczony jako trudny zakręcał w połowie trasy o jakieś 70 stopni, pierwszy chyba raz widziałam takie rozwiązanie. Poza tym słońce, śnieg, słońce, dwie deski przyczepione do nóg, śnieg, słońce, niebieskie niebo, czasem jakaś malownicza chmurka ot tak, żeby krajobraz jeszcze upiększyć. A Mont Blanc z odległości 10 km wygląda jak mały zaokrąglony biały pagórek i w ogóle nie robi wrażenia. Jak zwykle po francusku, najpierw dużo puszenia się i chwalenia, a potem niewiele z tego wychodzi.

Śmierć pięknych saren

Z całą pewnością kiedyś przez jakąś lekturę spóźniłam się do pracy, nie mogąc się od niej oderwać przy śniadaniu, ale nie pamiętam kompletnie przez jaką. Tytuł  „O książkach, przez które omal nie spóźniłam się do pracy” natychmiast wzbudził moją gorącą ciekawość. Jeszcze większą zacytowany fragment „Śmierci pięknych saren”, której nigdy przedtem nie czytałam, i natychmiast postanowiłam to nadrobić. Nie przejechałam żadnego przystanku, być może dlatego, że praktycznie wcale nie jeżdżę komunikacją miejską, natomiast nazajutrz byłam niewyspana, bo nijak nie mogłam się oderwać od wieczornej lektury, żeby iść spać. Te wspomnienia są trochę w stylu Hrabala, przezabawne i ciepłe z gorzkawym posmakiem. Śmiałam się na głos, żeby potem uronić łzę. Kompletnie nie rozumiem, dlaczego nigdy przedtem nie wpadło mi to w ręce.

August: Osage County

Ten film mógłby nakręcić Smarzowski, zwłaszcza że sztuka „Sierpień” grana była w warszawskim Teatrze Studio dwa lata temu, w dodatku z Budzisz-Krzyżanowską i Trelą, zobaczyłabym.  Do kina zaś poszłam oczywiście na Meryl, i nie byłam rozczarowana.

Chciałam jednak w pewnym momencie stwierdzić, że jeśli teraz za takie rzeczy dają Pulitzery,  to chyba sama coś napiszę, ale to byłoby niezwykle powierzchowne odczytanie fabuły. Widzieliśmy te dramaty rodzinne, te trupy wypadające z szafy, widzieliśmy już tyle razy: Tracy Letts też to doskonale wie, a jednak podejmuje te tematy raz jeszcze, i otwarcie  mówi, gdzie są jego inspiracje. Osage County jest w Oklahomie, amerykańskie środkowe Południe, jest potwornie upalny sierpień – nieprzypadkowo. Siostry przyjeżdżające do domu rodzinnego są też nieprzypadkowo trzy, a Violet w pewnym momencie przywołuje Liz Taylor. Świetna, posępna, doskonale i odważnie skomponowana sztuka według najlepszych klasycznych wzorców: ale to sztuka, co oznacza, że ogromny ciężar spoczywa na reżyserze i aktorach. Meryl oczywiście mistrzowsko sobie radzi, jest wielka w każdym geście, słowie i westchnieniu, ale kiedy jej nie ma na ekranie, to zaczynałam jednak poziewywać i poprawiać się na krześle. Mam też pretensję o filmowe zepsucie zakończenia, w oryginale wracającego do rozpoczynającego film T.S. Eliota, do jednego z najbardziej znanych jego wersów „tak kończy się świat”.  

Zaobserwowałam też drobną, lecz znaczącą różnicę kulturową. Długą chwilę byłam przekonana, że Little Charles i jego relacja z ojcem jest mocno przerysowana. Dla widza amerykańskiego jest jednak wyraźnie przerysowana tylko odrobinę. Bawię się od wczoraj obracaniem w głowie tego filmu i rozważaniem, które elementy przerysowałby groteskowo Smarzowski. Nie muszę rozważać, czy pojawiłaby się siekiera, bo wiem na pewno, że tak. Czy to byłby huk, czy nadal skomlenie?

Salon de l’agriculture

Na tegorocznym Salon de l’agriculture odkryłam, że do nader krótkiej listy serów jadalnych, a nawet smacznych, mogę dołączyć Beaufort. Sprzedawał go pan, który oznajmił, że mieszka w Hiszpanii, i faktycznie w ofercie miał rozmaite jamón serrano prócz kilku serów. Wiem, że w Hiszpanii znakomicie jedzą, bo Barbarellę czytuję (śliniąc się na klawiaturę), ale żeby sery, to jednak mnie nieco zaskoczyło, spojrzałam więc na pana z niemym pytaniem w oczach, a ten pospieszył z odpowiedzią
– Sery kupujemy młode we Francji i je dojrzewamy, ten ma 16 miesięcy…
Potem zaś, gdy przechodziłam mimo stoiska z cukierkami na wagę, rzuciło się na mnie niepozorne, ale bardzo charakterystyczne beżowe opakowanie z krową.
– KRÓWKI?! – wrzasnęłam, oczom własnym nie wierząc, i czule wzięłam w dłoń znajomy przysmak. Napisy miał po niemiecku, lecz natychmiast zainteresował się mną sprzedawca, i rzekł z emfazą
– To, proszę pani, są krówki POLSKIE.
Wzruszyłam się.

O Salonie w 2011
O Salonie w 2012