W samolocie

Miła pani w samolocie pytała mnie dociekliwie, czy po polsku naprawdę „wyjście” i „wejście” różnią się tylko jedną literą. Musiałam się dłuższą chwilę zastanowić, żeby potwierdzić. Potem zaś dociekała, co znaczy „lotnisko” i czy to dlatego, że linie lotnicze nazywają się „LOT”.

Tożsamość

Pod wpływem dyskusji z potomkiem zaczęłam się zastanawiać, co musiałoby się stać, żebym poczuła się Francuzką. Doszłam do wniosku, że musiałabym zacząć pisać po francusku, czyli tak naprawdę myśleć. Wewnętrzny strumień mojej narracji jest nieodwołalnie po polsku, i wątpię, czy kiedyś ulegnie to zmianie. Odkryłam również, że jeśli w jakimś sporcie, który mnie kompletnie i absolutnie nie interesuje, będzie grać Polska z kimkolwiek, to będę gdzieś w środku kibicować Polsce. Jeśli natomiast będzie grać Francja, to ewentualnie zapytam z kim, a potem uznam, że niech wygra lepszy. Nie ma w tym żadnego głębszego sensu, zdaję sobie sprawę, że to jakaś indoktrynacja, ale wrosła tak głęboko, że stanowi już szkielet mej tożsamości.

Długa wojna

Długa wojna (drugi tom cyklu „Długa Ziemia”) bardzo fajna, to jest śliczny i świeży pomysł, doskonale pociągnięty dalej. To nie jest „Świat Dysku” i być nie może, ale widać tu rękę (klawiaturę?) Pratchetta – szczególnie pod koniec. Zaskoczyła mnie nieprzyjemnie tylko scena, w której Joshua ucieka przed psami, żywcem wyjęta z „Piątego elefanta”, gdzie Vimes uciekał przed wilkołakami. Pratchett chyba zapomniał, że już coś takiego kiedyś napisał, a Baxter pewnie nie czytał kolegi. Czepnęłabym się też ze dwa razy logiki: w pierwszym tomie kroker należało skończyć samodzielnie, żeby działał, w tym już można je sobie pożyczać, ale może technologia poszła do przodu, w końcu twainy też już są. Najbardziej łapiącą za serce postacią jest Monica Jansson, podejrzewam, że Pratchett podszedł do niej bardzo osobiście. Ciekawa jestem bardzo dlaczego dwóch Anglików wybrało na miejsce akcji Stany, alternatywną wersję Wielkiej Brytanii pomijając całkowitym milczeniem. Czyżby chodziło po prostu o to, że wydawca jest amerykański?

Nebraska

Świat jest dość mały, i niewykluczone, że gdzieś na nim żyją potomkowie pana Andrzeja Gołębiewskiego, który w alternatywnej wersji historii byłby moim ojcem. Tak, wiem, wtedy to nie byłabym ja, ale zdarza mi się myśleć w gorszych chwilach, że może byłabym wtedy lepszą wersją siebie. A może nie, i może jednak żyjemy na najlepszym z możliwych światów. Myślałam o tym w połowie filmu „Nebraska”, który jest amerykański, ale wcale na taki nie wygląda, choćby dlatego, że jest czarno-biały. Oraz dlatego, że reżyserem jest Alexander Payne, ten od „Bezdroży„.

Woody Grant, emerytowany mechanik ze stanu Montana, dostaje list, że wygrał milion dolarów, typowy spam sprzed ery internetu, i bierze go absolutnie poważnie. Upiera się, żeby jechać do Lincoln w stanie Nebraska odebrać swoją nagrodę, bo kto by ufał poczcie, jeśli chodzi o taką kasę. Zawiezie go syn, zatrzymają się w rodzinnych okolicach Granta, odbędą podróż w przeszłość: w ujęciu komediowym, choć i dającym materiał do przemyśleń. Niektóre momenty są nieodparcie śmieszne, inne dość sztubackie, całość mocno przewidywalna. Nie spodziewajcie się tu wielkich zaskoczeń ani trupów wypadających z szaf, a jednak ten film ma ogromny urok. Nie wiem czemu, może dlatego, że te mityczne Stany pod cienką warstewką śniegu, fotografowane monochromatycznie, jakoś zaskakująco przypominają Polskę. Może dlatego, że zupełnie żadnych różnic kulturowych nie widać w reakcjach ludzi. A może mnie po prostu się spodoba cokolwiek, co jest czarno-białe?