To samo

Nieustająco zaskakuje mnie uświadamianie sobie, że kiedy nabywa się dziecko, nabywa się również wielkie i dobrze rozgałęzione drzewo genealogiczne, kompletnie obce, a przecież spokrewnione. I w ten oto sposób przerwałam nagle miłą konwersację z przybyłym do miasta Paryż, Europa, przemiłym Amerykaninem, żeby oznajmić ze szczerym zdumieniem
– Ale to znaczy, że ty jesteś spokrewniony z moim synem! – i zagapiłam się na niego w niemym zachwycie.
Oczywiście mogą nie mieć ani kawałka chromosomu wspólnego, i ja to doskonale wiem, ale to rodzinne spotkanie było nader sympatyczne. Jeśli wszystko pójdzie dobrze, mój syn być może będzie miał krewniaków pół-Hindusów mówiących w gudźarati, co dziwi mnie jeszcze bardziej. Choć może nie powinno, bo najosobistsza siostrzenica moja jest przecież ciotką cioteczną uroczej Dunko-Finki. A może dziwniejsze jeszcze jest, że równie osobisty szwagier posiada braci przyrodnich co najmniej w Rosji i Afryce. Kuzyn Amerykanin zwiedzał zaś uprzednio Zurich, Wenecję, Marsylię i coś jeszcze, wszystko w dwa tygodnie („jeśli dziś wtorek, to jesteśmy w Belgii”), i zapytany przeze mnie co go najbardziej w Europie zaskoczyło, zasępiwszy się odrzekł
– Mała… i co chwilę inny język. Przejedzie się ledwie kawałek, i już inna kultura.
O masz. A ja myślałam, że wszędzie to samo.

Wołanie kukułki

Mając bodaj 13 lat przyszłam pewnego piątku ze szkoły, zaczynały się ferie zimowe, wlazłam na krzesło,  sięgnęłam na najwyższą półkę, i przez następne ponad dwa tygodnie przeczytałam kilkadziesiąt znajdujących się na niej kryminałów. Była tam Agatha Christie, Joe Alex, Chandler, Zeydler-Zborowski, Jerzy Edigey, i możliwe,  że trochę Chmielewskiej. Do Chmielewskiej oczywiście wracałam później, sporadycznie również do Christie (była świetna do czytania w oryginale), ale generalnie po tym jednym w życiu zrywie nie sięgam po kryminały,  z wyjątkiem Krajewskiego, i Conan-Doyle’a, ktorego znałam już wcześniej. Zupełnie nie pamiętam, jaki impuls mną wtedy kierował,  nie żywię też żadnej szczególnej niechęci do tego gatunku, a jednak jakoś się nie składa. 

Pominęłam więc również „Wołanie kukułki”. Przeczytawszy jednak „Trafny wybór” poczułam wyraźnie,  że ja chcę się dowiedzieć,  jaki kryminał napisala Rowling.  Najkrótsza odpowiedź brzmi „klasyczny – i oryginalny”. Niesłychanie wciągająca lektura z, tu żadnego zaskoczenia,  świetnymi postaciami. Cormoran Strike jest, jak każdy detektyw prywatny powinien być, w kłopotach finansowych i miłosnych, właśnie się rozstał z dziewczyną i mieszka w swojej agencji. Gdzie pojawia się niespodziewany klient: brat sławnej modelki, która parę tygodni wcześniej popełniła samobójstwo.  Tylko czy to na pewno było samobójstwo?  Dochodzenie prawdy rozegrane jest równie klasycznie, fałszywe tropy podrzucane umiejętnie, interesująco sportretowany światek bogatych modelek, projektantów mody i innych celebrytów, znakomita jest drugoplanowa postać tymczasowej sekretarki Robin; wciągnęło mnie bez reszty. Wyrosła nam na Harrym Potterze zupełnie niezła pisarka.  I jeśli ona postanowiła napisać jedną książkę z każdego gatunku, to ja się chwilę zawaham tylko przy romansie.

Garçons et Guillaume

Intrygujący film widziałam, „Garçons et Guillaume à table”, debiut aktora teatralnego Guillaume’a Gallienne, w roli reżysera i wykonawcy. Tytul oznacza „chłopcy i Guillaume do stołu” i od razu sugeruje, o czym rzecz, bo Guillaume to imię męskie, odpowiednik Williama czy Wilhelma. Zatem, jeżeli noszącego to imię postawić w opozycji do chłopców, jego braci, to kim on jest? Rodzina myśli, że gejem, i akceptuje bez zastrzeżeń, ale sam nastoletni bohater wcale nie jest tego pewien. Przeplatany tu jest jego monolog teatralny (jest to przeniesienie na ekran autorskiego spektaklu) ze scenkami z życia obrazującymi dojrzewanie i poszukiwanie własnej tożsamości. Z zasady lubię taką teatralizację, ale tutaj miałam wrażenie, że to, co się zapewne sprawdza na scenie, niekoniecznie nadaje się na film. Z drugiej strony, gdyby nie ta forma, pewnie bym tego nigdy nie obejrzała, coś za coś. 

Budzi podziw fantastyczne wykonanie, spory talent aktorski, odwaga w relacjonowaniu trudnych tematów. Znacznie mniej zachwycałam się momentami bardzo sztubackim (a nawet dosłownie niemieckim) poczuciem humoru. Prawdopodobnie niektóre gagi, w teatrze mniej dosłowne, nie budziły takiej irytacji, jak na ekranie. Przesłanie jest też dość łopatologiczne, uznałam, że może nadawać się pewnie dla nastolatków. Ale potem jednak trochę pomyślawszy dostrzegłam, że rzecz jest również o tym, jak wychowujemy swoje dzieci. Jakie oczekiwania, być może nawet zupełnie nieświadomie, im przekazujemy w warstwie niewerbalnej, i co z tego wynika. To jest do przemyślenia, i do obejrzenia wspólnie z potomstwem, któremu zapewne humor sztubacki nie będzie przeszkadzał, a nawet wprost przeciwnie. Może taki był zresztą cel.

Trafny wybór

Wiedziałam, że Rowling umie pisać, stwarzać wyraziste postaci i intrygi polityczne, z tego punkut widzenia „Trafny wybór” nie był więc żadnym zaskoczeniem. Pewnym było jedynie to, że matka Harry’ego Pottera tutaj postanowiła nie mieć głównego bohatera. Chociaż w zasadzie to nie jest takie znów zaskoczenie, jak się nad tym chwilę zastanowić. Intryga kręci się wokół jednej osoby, która nie żyje. Zmarł Barry Fairbrother, radny, przyjaciel, trener osady wioślarskiej, mąż, ojciec, ważna postać w lokalnej społeczności małego miasteczka Pagford. Rzecz jest o pustce, jaką uczyniło wśród ludzi to zniknięcie. Fantastyczne portrety ludzi, świetny zmysł obserwacji, to bardzo wciągająca lektura, choć nieszczególnie radosna. Domyśliłam się dość wcześnie, jakie będzie zakończenie, nie myliłam się.

Zmyślone życie Siergieja Nabokova

Bez specjalnego uzasadnienia wmówiłam sobie, że ta książka to biografia Nabokova od nietypowej strony, czyli oczami brata, i dopiero gdzieś w połowie lektury zaczęło mi świtać, że jednak nie. To jest… mam problem z określeniem gatunku. Do „fabularyzowanej biografii” za mało tu chyba faktów, a za dużo ich, żeby to swobodnie wsadzić do kategorii „powieść”. Rzecz jest w każdym razie o życiu młodszego (niewiele, zaledwie 11 miesięcy) brata Nabokova, Siergieja, który był jąkającym się homoseksualistą. Większość książki to wspomnienia z dwudziestolecia międzywojennego spędzonego w Paryżu. Siergiej znał Jeana Cocteau i bywał u Gertrudy Stein, ale Russell bezlitośnie odarł to z magii, jednocześnie świetnie oddając klimat. Powieściowe „teraz” to natomiast rok 1943 w Berlinie, też odmalowany tak, że ciarki chodzą po plecach. Nawiązania do książek Nabokova są wyraźne, ale subtelne. Podziw budzi rzetelność Russella, musiał wykonać mrówczą pracę przekopując się przez źródła. Wyobraźni też mu nie zabrakło. Siergiej jeszcze długo będzie tkwił gdzieś w mojej głowie.