Wrocław, przelotem

Z lotniska Strachowice do prawie centrum Wrocławia parę minut przed północą wiózł mnie nadmiernie rozmowny taksówkarz, a ja wyglądałam przez okno usiłując zrozumieć, gdzie się właściwie znajduję. Wydawało mi się, że znam tę drogę, jeździłam nią przecież, pamiętam doskonale tę prostą linię wśród drzew; my jednak jechaliśmy przez jakieś liczne wielkie ronda, wśród oświetlonych budynków, i to nijak nie był Wrocław przecież. A potem w całkowite osłupienie wprawił mnie piękny niebieski drogowskaz na A8. Szczypałam się próbując zrozumieć, czy ja śnię. Rynek jednak jest, jaki był, z fontanną na swoim miejscu, ze Spiżem, i niektóre knajpy te same co kiedyś, a inne zupełnie nowe. Lotnisko też nowe zresztą, bardzo piękne. Tęsknię. Wiem, wiem, mój wybór, mój własny. Tęsknota też moja.

Koper

Książki Sławomira Kopra czyta się bardzo dobrze, a założenie jest ciekawe – zgromadzić w jednym tomie kilka krótkich opowieści biograficznych pod wspólnym hasłem („Alkohol i muzy”, „Życie artystek w PRL”, „Kobiety władzy w PRL”). Swój brak entuzjazmu przypisuję temu,  że zaczęłam czytać od Osieckiej, i oczywiście się rozczarowałam, bo nie dowiedziałam się zupełnie niczego nowego. Ale już w przypadku Poświatowskiej było zupełnie inaczej. Trochę mnie drażnił nieco zbyt niedbały styl autora,  ale to pewnie tylko oznaka mojego starzenia się i niedoceniania młodzieżowego luzu.  Oraz oczywiście powtórzenia między tomami, ale tego się nie dało uniknąć pisząc kilkakrotnie o tej samej epoce.

Straszliwym rozczarowaniem było natomiast „Stommowisko”.  Po wspomnieniach autora „Kultura zmienną jest” i profesora Sorbony spodziewałam się dużo więcej niż opowieści treści „spotkałem wtem cud urody dziewczynę, zagadałem do niej, i wnet poszliśmy razem do mnie”. Przy trzeciej historii tego typu (i nie przesadzam tu z liczbą ) skończyła mi się skala na żenometrze.  Ubolewam i odradzam lekturę.

Château de Valençay

W ubiegły weekend zwiedziliśmy pałac w Valençay, sięgający korzeniami końca wieku dziesiątego, a potem posiadłość Talleyranda, gdzie w 1813 Napoleon podpisał traktat, który zwracał tron hiszpańskiemu królowi Ferdynandowi VII po pięciu spędzonych tam przez niego latach. Pałac jak pałac, Francja w to obfituje, ale rzecz jest godna uwagi, bo mają tam wszystko, żeby spędzić miło cały dzień z dziećmi. I to mimo tego, że obiecany przy kupowaniu biletu przewodnik (jak się po polsku nazywa audio guide?) w wersji dla nieletnich okazał się podobno za trudny dla mojego syna, i zwiedzanie nieco go znudziło. Ożywił się trochę przy komnacie, w której przez uchylone drzwi szafeczki obok łóżka widać było naczynie nocne. Całą resztę portretów i mebli cudnej urody (chcę te wszystkie biureczka i sekretarzyki z tajnymi szufladami) zniósł tylko dlatego, że potem miał obiecaną jazdę po lesie samochodem elektrycznym, który okazał się po prostu wózkiem golfowym.
– Umie pani tym jeździć? – z nadzieją spytała opiekująca się wózkami pani.
– Ani trochę – wyznałam, zastanawiając się, czy wyglądam na golfową wyjadaczkę.
– Tu się wkłada kluczyk – zademonstrowała pani – tu jest gaz, tu hamulec, tu jedzie do przodu, tu do tyłu, proszę podpisać, że nie będzie pani miała roszczeń, trasa jest wyznaczona, przejażdżka trwa pół godziny, do zobaczenia – dodała jednym tchem i poszła do kolejnych chętnych.
– Yyyy – powiedziałam do jej pleców, ale za chwilę się okazało, że taki wózek to faktycznie nie jest technologia kosmiczna. Naciska się na pedał i jedzie. I trzęsie. Mam wrażenie, że pola golfowe mogą mieć nieco gładszą nawierzchnię. Nawet przez parę metrów dałam dziecku poprowadzić, ale jednak za mały jeszcze. Objeżdża się w ten sposób lasek, który można by też oblecieć na piechotę bez specjalnego samozaparcia. Po drodze są atrakcje, jako to polana, na której internowani tam książęta hiszpańscy tańce uprawiali, jak im się nudziło. Wróciliśmy, zaparkowaliśmy wózek tyłem, i poszliśmy zwiedzić plac zabaw dla dzieci, duży i dobrze wyposażony, a dodatkową atrakcję stanowią łażące wokół i popisujące się upierzeniem pawie.
Kiedy to nam się znudziło, weszliśmy do labiryntu Napoleona. Nie jest to takie oczywiste, bo dostępu do drzwi broni hasło. Objaśnienia do hasła są po francusku i angielsku, zgadłam więc je po angielsku i spróbowałam tak otworzyć bramę. Nic z tego – trzeba było zgadnąć wersję francuską. Sens podawania objaśnień angielskich jest więc mocno dyskusyjny. Labirynt nie jest trudny, w środku natomiast są kolejne bramy z hasłami, ale niezbyt trudnymi. Przeszedłszy przez labirynt zwiedziliśmy ogródek z przyprawami, gdzie odkryłam, że mięty jest ze dwadzieścia rodzajów. Są tam też zainstalowane pompki, w których ukryte są różne zapachy, i trochę się obawiałam jakiegoś brzydkiego dowcipu, ale niesłusznie. Dolne zapachy dostępne ludziom wzrostu metr dwadzieścia są jedzeniowe, a górne kwiatowe, i musiałam te 22 kg ciekawskiego człowieka do nich podnosić, co nie było fajne. Za to mini zoo z owieczkami, kozami, kaczkami, kurami, było bardzo sympatyczne.

Na koniec obejrzeliśmy les glacières, czyli porośnięty trawą pagórek, w którego środku w specjalnej izolacji przez całe lato przechowywano lód do chłodzenia szampana. Muszę przyznać, że mocno mnie to zafascynowało, i żałuję, że nie można do środka wejść. Można za to zwiedzić pałacowe kuchnie, z imponującym wyposażeniem, i wodą bieżącą. Niby wiem, że już Rzymianie akwedukty mieli, ale Francuzi do takich wynalazków miewają stosunek mocno wzgardliwy, a tu proszę. Jest też pochodząca z epoki winda do szybkiego dostarczania ciepłych dań prosto na stół. Tak to sobie istotnie można mieszkać w takim letnim domku, pod warunkiem oczywiście, że kucharz dobry.

Drzwi

Znacie to mdlące uczucie, które ogarnia człowieka na ułamek sekundy po tym, jak sobie zdał sprawę z tego, że właśnie popełnił jakieś absolutnie nieodwracalne głupstwo, którego konsekwencje będą bardzo bolesne? U mnie to uczucie było związane z odgłosem zatrzaskiwanych drzwi. Moich własnych drzwi, a moje własne klucze zostały w środku. Był ranek i oczywiście akurat spieszyłam się na wizytę u lekarza. Zemdliło mnie ze stresu, ale zaraz sobie przypomniałam, że u dozorcy są zapasowe klucze na taką właśnie ewentualność, taka jestem przewidująca. Było tam jeszcze zamknięte, a na dzwonku widniał surowy komunikat, że dzwonić należy tylko w nagłych wypadkach, a klucze nie są wypadkiem nagłym. Ale to Francja, tu słowo pisane traktowane jest jak słowo… napisane. Papier cierpliwy jest i wiele zniesie, wiadomo. Zadzwoniłam, pojawiła się dozorczyni, przeprosiłam wylewnie, otrzymałam klucze, wróciłam pod drzwi, i wybuchnęłam szlochem uświadomiwszy sobie, że zatrzaśnięte klucze tkwią w zamku od środka uniemożliwiając jego otwarcie od zewnątrz.

Ogarnąwszy się załatwiłam najpierw lekarza, po czym wróciłam do dozorcy już w godzinach jego urzędowania i objaśniłam sytuację pytając, czy ma namiar na ślusarza.
– Ale to będzie panią drogo kosztować! – oznajmił dozorca.
– Wydaje mi się, że nie mam wyjścia, chyba że pójdę zamieszkać pod pobliski most… albo do pana – odparłam na to.
Najwidoczniej przerażony tą perspektywą poszedł ze mną pod moje drzwi zaopatrzony w stare zdjęcie rentgenowskie, które wyraźnie wiele już w swojej karierze przeszło, sądząc po stanie wystrzępienia krawędzi, i dołożył wielu starań, żeby moje drzwi otworzyć. Po dziesięciu minutach poszedł po inne zdjęcie. Po kolejnym kwadransie zdjął kurtkę i otarł pot z czoła. Po następnym zaczęłam się poważnie stresować, że będzie miał zawał, i jak ja to wszystko wytłumaczę pogotowiu. W końcu ku mojej sekretnej uldze ostatecznie się poddał i poszliśmy dzwonić po ślusarza, który miał się zjawić w ciągu godziny.

Siadłam pod własnymi drzwiami, ucieszyłam się, że telefon widzi moje własne wifi i oddałam się oczekiwaniu. Po pewnym czasie pojawił się sąsiad, który spytał, czy na kogoś czekam.
– Tak, na ślusarza – odparłam niedbale, w końcu dozorca zdążył mi już wyjawić, że taka sytuacja ma miejsce co najmniej raz w tygodniu.
– Jak to ślusarza? A co się stało? A zdjęciem rtg nie dało się otworzyć? – najwyraźniej wszyscy oprócz mnie wiedzieli, do czego naprawdę służą zdjęcia rtg.
– Nie dało, dozorca już bardzo długo próbował – odrzekłam uczciwie.
– Zaraz do pani przyjdę! Ze śrubokrętem i zdjęciem! – ucieszył się sąsiad. Jakoż i przyszedł i zaczął się mocować z drzwiami.
– Naprawdę, dozorca już długo próbował, ślusarz już jedzie, to się nie da – oznajmiłam, ale sąsiad najwyraźniej ma jakieś polskie geny, albo to jest jednak słowo wytrych. Zawziął się tym bardziej.

Wrzasnęłam na cały głos, nie wiem czy bardziej zaskoczona czy szczęśliwa, kiedy moje drzwi nagle stanęły otworem, a zziajany sąsiad cały promieniał. Wylewnie dziękując wahałam się między rzucaniem się mu na szyję, a biegnięciem do dozorcy, aby odwołać ślusarza (i uniknąć zapłacenia 105€), wybrałam jednak najpierw złapanie nieszczęsnych kluczy, i z trudem opanowałam chęć przyszycia ich sobie do ręki.
– No ja nie wiem, czy to się da odwołać – skrzywił się dozorca, który najwyraźniej nie miał już ochoty mnie oglądać tego dnia, nie dziwię mu się. Dało się.

O osłach

Wyjazd na długi weekend (we Francji Boże Ciało nie jest świętem, jest nim za to Wniebowstąpienie Pańskie obchodzone w czwartek) organizowałam w ostatniej chwili, myśląc, że nie będzie to trudne ze względu na mało zachęcającą pogodę. Okazało się jednak, że najwyraźniej wszyscy się zdecydowali na wyjazd mimo aury, i rzutem na taśmę znalazłam miejsce, które zapowiadało się średnio. Noclegi tuż obok Centrum Konia i Osła, w drewnianych wozach cygańskich, wewnątrz wszelki komfort łącznie z łazienką i kuchnią. W Centrum zaś Muzeum Osła oraz przejażdżki na tymże zwierzęciu. Nabyłam beztrosko bilet dla dziecka, mając w pamięci, że Don Kichot na Rosynancie, a Sancho na osiołku, że w ogóle w literaturze dorośli ludzie raczej nogami powłóczą na ośle jadąc, jest to zatem zwierzę małe, przyjazne, łagodne, oraz ewentualnie melancholijnego usposobienia. Udaliśmy się na miejsce przejażdżki.
– Ale to jest DUŻE ZWIERZĘ! – wykrzyknęłam na widok czarnej kłapouchej bestii.
– A tak, tak, ta rasa się nazywa grand noir du Berry (duży czarny z Berry) – objaśnił mnie radośnie pan od osła. Osłabłam wyobrażając sobie wyraziście, że moje dziecko spada, łamie, rozbija, szpital nie wiem gdzie, święto jest… lecz zaraz potem pomyślałam, że na pewno mają na miejscu weterynarza. Weterynarzom ufam. Podniosło mnie to na duchu na chwilę, po której pan od osła rzekł równie radośnie do dziecka.
– I mama będzie osła prowadzić!
Nie rzekłam nic, ale musiałam mieć wyraźnie po francusku napisane na twarzy, co o tym sądzę, bo pan od osła się nagle zatroszczył
– Da pani radę?
Że co, ja nie dam? JA?
– Jasne – odparłam, i poszliśmy. Znaczy, dziecko jechało wierzchem, ja i osioł szliśmy.

Do tej pory sądziłam, że to powiedzenie, że uparty jak osioł, to takie powiedzenie jest. Otóż nie. Maurice okazał się bardzo uparty w kwestii spożywania trawy spod kopyt swoich. Bardzo. Nie wykluczam, że wymamrotałam do niego z wyrzutem „uparty jesteś jak osioł”. Kazali mi go powstrzymywać przed spożywaniem. Nie wiem czy wiecie, ale taki osioł to jest silne zwierzę. Naprawdę silne. Odkryłam istnienie takich mięśni na moich ramionach, o których nie miałam pojęcia. Ale Maurice i tak był bardzo chętny do współpracy w zakresie posuwania się do przodu. Drugi towarzyszący nam osioł zademonstrował natomiast to, co widziałam często na obrazkach. Stanął jak wryty i nie zamierzał się ruszyć. Pan od osła popychał go od strony zadu, co zupełnie nic nie dawało. Spacer trwał pół godziny, i to było dość długie pół godziny. Ale summa summarum bardzo sympatyczne, choć przyszłam na miejsce postoju osłów raczej zmachana.

W muzeum natomiast dowiedziałam się, że osioł kiedyś był uważany za symbol mądrości, i że czapkę z oślimi uszami zakładało się złym uczniom, żeby przez te uszy spłynęła na osobnika mądrość. Chyba jednak to nie działało, skoro podejście diametralnie się zmieniło.