NIE..?!

A jeśli (ciągle jeszcze) jest lipiec, to ten blog ma dwanaście lat. Dwanaście.
Dwa-naś-cie.
Dwa razy dłużej piszę go we Francji, niż w Polsce.
Dłużej piszę go będąc matką niż jako bezdzietna.

Grzędowicz, Teklak

Drugi tom „Pana Lodowego Ogrodu” nadal fajny, chociaż nadal przewidywalny. Bohater wybraniec, a właściwie dwóch bohaterów, których losy śledzimy równolegle, idzie ze swoim dzielnym towarzystwem, żeby uratować świat, a przynajmniej jego kawałek. Pewnym novum jest tutaj fakt, że w zasadzie nie wiadomo, gdzie bohater zmierza, obydwaj mają bowiem o swoim celu mgliste pojęcie. Zabawne. W środku tomu zdarzyło mi się ziewnąć, ale częściej jednak bez reszty wciągał mnie ten niezwykle plastycznie odmalowany świat. Duży ukłon za ornipanty, kojarzące mi się nieodparcie z ptakiem Rokiem, o którym czytałam coś w dzieciństwie, tak dawno, że nie pamiętam co (Sindbad to był?!), i kompletnie tego nie pamiętałam, dopóki Grzędowicz nie ożywił tego wspomnienia, powracającego przyjemnym dreszczem.

Zrobiłam w Grzędowiczu przerwę,  żeby rzucić okiem na zakupione w ramach Book Rage „Piórkiem i mięsem” Radka Teklaka, którego kojarzyłam do tej pory tylko z paru tekstów na fejsbuku. Rzuciłam okiem tak skutecznie, że nie mogłam się oderwać, rycząc ze śmiechu. Zastanawiałam się, czy teksty pisane w ramach notek blogowych czy fejsowych sprawdzą się w postaci książkowej: otóż tak. Wyrazisty styl autora, zmysł obserwacji i bardzo specyficzne poczucie humoru czynią tę lekturę nie gorszą rozrywką, niż to, co wychodziło spod pióra uznanych i nagradzanych literatów. Jestem bardzo ciekawa pozostałych wchodzących w skład tego pakietu.

Pan Lodowego Ogrodu

Nie jestem w stanie już teraz sobie przypomnieć, dlaczego tyle czasu odmawiałam czytania Grzędowicza. Może dlatego, że wszyscy go czytali i chwalili, co było podejrzane, i uznałam, że musi się odleżeć. A potem wiadomo, człowiek zastanawia się milion razy „może ja bym w końcu przeczytała tego Grzędowicza” i nigdy nie jest to właściwy moment, i robi się jak z tą choinką z dowcipu. („Siedzimy z kumplami, pijemy piwko, upał, lipiec, przyjemnie, a żona jak nie zacznie marudzić ‚przeczytaj Grzędowicza wyrzuć choinkę, wyrzuć choinkę'”). Ale w końcu już podjęłam decyzję, już byłam w księgarni internetowej, już wkładałam do koszyka, kiedy koleżanka rzekła, że czwarty tom kiepski. Przecież nie będę zaczynać i się wciągać w trzy tomy, skoro czwarty kiepski..! Wyszłam z księgarni i zapomniałam o sprawie. Po czym byłam u przyjaciółki, gdzie „Pan Lodowego Ogrodu” skoczył na mnie z półki. Wzięłam do ręki, niech wiem, co tracę. Po dwóch stronach już wiedziałam, że przepadło, muszę to przeczytać. Zamarudziłam jeszcze „ale on umie pisać też zdania dłuższe niż dwa słowa?”, i przekartkowalam dalej. Umie.

Doskonałe jest zderzenie kultury technologicznej, ziemskiej nieco bardziej zaawansowanej niż nasza, z magicznym średniowieczem. Uzyskane to jest w sposób banalnie prosty, a przecież nie mogę sobie przypomnieć podobnej aranżacji. Kojarzy mi się ewentualnie jakiś Harrison ze Stalowym Szczurem, i tyle. Co nie znaczy, że reszta jest oryginalna. Dość przewidywalne klisze z Sapkowskiego, klasyczny rozwój akcji, nieco przegadany opis upadku imperium widziany oczami następcy tronu (a szkolenie Tygrysa żywcem zerżnięte z „Piaseczników” Martina, tu miałam poważnie za złe, można chociaż było puentę zmienić!). Ale napisane to jest naprawdę znakomicie, szczegóły przemyślane, wciąga niesłychanie, okraszone jest świetnym poczuciem humoru. W połowie pierwszego tomu już żałowałam, że nie kupiłam od razu wszystkich czterech.

Londyn NW

Miałam bardzo mieszane uczucia na początku lektury, kubistyczny styl zmusza do skupienia, i dręczyły mnie wątpliwości,  czy naprawdę w 2014 musimy jeszcze tak eksperymentować.  Niepostrzeżenie mnie wciągnęło obserwowanie,  jak z tych minimalistycznych rownowaznikow zdań i pojedynczych słów wyłania sie obraz,  postać,  i życie. Zadie Smith ma talent,  to na pewno.  A kiedy już przywykłam i zaczęło mi się podobać, skończył się rozdział, zaś w następnym diametralna zmiana stylu i bohaterów.  Cięcie tak drastyczne,  że zaczęłam się zdezorientowana zastanawiać,  czy to nie jest po prostu zbiór opowiadań.  Ale nie.  Bohaterowie powiazani będą skomplikowaną mozaiką. Ten modernistyczny kolaż robi jednak wrażenie nie do końca dopracowanego,  i trochę żałowałam,  pamiętając,  że Zadie doskonale potrafi zwyczajnie opowiadać historie, marudząc,  że takie eksperymenty prozatorskie to Cortazar w latach sześćdziesiątych na przykład,  i że może już nie trzeba tego powielać,  pół wieku później, skoro już wiemy, że powieść mimo wszystko nie umarła. Piszę to jednak z pełną świadomością, że nie jest to lektura na jeden raz,  i że przy kolejnym czytaniu zdumiona będę,  jak wiele przeoczyłam. Na razie jednak nie mam na to ochoty, wróciłabym za to do „Białych zębów” i „O pięknie”.

6

Sześć lat, sześć, a ja ciągle miewam chwile absolutnego zdumienia: skąd właściwie ta mała rączka w mojej dłoni? Skąd, jakim cudem, i kto to jest? Nic bardziej oczywistego i naturalnego na tej ziemi, wszystko co żyje, się rozmnaża, od zarania wieków. A przecież nic bardziej zaskakującego.

Przyjaciółka z młodości

Ja może tylko źle trafiłam – ale Munro Nobla dostała za opowiadania, więc nawet jeśli trafiały jej się słabsze, jak każdemu, to jednak w tomie powinno być coś tłumaczącego nagrodę. Tymczasem po skończonej lekturze przez dwie noce nie mogłam spać i przewracałam się z boku na bok daremnie usiłując pojąć, od kiedy Nobla literackiego dostaje się za historie o tym, że jedna pani rozstała się ze swoim mężem, a potem znalazła innego partnera. Dobrze, to są fajne życiowe opowieści, ale żeby Nobel?! Doszukiwałam się z uporem, że może ta Kanada w tle – ale jej też w zasadzie jak na lekarstwo. Jak już musiała kobieta i Kanadyjka dostać, to czemu nie Atwood?! Jak miało być o ludziach i blisko rzeczywistości, to czemu nie Kapuściński? O Hannie Krall nawet nie wspomnę, bo samo zestawienie powoduje u mnie paraliż mózgu. Może po prostu miało być uniwersalnie, bez zbędnych emocji, i bez drażliwych tematów, ale jeśli idziemy w tę stronę z literackim Noblem, to na moj szacunek proszę nie liczyć. Nie wykluczam jednakowoż, że zwyczajnie coś do mnie nie dotarło.

Uczciwie przyznam, że jest w tym zbiorze jedno opowiadanie bardzo w moim stylu: „Dobroć i łaska”, w którym wyobraźnia i rzeczywistość splatają się w niepokojący sposób. Ale to nadal za mało, żeby uzasadnić werdykt. Potrafię sobie świetnie wyobrazić, że wysoka komisja zmęczona zaciekłymi kłótniami na temat kandydatów orzekła w końcu „to wybierzmy kogoś, kto budzi najmniej emocji”. Ale kto i dlaczego wymyślił, że Munro w ogóle powinna kandydować do nagrody, oto zagadka. Chciałabym musieć odszczekać całą tę notkę po lekturze kolejnego zbioru, bo naprawdę wolę, jak mi się coś podoba, a nie nie podoba, ale nie wiem, czy są na to jakieś szanse.