Velvet

W Rucianem wsiadam na łódkę z wdziękiem paralityka. Przemieszczam się łapiąc kurczowo relingi i wanty, wydaje mi się, że zaraz zlecę do wody, nerwowo piętnaście razy pouczam dziecko, żeby się trzymało. Nie jestem w stanie uwierzyć, że kiedyś, nie tak w końcu dawno, w poprzednim życiu zaledwie, spędzałam na takich konstrukcjach dwa bite tygodnie i nie chciałam z nich schodzić. To nie mogłam być ja. Złażę pod pokład, nie mogę się nadziwić, jak tu mało miejsca, jak się kołysze, i jak ja niby mam spać w tej trumnie. Naprawdę z własnej woli chciałam? Coś musiało mi się pomylić, stanowczo. Wypływamy, i nie jest nic lepiej, jakieś szmaty nad głową, jakiś rumpel, jakieś sznurki, jakaś woda wkoło, o co mi w ogóle kiedyś chodziło. W dodatku dzieci zaraz pozlatują, przelecą przez reling, i tyle będzie. Co za durny pomysł.

Budzę się następnego dnia, i konstatuję, że ktoś mi w nocy przełączył guzik w mózgu. Jest jak dawniej, wszystko na miejscu: szoty, fok, grot, skaczę z cumą, klaruję mokrą kotwiczną, wybieram foka, podnoszę miecz korbą do kabestanów, wiatr wypełnia żagle, przechył, dzieciaki pod pokładem piszczą, gdy robimy zwrot, jestem szczęśliwa. Zapomniałam, że to szczęście istnieje na świecie. Zapomniałam, że Mazury są.

Stajemy na kotwicy i kąpiemy się w Nidzkim, wypływamy na Śniardwy, słońce kładzie się na idealnie gładkiej tafli jeziora, uciekamy przed deszczem, po którym idealny łuk spina dwa brzegi. Pierwszy raz w życiu widzę początek i koniec tęczy, która ma co najmniej 256 kolorów, wszystkie widać wyraźnie. Śluzujemy się przez Guziankę, nocujemy w dziczy, rano wyłażę z koi i idę na pięciokilometrowy spacer po lesie tak jak stoję, w koszuli nocnej. Brodzę przy brzegu dla prostej rozkoszy moczenia stóp w czystej, chłodnej wodzie i zagłębiania ich w piasku, wokół moich nóg śmigają małe rybki. Odkrywamy kolejne knajpy z rybami: ten węgorz, sandacz, okoń. Wieczorami ognisko, gitara, piwo, nieskończoność gwiazd nad głową, i rozmowy o życiu, wszechświecie i całej reszcie. Zapomniałam, że takie szczęście może istnieć, albo przestałam w nie wierzyć. Zapomniałam, jak smakuje taka wolność. Jak mogłam o tym zapomnieć?

Kiedy wracamy do cywilizacji, z niedowierzaniem patrzę na sufity, że takie białe i tak zdumiewająco wysoko. Nie mogę zasnąć na wygodnym łóżku, za dużo miejsca i przestrzeni, i żadnych usypiających pluśnięć wody wokół.