Do czego służy dziecko

Konie są ogromne, mają wielkie solidne kopyta, potężne nogi, przerośnięte łby, oraz masę żółtych zębów w złośliwie uśmiechniętych pyskach. Wolę koty. Bardzo zdecydowanie wolę koty, oraz psy, chomiki, króliki, świnki morskie, rybki, a nawet węże. Jakby mi ktoś przed urodzeniem mojego syna powiedział, że z własnej nieprzymuszonej woli będę regularnie bywać w stajni i ocierać się o konie, to bym mu kazała rączo i chyżo się oddalić. A jakby w sierpniu mi ktoś powiedział, że z własnej nieprzymuszonej woli będę głaskać konia po uchu, to od razu zadzwoniłabym na pogotowie psychiatryczne. Dobra – małego konia marki kucyk, ale zawsze.

Poznam sympatycznego Boga

Baruch Spinoza z Amsterdamu
zapragnął dosięgnąć Boga
szlifując na strychu soczewki
przebił nagle zasłonę
i stanął twarzą w twarz

Nie Baruch Spinoza,  tylko amerykański dziennikarz Eric Weiner, nie na strychu, tylko jeżdżąc po całym świecie, i nie tyle dosięgnąć Boga, co przekonać się, czy istnieje religia odpowiednia dla niego. Brzmi obrazoburczo? Nie wykluczam, że osoby prawdziwie religijne mogą się poczuć urażone,  ale nie wyśmiewanie się jest celem tej – momentami niezwykle zabawnej – książki. Przy całym swoim dowcipie i dystansie do świata Weiner przyznaje się do depresji i lęku egzystencjalnego: to go napędza, poza zwykłą ciekawością.  Odkrywa praktyki religijne między innymi sufich,  wiccan, buddystów zen, żydów kabalistów czy raelian, i ubiera to w formę wciągającego reportażu,  zabawnego i miejscami ironicznego, ale podszytego melancholią. Wiedziałam, czego się spodziewać po Weinerze po jego poprzedniej książce „Geografia szczęścia”,  ta jest równie wciągająca. Prawdziwym obiektem jego zainteresowań są zawsze ludzie i ich rozmaite sposoby na radzenie sobie z życiem.

Zastanawiam się tylko, czy Weiner napisałby tę książkę,  gdyby znał wiersz Herberta (jeden z moich ukochanych).

– mówisz ładnie Baruch
lubię twoją geometryczną łacinę
a także jasną składnię
symetrię wywodów
pomówmy jednak o Rzeczach Naprawdę Wielkich

Kocha lubi szanuje

Ile razy w ciągu ostatnich dziesięciu, powiedzmy, lat coś się państwu przydarzyło? Coś takiego, żeby natychmiast pamiętać datę i okoliczności, coś godnego opowiedzenia? Narodziny dzieci, śmierć kogoś bliskiego, zmiana pracy, kupno mieszkania czy domu? Dziesięć może takich dni w ciągu 10 lat, dziesięć na trzy i pół tysiąca – a co z resztą? O tej reszcie pisze Alice Munro. I tak, przy lekturze jej pierwszego tomu były plamy na Słońcu, była pełnia albo nów, ja miałam coś z oczami, coś w mózgu, czytałam do góry nogami, albo po prostu tamten tom jest nieudany i już.

„Kocha lubi szanuje” to opowiadania rzeźbione skalpelikiem w wacie naszej codzienności. Nie dzieje się nic: życie płynie. Tyle. Zdumiewające połączenie nudy z precyzją w tworzeniu (tworzeniu?) bohaterów i opisywania świata. Mimochodem. Każde to opowiadanie jest całe mimochodem, żadnego błyszczenia, pchania się na pierwszy plan, żadnej olśniewającej historii, żadnego puszenia się „a teraz wam pokażę, co wymyśliłam, czegoś takiego jeszcze nie było, ale wam szczęki opadną”, nic z tego. Nikt tu nie będzie kusił i zaciekawiał, żadnego marketingu i wymachiwania pomponami. Czasem owszem – zaskakujący zwrocik akcji, w półzdaniu, do którego po sekundzie wracam oczami „ale jak to, ale to tak?! Ale zaraz, jak to?”. Tak jak się zna swoich znajomych: parę ciekawych historii, kawałeczek wspólnego życia, drobne zaskoczenie, a potem nie wiesz, co było dalej. A może czasem gdzieś coś usłyszysz i sobie dopowiesz. Nie jak w prozie, że początek, rozwinięcie, koniec, morał i wszechwiedzący narrator. Jak w życiu. Jak codziennie.

I nadal przez trzy noce kłóciłam się ze sobą, że to nie Nobel literacki. Dobre, bardzo dobre, ciekawe, ale nie Nobel. Życie jest po to, żeby było życiem, a nie literatura! (A skąd się bierze literatura, aha?) I nadal nie wiem. Całe szczęście, że nie ja jestem w noblowskiej komisji, skoro nawet sama ze sobą nie mogę dojść do ładu. Podziwiam odwagę i konsekwencję Munro, że sobie tak ściuboliła latami, aż do Nobla.

Zdobywam zamek

Kiedy szukałam audiobooka na drogę wakacyjną, polecono mi „Zdobywam zamek” Dodie Smith. Nie znalazłam tego w postaci audio, ale szukając nabrałam takiego apetytu na lekturę, że zapodałam sobie ebooka, po angielsku („I Capture the Castle”), żeby mieć chociaż jakiś cień usprawiedliwienia, że czytam takie romansidła dla nastolatek, i one nawet nie są napisane przez Austen. Nie, ale prawie, a w zasadzie nie wiem, czy nie lepsze.

To byłaby istotnie błaha historia typu „chyba go kocham, ale może jednak nie jego” ze swadą opowiadana przez siedemnastoletnią Cassandrę, która wraz z ojcem i starszą siostrą klepie biedę w sypiącym się zamczysku angielskim, gdyby nie parę drobiazgów. Dodie Smith (autorka poza tym „101 dalmatyńczyków”) pisała to w latach 40 na wygnaniu w Ameryce, tęskniąc do Anglii, i tę nostalgię przelała na karty powieści w prześliczny sposób. Opisy angielskiej wsi albo Londynu są niezrównane. Oczywiście do mnie dociera to w dwójnasób, jako że znam to uczucie na co dzień, ale nawet bez takiego bagażu wynosi to książkę ponad kategorię zwykłego romansidła. Po drugie, postaci. Oprócz rewelacyjnie nakreślonego, bardzo trudnego ojca i jego niełatwej relacji z nastoletnią córką, mamy tu piękną macochę o niemożliwym imieniu Topaz, która jest muzą ówczesnych (rzecz dzieje się w latach trzydziestych) malarzy, na golasa doświadcza „komunii z naturą”, i w ogóle jest należycie ekscentryczna, ale ma przy okazji złote serce. Po trzecie, narratorka otwarcie przywołuje Austen i Bronte, oraz odkrywa mnóstwo bardzo dobrej muzyki. I po czwarte – zachwycający pomysł na książkę ojca, opisany szczegółowo dopiero pod koniec, ale warto było czekać. To spycha w cień wszystkie perypetie sercowe i „och, nie możesz go poślubić, jeśli go nie kochasz”. Żałuję okropnie, że nie było mi dane przeczytać tego, jak miałam z 15 lat. Podsuńcie, jeśli macie taką nastolatkę pod ręką (a same przeczytajcie w ukryciu).

Le Grand Feu

Wspominałam już niejednokrotnie, że jestem bezwarunkową fanką fajerwerków. Od paru lat w parku w Saint Cloud (co już zawsze będę rozumieć jako świętą chmurkę,  choć po francusku wcale tej konotacji nie ma) organizowany jest pokaz zwany Le Grand Feu i reklamowany jako największe fajerwerki Europy. Największe czy nie, zawsze mnie to widowisko kusiło ogromnie, ale do głosu dochodziła moja tłumofobia mówiąca „czyś ty oszalała, wiesz ile tam będzie ludzi?” W tym roku jednak z powodu kombinacji przeziębienia i brzydkiej pogody przeszly mi koło nosa fajerwerki na 14 lipca, wrześniowa aura za to jest tak piękna, że podjęłam decyzję.

W sobotę wieczorem dotarłam do parku Saint-Cloud, przerobionego na miejsce rozrywki dla plebsu przez skądinąd znanego Ludwika XIV. Był tam ówcześnie zamek, który zniszczony został w roku 1870. Park graniczy z Sèvres, i w jego rogu stoi pavillon de Breteuil, w którym znajduje się słynny wzorzec metra (oraz mniej słynny kilograma). W każdym razie dotarłam tamże, przed bramą utknęłam w solidnym korku ludzkim, i przez następne dziesięć minut czyniłam sobie wyrzuty, że z własnej woli się w ten tłum wepchnęłam. Ale po dotarciu na miejsce zrobiło mi się lepiej. Jesteśmy we Francji, więc najpierw organizatorzy musieli sobie wylewnie pogadać, jak to bardzo dziękują za wszystko, a zwłaszcza tłumne przybycie oraz sprzyjającą pogodę.

Potem zaś zaczął się pokaz, na początku też gadany: przedstawiono nam historię wynalezienia ogni sztucznych, czyli tak naprawdę prochu. Gadanie było ilustrowane muzyką i skąpą liczbą fajerwerków. Obawiałam sie, że tak już będzie do końca, ale na szczęście nie, po chwili niebo rozgorzało wszystkimi barwami, i nie tylko niebo. Na dole były wirujące fontanny zimnych ogni i kaskady złotych iskier.  Podróż przez historię trwała,  z wyjaśnieniem, co barwi ogień na jaki kolor, i z odtworzeniem pokazu, jaki mógł w tym samym miejscu oglądać Ludwik XIV. A potem już pełne szaleństwo, wszystkie możliwe i niemożliwe formy fajerwerków, czerwone serca i pełzające puszyste świetlne robaki, srebrne wiry i różowo fioletowo niebieskie bukiety, i tak dalej; dość powiedzieć,  że w pewnym momencie stwierdziłam, że chyba mam już dość, co jeszcze nigdy w życiu mi się nie zdarzyło. Wtedy na niebo wypłynęły trzy świetliste wieloryby, które majestatycznie przepłynęły przed naszymi oczami wykonując taneczne kroki, a potem było jeszcze trochę fajerwerków. Wyszłam olśniona, i nawet nie przeszkadzał mi drobny korek przy wyjściu. Zdecydowanie warto było.

Lektury wakacyjne

Wspomnienia wakacyjne nie byłyby pełne bez lektur. Przezornie zapełniłam przed wyjazdem Kindle, ale co z tego, nie skończyłam nawet (doskonałego, znakomitego, wciągającego) Grzędowicza, gdyż na mojej drodze stanęła półka Emilii, a na niej „Opowieści mojej żony” Mirosława Żuławskiego, który był ojcem Andrzeja (reżysera i męża Sophie Marceau), pisarzem, dyplomatą – między innymi ambasadorem Polski w Senegalu i radcą kulturalnym w Paryżu, i który (co wiem dzięki Bere) pisywał felietony do „Twojego Stylu”, co potem w schedzie przejął po nim jego syn. Syna czytałam, ojca nie, ale książka jest absolutnie przeurocza. Napisana w 1970 robi wrażenie przedwojennej, taki jest sposób rozmawiania i postrzegania świata, ale zupełnie nie trąci myszką, nic nie straciła z aktualności, jest ponadczasowa.

U siostry wygrzebalam i zabrałam na Mazury „Radiotę” Marka Niedźwieckiego. Chyba wolałabym nic nie wiedzieć i po prostu słuchać Niedźwiedzia jak dawniej. Too late. Jego szczerość jest godna podziwu i niemal zawstydzająca, ale bardziej jednak wzrusza ten deklarowany brak asertywności i niełatwy wybór – spełnianie się w radiowej pasji zamiast posiadania rodziny. Niby wiedzieliśmy, niby domyślaliśmy się, tu jednak jest czarno na białym. I nawet nie mogę uczciwie powiedzieć, że szkoda, bo bez niego trudno sobie wyobrazić radio polskie.

Na drogę wybrałam sobie audiobooka „Kochana rodzinka i ja” Natalii Rolleczek. Oczywiście czytałam to, ale bardzo dawno, i pamiętałam mgliście, że nastoletnia narratorka i przyjaciel rodziny Julian, tyle. Otóż kiedy tylko zaczęłam słuchać, okazałam się, że pamiętam WSZYSTKO. Mogłam wręcz swobodnie cytować niektóre repliki razem z odtwarzaczem, zdumiona, że gdzieś w moim mózgu to przetrwało tyle lat. Ale to mi zupełnie nie przeszkadzało bawić się doskonale. Narratorka jest przeraźliwie egzaltowana, ale Rolleczek umiała jakimś cudem zachować do tego dystans, to bawi zamiast irytować. Znakomite jest wplatanie do narracji Judyty kawałków wziętych prawdopodobnie z ówczesnej (mamy rok 1958!) prasy, w nadęty sposób piszącej o młodzieży. Bawiła mnie do łez nowoczesność postrzegana przez bohaterów. Cudowne jest, że pół wieku temu starzy psioczyli na młodych dokładnie tak samo, jak robią (ekhem, robiMY) to dziś. Najlepsze w tej książce są wszystkie podteksty, nie sama akcja, która jest nieco (albo nieco bardziej) naciągana. Mniej zabawne jest, że powieściowa matka, wzór cnót wszelakich, okłamuje córki (jedną już dobrze dorosłą, drugą prawie) w fundamentalnej sprawie, i nawet nie przeprasza. Faktycznie tak się kiedyś traktowało dzieci, lepiej okłamać dla ich dobra?

Jak pozbyłam się klątwy

Klątwa trwała: w niedzielę stałyśmy na bramkach na autostradzie A4 koło Wrocławia, w poniedziałek na amen utknęłam na Zakopiance. Już mnie to nawet nie dziwiło. Plułam sobie w brodę, że nie poleciałam samolotem, ale było za późno, musiałam pogodzić się ze skrzeczącą pospolitością i skutkami podjętych decyzji. W końcu dotarłam do Szczawnicy, gdzie siostra moja nie pozwalając mi się rozpakować zabrała nas od razu na spływ Dunajcem, bo potem pogoda miała na to nie pozwalać. Był dziki upał, a w drodze do Sromowców przejechaliśmy przez solidną burzę. Na miejscu jednak nie padało.
– Płyniemy czy nie? -zapytala rzeczowo moja siostra.
– Ja NIC nie mówię, odmawiam odpowiedzi, bo ciąży na mnie klątwa, i od początku tego urlopu, czego nie zrobię, to się okazuje, że źle wybrałam – odrzekłam, ale miałam ochotę spływać, skorośmy już tu były, i skoro jedna burza już nad nami przed chwilą przeszła. Zapakowałyśmy się i dzieci na tratwę. Było przepięknie, flisak niewiarygodnie gadatliwy, a płynął z nami pan z Australii, który twierdził, że nie zna polskiego, i chciałabym tak nie znać języków, jak on. Bawiliśmy się cudownie, po czym zagrzmiało. Nawet się nie zdziwiłam. WIEDZIAŁAM. Musiało tak być. Nie miałam absolutnie żadnego okrycia dla siebie ani dziecka, zazwyczaj jestem bardziej przewidująca, ale nie tym razem. Klątwa i pośpiech zrobiły swoje. Flisak poratował nas kawałkiem brezentu, i przetrwaliśmy burzę na Dunajcu, mokrzy solidnie. Potem odpakowałam się z brezentu i wyczerpałam wodę z tratwy.
– Jaka robotna kobita – zakrzyknął flisak z zachwytem i chciał się ze mną żenić.
Ja zaś podniósłszy oczy ku niebu i Trzem Koronom, oznajmiłam solennie
– Uważam, że skoro przeżyłam burzę na Dunajcu i jestem teraz cała mokra, zostałam oczyszczona z klątwy. SŁYSZY?!
Słyszało. W drodze powrotnej przygód w zasadzie nie było, jeśli nie liczyć tego, że siostrzenica okazała się mieć chorobę lokomocyjną, której w swoim samochodzie nie miewa nigdy, ale to już było tylko dalekie echo klątwy.