Magic in the Moonlight

Nowy film Woody Allena ♡
Film Woody Allena, ktory się zaczyna pokazem iluzji ♡♡
Film Woody Allena z Colinem Firthem ♡ ♡ ♡ 
Odmówiłam wyjścia z kina, pragnąc zostać na kolejny seans.

(To nie jest najlepszy film Allena. Ale jest tak bardzo specjalnie dla mnie! A Colin Firth jest znakomity.)

O magii w życiu codziennym

W wakacje tego roku widziałam magię.

Byliśmy na Mazurach, siedzieliśmy w knajpie na brzegu Śniardw, w promieniu ze dwóch kilometrów nic – tylko jezioro, przystań jachtowa, jeden sklepik i kilka bloków. Był z nami pies, dość duży, młody, ładny i grzeczny, ale jednak spory i biegający bez smyczy ani kagańca. W pewnej chwili podszedł do nas miejscowy ze szczeniakiem na smyczy i dość nieprzyjemnym tonem zażądał wzięcia psa na smycz. Mój szwagier nie należy do osób unikających konfrontacji, wręcz przeciwnie, ale byliśmy z dziećmi, chłopak był miejscowy, obok stała grupka jego znajomych czekających na rozwój sytuacji. Szwagier przeprosił i wziął psa na smycz. Chłopaka jednak wyraźnie to nie zadowoliło. Zaczął się wypowiadać na temat osób puszczających duże psy luzem, tonem, który wyraźnie sugerował, że na słowach nie poprzestanie. Mój szwagier nie unika konfrontacji fizycznej, a raczej nie unikał jej w młodości. Chłopak był od niego młodszy o połowę, obok grupka jego znajomych, którzy już przysunęli się bliżej, my z dziećmi i chorym kręgosłupem szwagra. Zaczęłam się zastanawiać, czy najpierw zabierać dzieci i uciekać, czy dzwonić po policję, i jaka jest szansa, że przyjadą w skończonym czasie, oraz gdzie właściwie jesteśmy. I wtedy usłyszałam szwagra
– Tak, oczywiście – przytaknął spokojnie. – Ale pan też ma ładnego psa.
Postawa ciała chłopaka zmieniła się nagle, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, mięśnie twarzy się rozluźniły, z ust popłynął potok wymowy, ktory w szoku zarejestrowałam jedynie częściowo, nie bardzo mogąc uwierzyć, że nie mam halucynacji.
– Bo to jest amstaf… i on będzie duży.. ale jeszcze jest mały… i wabi się Kika… i trochę się boi… i będzie większy, urośnie… a pan ma takiego ładnego psa, szkoda, żeby chodził na smyczy! – Po czym podszedł pogłaskać naszego psa i rozstał się z nami cały w uśmiechach.
Siedziałam z otwartą buzią, szwagier też nie do końca chyba ogarniał sytuację, ale satysfakcję miał długo.

Jej wszystkie życia

Kiedy byłam we Francji pierwszy raz, jeszcze jako nastolatka, poszłam pewnego dnia na na plażę. Rzecz działa się nad Atlantykiem, był przypływ. Weszłam do płytkiej wody, poszłam dość daleko, woda nadal sięgała mi zaledwie do pół uda. Nieco zeźlona, że nie mogę sobie należycie popływać, położyłam się w wodzie na plecach, rozluźniłam i zamknęłam oczy. Kołysało przyjemnie. Po dłuższej chwili otworzyłam oczy i skonstatowałam ze zdziwieniem, że słupek u wejścia do kanału portowego zbliża się do mnie ze zdumiewającą prędkością. Bezmyślnie wyciągnęłam rękę i go złapałam. Potem się rozejrzałam.
– O, lekko mnie zniosło – stwierdziłam pogodnie, za moimi plecami wypływał właśnie z kanału statek wycieczkowy. Brzeg jednak nie był daleko, woda do pół uda… otóż nie. Nie miałam już wcale gruntu pod nogami, przypływ wlewał wodę do kanału z ogromną siłą, prąd był za silny, żeby zaryzykować puszczenie słupka. Musieli po mnie przypłynąć motorówką. Dopiero potem do mnie dotarło: gdybym otworzyła oczy trzy sekundy później, nie pisałabym tu tego.

Po powrocie z tamtych wakacji jechałam tramwajem Filtrową w Warszawie. Zwalnialiśmy przed przystankiem, tuż przed nami ogromne drzewo nagle zwaliło się na tory zrywając trakcję. Wyhamowaliśmy, motornicza wyskoczyła z kabiny z wrzaskiem
– Nie dotykajcie metalu! – oczywiście stałam oparta o metalową barierkę pod oknem, ale trakcja nie dotknęła tramwaju. Do dziś nie wiem, co by się stało, gdyby dotknęła (teoretycznie nic, tak samo jak w przypadku, kiedy piorun uderzy w samochód. Wierzę, nie chciałabym tego sprawdzać na sobie, jednego ani drugiego). A gdyby to drzewo zwaliło się pięć sekund później, na tramwaj w miejscu, w którym stałam?

Gdybym była Ursulą, bohaterką Atkinson, zginęłabym – ciemność, padający śnieg – i wróciłabym w czasie, żeby poprawić. Nie wsiadłabym do tego tramwaju, nie pojechała do Francji. Urodzona w 1910 Ursula ginie w bombardowanym w 1940 Londynie. I wraca – żeby umrzeć z głodu w okupowanym Berlinie. I wraca – żeby nawet słówkiem nie odezwać się do faceta, który w poprzedniej wersji życia był jej mężem. I wraca – żeby spróbować zabić Hitlera zawczasu. Jak w „Efekcie motyla”, który straszliwie mi się nie podobał, swoją drogą. „Chcesz to, to całkiem Connie Willis” zarekomendowała mi Zuzanka; faktycznie, wojenny chaos, bombardowany Londyn, brakuje tylko specyficznego poczucia humoru, ale czyta się świetnie. Zabrakło mi tylko morału, nie do końca wiem, co Atkinson chciała powiedzieć. Że wojna jest zła i straszna, być może. Że tak czy owak musimy ponieść koszt swoich wyborów, że nigdy nie da się bez ofiar, nawet w tej najlepszej wersji? (W „Efekcie motyla” każda kolejna zmiana jest ostatecznie na gorsze, co jest bardzo w moim guście i zupełnie nie wiem, dlaczego tak mi się nie podobał).

Kluczem do zrozumienia jest tu zapewne doktor Kellet i jego nietzscheańskie amor fati: akceptacja tego, co się wydarza, bez wartościowania. Ilustracja nie została jednak wybrana szczęśliwie, Ursula nie ma przecież wpływu na swoje powroty ani dokładnej wiedzy, o tym co się ma wydarzyć – tylko mgliste przeczucia. Gdyby zaakceptowała i nie próbowała zmieniać, to co, umarłaby przy porodzie albo w wieku 5 lat? Z tego samego powodu tych powrotów w przeszłość i zmian życia nie da się przyłożyć do siebie, skoro Ursula wraca tylko zginąwszy.  Gdybym jednak mogła wrócić we własną przeszłość i coś zmienić w jakimś momencie… jedyne, co mi przychodzi do głowy, to wysłanie mojej Matki do lekarza odpowiednio wcześnie. Żeby mogła poznać swoje wnuki. Może to lepiej, że się nie dowiem, jaką cenę musiałabym za to zapłacić. A może tu i teraz właśnie płacę, za tamto otwarcie oczu we właściwym momencie wtedy w wodzie Atlantyku.

Nie rozumiem

Jechałam wczoraj rowerem w późnych godzinach wieczornych przez Lasek Buloński, czego najpierw miałam zamiar uniknąć, ale powiedziano mi
– No co ty, nic ci nie grozi, tam jest więcej policji niż w całej reszcie Paryża, i nic cię nie może spotkać złego poza widokami!
Faktycznie, była policja, były widoki, i faktycznie przejechałam bez żadnych przygód. Już na wyjeździe zrównał się ze mną samochód, pasażer uchylił okna i bardzo uprzejmie zapytał
– I co, fajna była przejażdżka po Lasku?

W warzywniaku

Wysłałam dziecko do warzywniaka po ogórka, obawiając się, że przyniesie cukinię, ale co tam, też byśmy zjedli. Wrócił z ogórkiem i karteczką informującą, że zabrakło 30 centów. Albo źle popatrzyłam na cenę poprzedniego dnia, albo podrożało z dnia na dzień. Odesłałam brakujące pieniądze tą samą drogą, i zamyśliłam się, że w Polsce raczej by nie sprzedali, ewentualnie machnęli ręką i powiedzieli „mama przy okazji odda”. Chociaż 30 groszy raczej tak łatwo by nie odpuścili.

Jak tresowane gołębie mają się do Marii Skłodowskiej-Curie

Już czyniłam tu to wstydliwe wyznanie, że uwielbiam cyrk (chociaż lepiej, jeśli nie ma w nim zwierząt). Rok temu z niekłamanym zachwytem obejrzałam jeden z najlepszych cyrków na świecie. W ten weekend zaś mój syn zobaczył na ulicy afisze Guignol, klasycznego francuskiego pokazu marionetek, i zażądał, żebyśmy się wybrali. Kiedyśmy doszli na miejsce, okazało się, że kompletnie nie przeczytałam tego, co na afiszu, i nie był to wcale Guignol, tylko malutki cyrk objazdowy. Zawyłam w środku siebie z uciechy, ponieważ sztukę cyrkową uwielbiam i podziwiam, a w dodatku mam nieuleczalną, oraz chyba cokolwiek wstydliwą, słabość do małych cyrków niemal amatorskich. To jest rodzaj rozrywki, który się nie zmienił chyba co najmniej od średniowiecza. Klauni istnieją od ponad czterech tysięcy lat, a podejrzewam, że od zarania ludzkości. Kiedy tylko nieopierzony dwunóg z płaskimi paznokciami napełnił żołądek, chciał być zabawiony lub zabawić innych. Hołubię też, nieco ryzykowne, podejrzenie, że ze sztuczek cyrkowych wzięło się sporo postępu ludzkości („ej, ty, weź no pokaż jeszcze raz tę sztuczkę, z tym – jak to nazwałeś? Ogień? Ooo, ciepłe i świeci, niezły bajer!”).

Tym razem mały cyrk rodzinny zaoferował nam chodzenie po linie w wykonaniu pani w rajstopach z puszczonym oczkiem, kręcenie hula-hop w wykonaniu dziewuszki lat może 10, tresowane białe gołębie, oraz sześcioletniego klauna, absolutnie rozbrajającego. Zgodziliśmy się w tej ocenie z synem. Pokaz iluzji mnie zupełnie nie zaskoczył, do momentu przemiany ognia w żywego gołębia. Końcówka pokazu polegała zaś na obnoszeniu wśród dzieci małego żywego królika wyciągniętego z pustego pudełka, pomysł genialny w swej prostocie.

Poprzedniego dnia byliśmy natomiast na spektaklu, w którym występowała Marie Curie, „wielka uczona francuska” – po przedstawieniu surowo poinformowałam narratora, że była Polką.
– Tak, tak – odparł niezmieszany – wiemy, wiemy, przecież właśnie dlatego powiedziałem, że wynalazła polonium!
Syna w kwestii polskości oraz nazwiska Skłodowska uświadamiałam przez cały tydzień i nie zamierzam na tym poprzestać. Teatralne wcielenie Marii objaśniło dzieciom, że woda powstaje z tlenu i wodoru, że ciała mogą być gazowe, ciekłe oraz stałe, a także na czym polega reakcja chemiczna.

Kiedy wieczorem pro forma zapytałam syna, który spektakl bardziej mu się podobał, zaskoczył mnie odpowiedzią udzieloną bez wahania. „Ten o Marii Curie!”

Miłość dobrej kobiety

Za trzy godziny będzie nowy Nobel literacki, nowy powód do ekscytacji i przeżywania – chyba, że dostanie go Murakami, w którym to wypadku poprzestanę na zimnej pogardzie i sarkastycznym usmieszku. Tymczasem już wiem, co Munro czytała szanowna Akademia Szwedzka, „Miłość dobrej kobiety” mianowicie.  Pierwsze, tytułowe opowiadanie, jest naprawdę świetne. Dwie pierwsze części to wata codzienności w zwykłym stylu Munro, a potem z tej waty wyciąga młotek i wali czytelnika po głowie. Przysięgam, że przez parę stron zapomniałam oddychać. Mogłaby też równie dobrze walić mnie młotkiem co najmniej w przypadku „Przed zmianą”, chociaż doskonale wiedziałam,  że tak to rozegra. (Albo to tak oczywiste, albo ja się już znakomicie dostroiłam do jej sposobu postrzegania świata).  Chciałabym tylko wiedzieć, czy to wyobraźnię, czy zmysł obserwacji u niej podziwiam, ale prawdopodobnie splot obu.