Mózg incognito

Damasio i Tramel badając ludzi z prozopagnozją odkryli, że układ nerwowy reaguje na widok znajomych twarzy, chociaż badani stwierdzali, że świadomie ich nie rozpoznają. Jakaś część mózgu zatem jednak potrafi wykonać to zadanie, i tylko nie przekazuje informacji dalej. Mój mózgu, ty podły zdrajco!
(Przeczytałam to w „Mózg incognito” Eaglemana, która jest fascynująca, chociaż w pierwszej połowie nie znalazłam wiele nowych dla siebie rzeczy.)

Zagubieni w Tokio

Pamiętam, że „Bezsenność w Tokio” czytała się bardzo przyjemnie, ale to były jednak takie amatorskie wynurzenia entuzjasty; prawda, że bystrego, szczerego, i dobrego obserwatora. Sięgnęłam po „Zagubionych w Tokio” z lekką obawą, że jeśli Bruczkowski znowu próbuje radośnie dyskontować swoje (niewątpliwie ciekawe) doświadczenia japońskie, to rzecz może być nieszczególnie strawna. Otóż duże i bardzo przyjemne zaskoczenie: to jest po prostu dobra książka. Ma wartką wciągającą akcję: zaginął James, wbrew imieniu rodowity Japończyk, kolega z biura narratora, Michała Jakimczyka, Polaka w Tokio pod koniec ubiegłego stulecia. Michał upiera się, żeby go odnaleźć, w czym pomagają mu nowa urocza pracownica Mairi oraz… Marcin Bruczkowski czyli Gajdzin. Bardzo fajny zabieg, dopracowany w każdym szczególe. Mocną stroną jest oczywiście również Tokio i folklor japoński odbierany oczami POlaka. Powieść byłaby już całkiem świetna, gdyby miała nieco więcej redakcji i korekty. Drobne niezręczności językowe można jeszcze wybaczyć, ale puszczenie przez korektorkę „stróżki” w znaczeniu „małej strugi”przyprawiło mnie już o ból zębów.

Alzheimer? Już?

Już tylko na krótkie dystanse, ale nadal wożę syna w foteliku rowerowym, którego nie da się pogodzić z sakwami na bagażnik. Kiedy mam do zrobienia zakupy, fotelik zdejmuję i zakładam sakwy. Tak i w środę: dotarłam do domu, porzuciłam rower pod domem, poszłam po sakwy, pojechałam rowerem do sklepu, w sklepie kupiłam potworne ilości wszystkiego, na przykład 8 litrów mleka, wypełniłam doszczętnie sakwy i jeszcze ze dwie torby. Wyniosłam to wszystko ze sklepu z dużym trudem, bo ważyło o wiele za dużo, cieszyłam się tylko, że podjadę rowerem pod sam dom i wypakuję stopniowo. Na widok roweru jednak osłabłam i wypuściłam wszystkie zakupy z rąk. Na bagażniku nadal był zamocowany fotelik. Kompletnie zapomniałam go zdjąć w domu, i zupełnie tego nie zauważyłam jadąc do sklepu, ani pod sklepem. Nie opiszę, jak mocowałam cały swój dobytek na rowerze, ile czasu mi to zajęło i jak przy tym klęłam.

Beksińscy. Portret podwójny

Świetna, fantastycznie napisana, bolesna książka, i nawet nie wstydzę się przyznać, że się w pewnym momencie rozszlochałam, choć przecież znałam historię dość dokładnie, włącznie z pożegnalnym felietonem Tomasza Beksińskiego. Grzebałkowska sugeruje więcej pytań niż daje odpowiedzi, a jednocześnie odmalowuje portrety tak doskonale obiektywnie, że i jej bohaterowie nie byliby w stanie tyle o sobie powiedzieć. Najbardziej chyba przejmujące było dla mnie wybrażanie sobie – próby wyobrażenia sobie, bo przecież się nie da – co mógł czuć ten straszliwie neurotyczny, a jednak kochający, ojciec, który doskonale od dawna zdawał sobie sprawę, że jedyne, czego pragnie jego syn, to umrzeć. Co mogło stać za decyzją, żeby nie reagować, kiedy już wiedział, że tam w sąsiednim bloku właśnie kończy życie jego syn, i być może jeszcze jest ta ostatnia szansa? Obracam to w głowie i myślę, że ja nie potrafiłabym odpuścić, choć to niekoniecznie byłoby dobre wyjście.

Doskonałym pomysłem, który wydaje się oczywisty, a przecież wcale nie był, jest pisanie o obu Beksińskich równolegle. Trudno sobie wyobrazić historię syna bez ojca, na odwrót już może bardziej, ale ten podwójny obraz jest zdecydowanie pełniejszy. Szczególnie niskie ukłony za Puchalską: temat, który bardzo łatwo było zepsuć, wsadzić w melodramatyzm, tani sentymentalizm, zwulgaryzować, spłycić. Grzebałkowskiej udało się jednak sobie poradzić tak znakomicie, że mnie, starej cyniczce od dawna odpornej na wszelkie takie manipulacje, na oblicze nieodmiennie wypływa niekontrolowany uśmiech ogromnej sympatii, kiedy wracam myślą do tej relacji. Na tym tle szczególnej wymowy nabierają wzmianki o odmowach wypowiedzi od byłych dziewczyn Tomasza.

Podczas lektury chodził mi głowie ten przejmujący cytat z Kafki „Kiedy stoisz przede mną i patrzysz na mnie, co wiesz o moich bólach i co ja wiem o twoich? A gdybym padł przed tobą na kolana i płakał, i opowiadał, co wiedziałbyś o mnie więcej niż o piekle, które ktoś określił ci jako gorące i straszne? Już dlatego my ludzie powinniśmy stać naprzeciw siebie tak zamyśleni i współczujący, jak przed wejściem do piekła”. Grzebałkowskiej znakomicie udało się o tym piekle opowiedzieć.

Długi weekend

Jesten stara jak dinozaury i dokładnie pamiętam, jak strasznie dawno temu przeczytałam (w gazecie drukowanej na papierze, kiedyś tak to się robiło) o pomyśle wprowadzenia w Europie „powietrznych taksówek”, umożliwiających niedrogie latanie na krotkich dystansach. Pojawiła się przy tej okazji nazwa Ryanair. Nie mieściło mi się to wtedy w głowie. Potem wymarły diplodoki, ja zaś zaczęłam regularnie latać, chyba większością tanich linii obsługujących kiedykolwiek Polskę, niektóre już nie istnieją, i paroma nietanimi, lecz nigdy Ryanairem. Jakis się nie składało. Aż do zeszłego piątku. W przyjemną cenę Ryanair wlicza duży bagaż podręczny i dodatkowo torebkę, której rolę pełnił u mnie spory plecak, lecz nikt go nie zakwestionował. Miejsca numerowane, więc nie trzeba było się pchać. (Dygresja: w warszawskich kinach też są miejsca numerowane, co nieoczekiwanie przyprawiło mnie o głęboki szok kulturowy.) Boeing 737, obsługa objaśnia nawet użycie kamizelek ratunkowych, chyba pierwszy raz to widziałam, oba loty bez najmniejszego opóźnienia. W drodze powrotnej uprzedzili, że z powodu braku miejsca wezmą na pokład tylko 90 pierwszych bagaży podręcznych, reszta do luku bez dodatkowej opłaty. Na szczęście załapałam się na podręczny.

Przyleciałam na lotnisko Modlin i pojechalam Modlinbusem: 33 złote i 45 minut do centrum (parking pod Pałacem Kultury). Potem odkryłam, że w dniu powrotu mam wybór między dwoma autobusami w odstępie ponad półtorej godziny. Pierwszy był za wcześnie, drugi ryzykownie na styk. Spędzało mi to sen z powiek, dopóki nie podjęłam decyzji, że pojadę pociągiem Kolei Mazowieckich: 15 zł i 40 minut z Warszawy Gdańskiej, w Modlinie pod dworcem czeka już autobus lotniskowy. Doskonałe rozwiązanie, cudownie uniezależniąjace od korków.

W pociągu podsłuchiwałam jednym uchem konwersację ekipy młodych Francuzów, których prowodyr entuzjazmował się, że następnym razem Cracovie, a może Budapeszt.
– Och – Rumunia! – ucieszył się jego kolega.
– No nie, Węgry – ostrożnie sprostował pierwszy, pozostali na wszelki wypadek milczeli. W Budapeszcie pono nader ciekawe życie nocne, jeśli wierzyć dalszym opowieściom.

Podróż dostarczyła mi również trudno wypieralnych z pamięci doznań olfaktorycznych, do Warszawy leciałam bowiem obok rosyjskiego nastoletniego sportowca, który nie mył się mniej więcej przez ostatni tydzień. Gdym użalała się na to potem siostrze, rzekłam z nadzieją, ze w drodze powrotnej wszystko mi jedno, jakie będzie towarzystwo, byle choć z grubsza umyte. W złą godzinę, siedziałam bowiem koło żeńskiej połowy małżeństwa francuskiego, które nie tylko nie myła się przez ostatnie dwa tygodnie, ale również nie zmieniała w tym czasie swojego sweterka.

Bogowie

Chętnie byłabym oryginalna i napisała jakąś błyskotliwą krytykę, udowadniając wielbicielom – co znaczy w tym przypadku wszystkim – że się zupełnie nie znają, zachwycali się, a tymczasem wcale nie ma czym, albo przynajmniej nie aż tak bardzo. Niestety, nie ma takiej możliwości. To po prostu jest doskonały film. Znakomici aktorzy, świetny scenariusz, rewelacyjne dialogi, całość przemyślana, celowa, trzymająca w napięciu, zabawna, wzruszająca, żadnych dłużyzn. Ja to powtórzę dla pewności: blisko dwugodzinny polski film, dziejący się w Polsce, w którym nie ma żadnych dłużyzn. A nawet więcej: polski film, którego główny bohater nadużywa alkoholu, i nie jest to powodem tragedii, martyrologii, dosłownej obrzydliwości, ani rozpaczliwego wyznania winy. Doprawdy, gdy o tym piszę, zaczynam wierzyć, że chyba tylko mi się przyśniło. Na szczęście „Bogów” widziało tyle osób, że jednak nie. Nie mam zielonego pojęcia, kim jest Łukasz Polkowski, a jeszcze mniej scenarzysta Krzysztof Rak, ale przyszli i zrobili olśniewający film. Nie laurkę, nie życiorys, nie pomnik, po prostu opowieść o niezwykłym człowieku, z krwi i kości. Przyczepię się do jednego elementu – a jednak, a jednak! Dlaczego muzyka nie jest polska?

„La legende de Manolo”

Xibalba w mitologii Majów to podziemny świat zmarłych, ale w „The Book of Life” jest to imię boga rządzącego krainą Zapomnianych Dusz. Krainą Dusz Pamiętanych rządzi natomiast La Muerte. Jest tam wieczna kolorowa fiesta, w przeciwieństwie do tej drugiej krainy, nic więc dziwnego, że Xibalba chce się zamienić. Proponuje La Muerte zakład. Dwóch chłopców, Manolo (przyszły torero, który wolałby być muzykiem) i jego przyjaciel Joaquin, rywalizuje o względy swojej koleżanki Marii. Jeśli Manolo ją poślubi, zakład wygra La Muerte, jeśli Joaquin, Xibalba – który wspiera swojego kandydata nie całkiem uczciwymi metodami. Rzecz cała dzieje się oczywiście 2 listopada, w Dzień Zmarłych, w Meksyku jak wiadomo święto radosne i barwne. Animacja jest prześliczna, byłoby to całkiem w duchu Tima Burtona, gdyby nie to, że zupełnie niepodobne.