Dotrwaliśmy

Dotrwaliśmy. Ostatnia tegoroczna pobudka budzikiem, ostatnia przejażdżka w ciemnościach po Lasku Bulońskim (za to bez rękawiczek, bo +12). Gdy wrócę w styczniu, ciemności nadal będą rządzić światem, ale codziennie światła będzie przybywać, i to warto świętować.

Tradycyjnie Państwo mi życzą parzystej liczby łagodnych startów i miękkich lądowań, a ja Państwu i sobie dobrego początku, świetnego rozwinięcia i znakomitego zakończenia nadchodzącego 2015. I żeby co czytać było.

Za obrazami w muzeum

Ten debiut Kate Atkinson to uczciwa, solidna, porywająca saga rodzinna, skupiona przede wszystkim na kobietach. Narratorka, Ruby Lennox, opowiada nam o swoim dzieciństwie (od poczęcia w roku 1951; jest rówieśniczką autorki), przeplatając to wycieczkami w przeszłość swojej matki, babki i ciotek. Mężczyźni giną w jednej z dwóch wojen (znowu mamy obrazki z bombardowania Londynu, jak w „Jej wszystkich życiach„, ale te książki dzieli jakieś 17 lat i to „Za obrazami” była pierwsza), a jeśli już udaje im się spłodzić kolejne córki, to zajmują się głównie flirtowaniem z innymi paniami, ewentualnie piciem alkoholu. Ale matka narratorki też ma swoje za uszami: pewnego dnia zostawia córki na głowie bezradnego ojca, i znika, jak w tym samym czasie jej amerykańska odpowiedniczka w „Godzinach” – i jak jej babka Alice, pień tego niewiarygodnie rozgałęzionego drzewa genealogicznego. Ojciec zresztą radzi sobie doskonale, zatrudniając do opieki swoją kochankę. Matka wraca po tygodniu (babka zaś nie wróciła nigdy).

Na życiu rodziny cieniem się kładzie to, co narratorka przemilcza, i sugeruje półsłówkami. Dość wyrazistymi, skoro w 40% książki już wiedziałam, o co chodzi, więc nie chodzi tu o świadome kłamstwo, lecz o wyparcie. Nie mając jeszcze tej pewności męczyłam się długo, marudząc pod adresem autorki „i co, i kiedy ona to zamierza w końcu z siebie wydusić, czyżby to miał być wielki efektowny finał książki, no chyba jednak nie..?”. A potem znów dawałam się porwać narracji, świetnie odmalowanej rzeczywistości lat 50, potem 60. Jednym z pierwszych wspomnień małej Ruby jest koronacja Elżbiety, oglądana na malutkim czarno-białym ekranie, jedynym w sąsiedztwie. Przeżyłam szok uświadamiając sobie tę pozorną oczywistość -od tamtego czasu nie było innej koronacji. Nadal wszyscy żyjemy w epoce elżbietańskiej. A przecież za chwilę urodzi się drugie prawnuczę Elżbiety, i nikt już nie pamięta, że kiedyś telewizja nie miała kolorów. Wracając do Atkinson: niewiarygodnie wciągająca lektura, która po skończeniu zmusiła mnie do natychmiastowego powrotu na poczatek i cierpliwego wertowania całości, żebym się dowiedziała, czyją właściwie córką jest pielęgniarka pojawiająca się pod koniec. Lubię.

Który stawał na wysokości zadania

H.G. Wells nie tylko wymyślił wehikuł czasu i wojnę z Marsjanami, ale również przewidział wielką wojnę światową, użycie w niej bomb zrzucanych z samolotów, a nawet bomby atomowe. Oczywiście nikt mu wtedy nie uwierzył. Był tytanem intelektu, niewiarygodnie płodnym pisarzem, mającym na swoim koncie ponad 50 powieści, 70 pozycji niebeletrystycznych, i niezliczoną liczbę opowiadań oraz esejów. Był również socjalistą udzielającym się w Towarzystwie Fabiańskim (które pod koniec XIX wieku stawiało sobie za cel stopniowe wprowadzenie socjalizmu w Wielkiej Brytanii) oraz czynnym i zapalonym wyznawcą Wolnej Miłości.

Nabyłam ebooka trzęsącymi się rękami, kiedy tylko uświadomiłam sobie, że Lodge napisał fabularyzowaną biografię Wellsa. Bardzo lubię Lodge’a, a kiedy jeden pisarz pisze o drugim, to zawsze jest ciekawe (chociaż nie zawsze wychodzi genialna „Papuga Flauberta” Barnesa). Tym razem też jest bardzo ciekawie, chociaż mam podejrzenie graniczące z pewnością, że polskie tłumaczenie jest spaprane. Kiedyś sprawdzę oryginał, bardzo żałuję, że od razu go nie kupiłam, ale już za późno. Nie byłam też zachwycona szczegółowością opisów seksualnych wyczynów Wellsa, co zresztą znakomicie oddaje polski tytuł, angielski („A man of parts”) jest znacznie mniej dwuznaczny. Nie jestem pruderyjną starszą panią, ale nie interesuje mnie, jak TO robią inni ludzie, nawet jeśli byli Wellsem. Wiem, prawdopodobnie jestem w mniejszości, i jeśli kogoś to ma zachęcić do lektury, to owszem, momentów jest sporo. Swoją drogą robi wrażenie, ile młodych i atrakcyjnych kobiet zaliczył pisarz, za wiedzą i pełną zgodą swojej prawowitej małżonki. Tematykę wolnej miłości eksplorował również w licznych powieściach, co współcześni niekoniecznie doceniali, zwłaszcza kiedy w grę wchodziły już nie tylko powieści, ale ich własne młodziutkie córki. Nie był jednak jednowymiarową postacią, i Lodge’owi też udało się stanąć na wysokości zadania.

Zagadki przeszłości (aka „Historie jednej sprawy”)

Mnóstwo nieobecnych w tej książce. Nieobecnych kobiet, zaginionych jako dzieci, albo zamordowanych w wieku 18 lat. Mężczyźni są właściwie tylko dwaj: stary schorowany ojciec Laury i prywatny detektyw Jackson Brodie, który prowadzi dochodzenie w sprawie zaginięcia Olivii i śmierci Laury. Wątki serialowo (określenie przyszło mi do głowy, zanim odkryłam, że w roku 2011 BBC One wyświetlała serial na podstawie powieści Atkinson) splatają się wokół tych nieobecnych, Atkinson powoli odkrywa przed nami coraz więcej prawdy na temat przeszłości. Świetne portrety ludzi, zwłaszcza kobiet, lektura wciąga, chociaż ja nie jestem wielbicielką kryminałów. Ale to coś więcej niż kryminał. Brodie wraca w innych książkach Atkinson, czuję, że będę miała lekturę na święta.

Afterwork po francusku

W Palais Maillot płaci się 30 euro od osoby i za to dostaje się butelkę mocnego alkoholu (Smirnoff, whisky, rum) i butelkę szampana na cztery osoby, plus rezerwacja stolika, oraz przed 21 szwedzki stół (głównie sałatki makaronowe, jarzynowa i talerz wędlin, dziwnie znajomy zestaw, ale przecież nie przychodzi się tam po to, żeby jeść). Po 21 stoliki znikają ze środka i jest dyskoteka. Swoją drogą nie pamiętam tego zwyczaju kupowania butelki na ileś osób z moich czasów polskich, może go nie było, ciekawe czy teraz jest. Fakt, przynajmniej człowiek wie, ile alkoholu spożywa… z grubsza. Nie przesadzałam z tym spożywaniem, bo potem wracałam oczywiście rowerem, zastanawiając się, kiedy stałam się osobą, która w stanie lekkiego zamroczenia alkoholowego potrafi wrócić z Porte Maillot do domu na azymut, i nawet ominąć Lasek Buloński.
I kiedy właściwie zaczęłam uważać, że tam jest mój dom.
I kiedy właściwie stałam się osobą, którą po godzinie tańców boli kolano, na Swaroga.

Keyes

To nieco wstydliwe wyznanie, ale jak zaczęłam czytać Marian Keyes, tak nie mogłam się oderwać i nawet nieco noce zarywałam. Byłam już na etapie listopadowej niemocy czytania czegokolwiek poza Pratchettem, więc rzecz jest warta odnotowania. Nie z literackiego punktu widzenia, ale to bardzo sprawnie napisane książki „ku pokrzepieniu serc”. Bohaterkę „Arbuza” zostawia mąż, dość nietypowo, bo w dniu porodu. Wraca z niemowlęciem z Londynu do rodzinnego domu w Irlandii. Najciekawsze jest jednak nie to, jak ona się otrząsa ze swoich przeżyć, tylko co się dzieje później, kiedy mąż jednak łaskawie postanawia, że mogą do siebie wrócić. Świetny kawałek obserwacji. Kończy się optymistycznie, co było wiadomo, skoro pokrzepieniu ma służyć, ale nie tak hurraoptymistycznie, żebym ja, znana przeciwniczka happy endów, się brzydziła.

„Wakacje Rachel” są interesującym studium uzależnienia od narkotyków. Szczególne wrażenie robi pokazany w pierwszej osobie mechanizm zaprzeczania. „Ja nie jestem narkomanką” – wpiera nam narratorka, i nawet jej wierzymy. Do czasu. „Jest tam kto?” to z kolei rzecz o stracie, nie napiszę jakiej dokładnie, bo Keyes długą chwilę mydli nam oczy, choć domyśliłam się szybko, o co chodzi. Wnikliwie, boleśnie, i tu też ładnie pokazane jest, jak w skrajnej rozpaczy czepiamy się kompletnych głupot. „Tajemnica Mercy Close” to dochodzenie prowadzone przez Helen, ostatnią z sióstr Walsh. Poszukuje zaginionego członka zespołu, który ma za chwilę triumfalnie wrócić na scenę. Jednocześnie Helen cierpi na ostrą depresję, i to – kolejny raz – są najciekawsze fragmenty książki. Choć przyznaję, że przy czwartej części nieco mnie już zmęczyła przewidywalność akcji.

Musée Grévin

Człowiek z prozopagnozją nie wybiera się z własnej woli do gabinetu figur woskowych, bo to mniej więcej jak niewidomy idący na pokaz fajerwerków, albo niedosłyszący do filharmonii. A kiedy jeszcze prozopagnozji towarzyszy zdecyowawana abnegacja w kwestii celebrytów, to już w ogóle nie ma sensu. Ale skoro dostałam bilety do muzeum Grévin, postanowiłam skorzystać, bo od dawna mnie intrygowało, czy te manekiny faktycznie przypominają ludzi. Na wejściu bardzo spodobało mi się wnętrze, a potem się okazało, że wizytę zaczyna się od przejścia przez Le Palais Des Mirages, skonstruowany w roku 1900 na Wystawę Światową. Jeśli kojarzycie z tą nazwą wieżę Eiffla, to słusznie, powstała na poprzednią taką Wystawę. Palais des Mirages został kupiony parę lat poźniej przez muzeum Grévin (działające od roku 1882) i eksploatowany jest do dzisiaj, a jest to po prostu niewielka sala stanowiąca kalejdoskop. Spektakl polega na chytrej manipulacji oświetleniem, i efekt jest co najmniej zaskakujący, a na pewno uroczy. Udało mi się na chwilę zapomnieć, że to tylko lustra i światło.

Potem już jest cała masa sztucznych ludzi. Ci nowsi (Hollande obok Obamy) faktycznie do złudzenia podobni do żywych, po starszych widać proweniencję. Mój syn szalał macając wszystkie figury, truchlałam ze strachu, że w końcu pomaca jakiegoś bardziej nieruchawego turystę, ale udało się uniknąć skandalu. Ucieszyłam się widząc Anne Roumanoff, którą kojarzę z występów komicznych, jeszcze bardziej z młodego Phila Collinsa za perkusją. Efektowne miejsce pod koniec mają Brad Pitt i Angelina, młody Johnny Hallyday stoi nieopodal skromnie w kącie. De Gaulle’owi ewidentnie ujęli wzrostu, może żeby nie onieśmielał zwiedzających? Fajnym pomysłem jest inscenizowana historia Francji w pigułce, ale przeleciałam przez ten dział jak burza, bez mała zasłaniając dziecku oczy, bo: Joaśka d’Arc na stosie, Marat zamordowany w wannie, Henryk IV w karocy, noc świętego Bartłomieja, epidemia dżumy, sąd nad Marią Antoniną, itd. A zdawało mi się, że to Polacy mieli burzliwą historię. Swoją drogą obejrzałabym takie muzeum na gruncie polskim, dlaczego nie ma? (Chyba że jest, a ja nie wiem.)