Rex

W grudniu w ramach imprezy świątecznej byłam w kinie Le Grand Rex, wybudowanym na początku lat 1930 z rozmachem typowym dla epoki. Pomysłodawca Jacques Haïk, ówczesny właściciel Olympii, wymarzył sobie gigantyczną salę kinową ze sklepieniem imitującym gwiaździste niebo, i takie kino zbudował w sercu Paryża (w 2 arrondissement). Czynne jest do dziś i przyjmuje ponad milion widzów rocznie,  a przed spektaklem można zwiedzić kulisy i przejechać się pierwszą mechaniczną windą zamontowaną w kinie europejskim, umieszczoną za olbrzymim ekranem. Poza tym bierze się udział jako statysta w kręceniu filmu, ogląda stare i nowe projektory, i można wziąć do ręki dokładną replikę statuetki Oscara. Sala kinowa jest piękna, potwornie wielka, i nigdy w życiu nie poszłabym tam po prostu na film, za dużo ludzi. Pewnie dlatego dodatkową atrakcją każdej zimy od 60 lat jest pokaz „la féerie des eaux”, czyli podświetlane kolorowo fontanny tańczące do muzyki. Pierwszy raz w życiu widziałam taki spektakl bodaj w Pradze, bardzo dawno temu, i jak się widziało taki jeden, to w zasadzie już wszystkie, choć przyznam, że woda skacząca z balkonu na scenę jednak mnie zaskoczyła pomysłowością.  Sam film to „Asterix – la domaine des dieux”, Rzymianie próbują wybudować blokowisko w pobliżu wioski Asteriksa. Mam pewną słabość do Asteriksa, na którym uczyłam się potocznej francuszczyzny, i wybaczam mu nawet francuskie poczucie humoru.

Snerg

Wyrosłam w pewności, że obok Lema i Zajdla największym polskim pisarzem sf jest Wiśniewski Snerg. „Według łotra” czytałam kilkanaście razy, zawsze z tym samym dreszczem podziwu. Dlaczegoś nigdy nie doczytałam „Robota”, odkładając go ciągle na później. Od dawna planowałam wrócić do „Nagiego celu”, i w końcu Book Rage wydał komplet jego twórczości w ebookach, za co kocham ich jeszcze bardziej niż zwykle.

Wiśniewskiego Snerga wydawano w latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych, w 95 popełnił samobójstwo: miał 58 lat i cierpiał na depresję. W jego twórczości powtarza się obsesyjnie pomysł, że to, co nas otacza, jest sztucznym tworem; pomysł nienowy, ale w „Według łotra” wykorzystany w zdumiewający sposób. Przeczytałam właśnie „Nagi cel”, w którym też ten motyw się pojawia, i zaskakuje mnie, że mimo naiwności świata przedstawionego, pewnych braków logicznych, i banalności całej akcji, ta książka ma niesamowitą moc. Może dzięki wierze autora w prawdopodobieństwo wydarzeń. Może dzięki talentowi literackiemu.

Snerg nie wymyślił rzeczywistości wirtualnej (co zrobił choćby Lem), jego sztuczne kreacje są materialne i bardziej przypominają jaskinię Platona, której zresztą rozwinięciem jest Teoria Nadistot, zdumiewająco zwięźle i sensownie wyłożona w zbiorze opowiadań „Anioł przemocy”. Zbiór pokazuje całą rozpiętość talentu Snerga, od eksplorowania jego obsesji po rzeczy surrealistyczne i groteskowe. Moje młodzieńcze przekonanie, że był jednym z największych dwudziestowiecznych pisarzy sf (a może i poza sf) jest całkowicie uzasadnione, a mam jeszcze ciągle przed sobą lekturę „Robota” (i tym razem nie odłożę jej na nieokreślone później).

Szczerek tak, Masłowska nie

Byłam fanką Masłowskiej od początku, z biegiem czasu coraz bardziej pełną wątpliwości, ale nadal miałam nadzieję. Jednak „Kochanie zabiłam nasze koty” to jest nieporozumienie. Nie, nie, nie i nie. I NIE. Ja już kiedyś pisałam, że chcę, aby Masłowska nauczyła się budować, a nie tylko burzyć; niestety „Koty” nadal nie są na tym etapie. Żarty z gigantomanii amerykańskiej byłyby na miejscu u obiecującego nastolatka, a i to raczej wyłącznie w internetowym memie, nie u trzydziestolatki z dorobkiem. Metażarty na temat niemocy twórczej też już gdzieś były. Alter ego Masłowskiej spotykające jej fikcyjnych bohaterów to zgrabny chwyt, szkoda, że nic z tego nie wynika. Nic, niiic. Okropne rozczarowanie. Na totalnej negacji nic się nie da zbudować, mówię przecież.

Lecz wtem urzekły mnie „Był sobie Polak, Rusek i Niemiec, czyli historie z Europy B” Ziemowita Szczerka (wydany w ramach Book Rage). Dosadny, bardzo dosadny język – ale przy tym jaki barwny – i fantastyczny zmysł obserwacji. A ma co obserwować, włóczy się po Europie Wschodniej, pali, pije, używa, rozmawia; myśli, wyciąga wnioski, i pisze. Wulgarnie, zwięźle, inteligentnie i w samo sedno. Znakomicie się czyta. I to Szczerek zmusił mnie w końcu do poważnych rozmyślań na temat „to w ogóle jest ta polskość czy jej nie ma?”, na które to hasło dwie części mojego mózgu skoczyły na siebie z takim wigorem, że bałam się pęknięcia czaszki. Co nie przeszkadza mi się zwyczajowo cieszyć z chwilowych powrotów do ojczyzny, a wróciwszy do miejsca stałego zamieszkania, dzięki Szczerkowi mam nieco silniejsze poczucie, że mogę tu być tak samo jak potomkowie dzielnych Galów.

Samo życie

Willie urodził się w roku 1948 w Teksasie. Ze względu na kolor skóry nie mógł zostać nazwany William, jak przysługiwało lepszym, nosi więc imię Willie. Kiedy miał 8 lat, zaczął pracować w polu: rano przed szkołą traktor zawoził ich na miejsce pracy. Pamięta doskonale czasy, kiedy czarni w autobusie musieli siedzieć z tyłu. Potem przyjechał do Francji, poznał Francuzkę, spłodził syna, syn skończył studia i spłodził trzech wnuków, najmłodszy z nich jest bratem ciotecznym mojego syna.

*

Moja własna siostra cioteczna miała niedawno urodziny. Żyje dłużej, niż żyła moja Mama.

Krajobraz po bitwie

Oglądam krajobraz po bitwie, czyli własną lewą dłoń, i nadal nie mogę się nadziwić, że taka głupota mogła spowodować takie konsekwencje. Zadziwia mnie również moja wiara we swoją nietykalność, ale czyż nie mamy jej wszyscy? Spotykani ludzie wszyscy bez wyjątku mówią z jakimś przedziwnym zadowoleniem „tak, narty to taki niebezpieczny sport!”. Niektórzy z wyrzutem dopytują się, dlaczego kciuk, a nie noga. Zupełnie jakbym zrobiła to celowo, żeby obalić ich przekonanie o zasadach rządzących światem.

cd

Następnego dnia poszłam jeździć, idąc za radą mojej siostry „kijki ci niepotrzebne, a kciuk się bardziej już nie połamie”. Koledzy jednogłośnie uznali, że jestem kompletnie nienormalna, i próbowali mnie powstrzymać prawie siłą. Dobrze zrobiłam, bo przed pierwszym wjazdem na krzesełku miałam solidny atak paniki i musiałam się przełamać. Gdybym nie wsiadła wtedy na narty, być może w przyszłym sezonie już bym się na to nie zdobyła. 
W poniedziałek po powrocie poszłam do chirurga, który dał mi zwolnienie i zapisał na operację nazajutrz. Miałam ustalić z anestezjologiem, czy znieczulenie ogólne czy miejscowe. Ogólnego bałam się śmiertelnie,  a miejscowe też niefajne, bo człowiek jest obecny i słyszy; ale wolałam miejscowe. Wwieźli mnie na blok, przyszedł anestezjolog i zapytał, co wolę.
– Chyba miejscowe – wydukałam. Anestezjolog spojrzał na mnie. 
– Uśpimy panią na kwadrans – rzucił wesolutko i sobie poszedł. Podłączyli mnie do różnych. Myślałam, że przecież nijak nie zasnę z otwartymi oczami i w tym świetle, co będzie jak nie zasnę, i czy oni się zorientują, że nie zasnęłam, a potem się obudziłam. Było mi bardzo dobrze, doskonale wiedziałam gdzie jestem, i że jednak zasnęłam. Radośnie oświadczyłam pielęgniarkom, że mogą mi tak robić co wieczór.
– W skali 1 -10 jak panią boli? – spytała rzeczowo pielęgniarka. 
– Tak ze 3 – oznajmiłam entuzjastycznie. Po chwili z 3 zrobiło się 5, w porywach 6. Zaczęłam się poważnie zastanawiać, czy dam radę odgryźć sobie rękę w nadgarstku i czy się zorientują. Nie wprowadziłam pomysłu w czyn, bo pielęgniarki zauważyły, że się krzywię, coś mi podały i odgryzanie przestało mnie kusić. Wyszłam po paru godzinach i poszłam sobie zrobić ortezę. Zdjęcie szwów jutro.

cd

Lekarz pomacał kciuk.

– Proszę pani, tu jest wszystko połamane – oznajmił. Oniemiałam, ale zaraz mi się przypomniało, że jako znana hipochondryczka wielokrotnie już słyszałam od lekarzy takie teksty, i zawsze się okazywało, że nic mi nie jest. Zawsze. Tym razem też musiało tak być, takie były reguły. 
– Żartuje pan sobie – stwierdziłam z ulgą. 
– Nie, proszę pani, ja nie żartuję z takich rzeczy. Co więcej, mam złą wiadomość, konieczna będzie operacja, inaczej nie odzyska pani nigdy sprawności w kciuku.
W tym momencie zrozumiałam, że zwrot „trysnęły jej łzy z oczu” nie jest tylko literacką przenośnią. Nie należę do osób łatwo płaczących, ale w tamtej chwili moje oczy kompletnie o tym nie pamiętały.Lekarz zabrał mnie na prześwietlenie, ja jakoś opanowałam łzawy potop, po czym potwierdził, że samo się nie naprawi, w Paryżu mam iść do chirurga przed upływem tygodnia. 
Nie mogłam uwierzyć, że to nie jest tylko jakiś koszmar. Że tak idiotyczny, w sumie drobny wypadek z mojej własnej głupoty może mieć takie konsekwencje. Że wyjazd, który udało mi się zorganizować cudem, mimo przeciwności, i na który się naprawdę cieszyłam,  może byc tak spaprany. Nie tak to miało wyglądać,  i nie z tej strony miał nadejść cios. Nie miałam też zielonego pojęcia, gdzie iść, ani czy mnie przyjmą w odpowiednim terminie, i co dalej. Nigdy w życiu nie miałam niczego złamanego ani nie byłam operowana, nie licząc cesarki. (Cdn.)