Robot

Robot jest genialny.
Robot jest genialny.
Robot jest genialny.
(Zaraz się opanuję i napiszę coś z sensem, ale jeszcze chwila.)
Robot jest genialny.
Dlaczego ja go wcześniej nie przeczytałam, no. No dlaczego? Co za przecudowna mieszanka Kafki, socjalizmu lat 70-tych, i świetnej fizyki. Cudowna! Tam jest wszystko: poszukiwanie własnej tożsamości, grupka ludzi zamkniętych w tunelach i walczących o przewagę, tajemniczy ONI, filozoficzne rozważanie fenomenu wolnej woli. I w końcu oczywiście teoria Nadistot Snerga, ale on potrafił nie zanudzić swoją obsesją czytelnika, co nie każdy potrafi.
Snerg stopniuje rozwój następująco: minerały, rośliny, zwierzęta, ludzie. Nie bez racji zauważa, że poprzednia generacja nie jest w stanie postrzegać następnej. Zwierzęta oczywiście widzą ludzi, ale nie rozumieją tego, co świadczy o naszej przewadze ewolucyjnej, czyli umysłów. Snerg przy okazji wyjasnia tu odwieczną sprzeczność religii: dlaczego, jeśli zostaliśmy stworzeni na obraz i podobieństwo Boga, nie potrafimy przeniknąć jego decyzji. Wynikanie w rzeczywistości jest odwrotne, jesteśmy stworzeni na obraz i podobieństwo małpy, ale ona nie zrozumie absolutnie niczego z powieści Snerga ani z podejmowanych przez nas decyzji życiowych. Tak samo my z kolei nie zrozumiemy naszych następców i ich wyborów ani priorytetów. Niekoniecznie natomiast zgadzam się z przekonaniem autora, że oni koneicznie muszą istnieć. Równie dobrze możemy być ostatnim ogniwem (aczkolwiek ten pomysł nieco mnie jednak przynębia). Nie wiemy – i nie dowiemy się, co wykazano. Udoskonalony homo sapiens, którego pisarze sf nieustannie usiłują wymyślać, z większym lub mniejszym powodzeniem (dość ciekawy pomysł zaproponowali właśnie Pratchett i Baxter w „Długim Marsie”) jest nadal tylko homo sapiensem. Zresztą o definicji człowieństwa jest też „Robot”, może bardziej niż o czymkolwiek innym.

Robot

Robotjest genialny.
„Robot”jest genialny.
„Robot”jest genialny.
(Zaraz się opanuję i napiszę coś z sensem, ale jeszcze chwila.)
„Robot” jest genialny.

Dlaczego ja go wcześniej nie przeczytałam, no. No dlaczego? Co za przecudowna mieszanka Kafki, socjalizmu lat 70-tych, i świetnej fizyki. Cudowna! Tam jest wszystko: poszukiwanie własnej tożsamości, grupka ludzi zamkniętych w tunelach i walczących o przewagę, tajemniczy ONI, filozoficzne rozważanie fenomenu wolnej woli. I w końcu oczywiście teoria Nadistot Snerga, ale on potrafił nie zanudzić swoją obsesją czytelnika, co nie każdy umie.

Snerg stopniuje rozwój następująco: minerały, rośliny, zwierzęta, ludzie. Nie bez racji zauważa, że poprzednia generacja nie jest w stanie postrzegać następnej. Zwierzęta oczywiście widzą ludzi, ale nie rozumieją tego, co świadczy o naszej przewadze ewolucyjnej, czyli umysłów. Snerg przy okazji wyjaśnia tu odwieczną sprzeczność religii: dlaczego, jeśli zostaliśmy stworzeni na obraz i podobieństwo Boga, nie potrafimy przeniknąć jego decyzji. Wynikanie w rzeczywistości jest odwrotne, jesteśmy stworzeni na obraz i podobieństwo małpy, ale ona nie zrozumie absolutnie niczego z powieści Snerga ani z podejmowanych przez nas decyzji życiowych. Tak samo my z kolei nie zrozumiemy naszych następców i ich wyborów ani priorytetów.  Niekoniecznie natomiast zgadzam się z przekonaniem autora, że oni koniecznie muszą istnieć. Równie dobrze możemy być ostatnim ogniwem (aczkolwiek ten pomysł nieco mnie jednak przygnębia). Nie wiemy – i nie dowiemy się, co wykazano. Udoskonalony homo sapiens, którego pisarze sf nieustannie usiłują wymyślać, z większym lub mniejszym powodzeniem (dość ciekawy pomysł zaproponowali właśnie Pratchett i Baxter w „Długim Marsie”) jest nadal tylko homo sapiensem. Zresztą o definicji człowieczeństwa jest też „Robot”, może bardziej niż o czymkolwiek innym.

Po sześciu tygodniach

Sześć tygodni po operacji używam kciuka normalnie, wczoraj w lewej ręce wniosłam na trzecie piętro duży kubek z herbatą, nie noszę ortezy od dziesięciu dni, zdarza mi się zapomnieć, że coś było nie tak. Po czym iskra bólu natychmiast mi o tym przypomina, ponieważ nadal boli. Jestem po dziesięciu seansach rehabilitacji, i to dopiero boli. Mimo wrodzonej powściągliwości zdarza mi się głośno jęczeć, a pragnienie bolesnego ugryzienia fizjoterapeuty jest na porządku dziennym. Nadal nie mam czucia w połowie kciuka, przez co natychmiast po ściągnięciu ortezy niechcący wbiłam sobie weń czubek noża. Blizna jest moim zdaniem piękna, nieprzyzwyczajone otoczenie wybałusza oczy i wzdycha z przerażeniem. Chirurg pochwalił swoją robotę i obiecał, że przestanie boleć. W kwestii czucia nie obiecywał za wiele, ale nie tracę nadziei.

Strasznie mnie to bawi

Ksenobiolog Grx energicznym krokiem przemierzał korytarze statku kosmicznego S1. Druga bliźniacza jednostka oddalona w tej chwili o 150 tysięcy km nazywała się logicznie – S2. Niezbyt oryginalnie, ale takie nazewnictwo sprawdzało się od 20 tysięcy pokoleń. Grx wpadł do gabinetu kapitana.
– Szefie, ci z trzeciej planety zauważyli nas! – wykrzyknął z podnieceniem.
Kapitan podrapał się po głowie siódmą macką.
– Próbują nawiązać kontakt? – zapytał z zainteresowaniem.
– Szefie… – Grx przygarbił się. – Oni myślą, że jesteśmy planetami – powiedział z zakłopotaniem. – Dziewiątą i dziesiątą, to znaczy nie, ósmą i dziewiątą, bo dziewiąta już od jakiegoś czasu nie jest planetą… – pod badawczym spojrzeniem przełożonego zaplątał się i umilkł.
Kapitan oparł na blacie trzy macki i pochylił się do przodu.
– Młody, rozumiem, że to twoja pierwsza misja międzyukładowa – rzekł spokojnie – ale postaraj się zachować pewien poziom profesjonalizmu.
– Szefie! Kiedy to prawda! Sprawdziliśmy wszystko trzy razy, cały zespół, z doktorem Bdx na czele! Naprawdę, biorą nas za planety! A dziewiątą zdetronizowali już wcześniej!
Nieco później kapitan wydał rozkaz. Patrząc na oddalający się od nich układ planetarny z żółtym karłem w w centrum wymamrotał do siebie „Naprawdę, żeby istoty rozumne miały taki bałagan w swoim układzie słonecznym… przecież nikt w żadnym znanym wszechświecie nam by nie uwierzył!”.

Długi Mars

Panowie Pratchett i Baxter się dotarli, jest tu masa fantastycznie wymyślonej i podanej techniki, plus Pratchettowy humanizm i gatunkofilia, sama śmietanka zebrana ze śmietanki. Naprawdę świetne. Skończyło się tak, że wrzasnęłam „Ale będzie jeszcze jeden tom?! Będzie?!” Otóż ma być w czerwcu, a później nawet piąty, ale jeśli rozwijać się będą tak, jak Świat Dysku, to ja nie mam nic przeciw kontynuacji. Długiej, nomen omen.

Gniew

Wiedziałam już wcześniej, że Miłoszewski ma skłonności do przegadania, w „Ziarnie prawdy” chętnie powycinałabym to i owo, ale wciągnęło mnie tak, że się nie czepiałam. Szczególarstwo służy tam budowaniu nastroju i postaci. Niestety w „Gniewie” autor najwyraźniej poczuł, że musi szczegółów obficie dokładać, skoro to jego znak rozpoznawczy, i nie szczędzi nam „wstał, położył się, usiadł, zjadł, pogoda, kołduny pyszne, pogoda, listopad w Polsce, korki, architektura, muzyki słuchał, w muzyce był akurat fragment, korki były,  kawę pił dobrą, niedobrą, czarną”. Brakuje tylko listy zakupów w Ikei, a na punkcie kawy autor ma obsesję prawie taką jak Chmielewska w tych nowszych kiepskich książkach. W 20% miałam wrażenie, że pisze to zły brat bliźniak Miłoszewskiego. Kasza do obiadu jest dobra. SAMA kasza z niewielką ilością soli i jedną skwarką jest znacznie mniej atrakcyjna. W trzecim rozdziale zrobiło się nagle znacznie lepsze, w zasadzie powinno się czytać od tego momentu z jednozdaniowym streszczeniem poprzedniej akcji brzmiącym „znaleźli szkielet wyglądający na stary, ale ewidentnie współczesny”.
 
Miłoszewski skupia się tutaj na bardzo trudnym temacie przemocy domowej, i genialne jest pokazanie (na przykładzie małżeństwa z Równej) jak wygląda brak komunikacji, jak dwie strony w związku mogą kompletnie różnie postrzegać współdzieloną rzeczywistość. Mamy też umoralnienie w kwestii braku reakcji na sygnalizowanie przemocy domowej, winien jest tu temu sam Szacki, który poniesie za to karę. Dotkliwą. W ogóle pod koniec miałam wrażenie, że Miłoszewski ma już dość swojego bohatera, co zrozumiałe, ale można było jeszcze na chwilę zacisnąć zęby. Fabuła zaplątana straszliwie, w „Ziarnie” też była spiętrzona, ale Szacki miał jakoś więcej energii, myślał klarowniej, tutaj w pewnym momencie się pogubiłam kompletnie. Ogólnie niezła książka z dużym potencjałem, mogłaby być bardzo dobra z dobrym redaktorem, który nie bałby się wykreślać, mogłaby być świetna, gdyby była odrobinę inaczej napisana. Odrobinę – ale w całości.

Miłoszewski

Uwikłanie ma precyzyjnie skonstruowaną fabułę, interesujących bohaterów, umiejętnie rozsiane tropy fałszywe i prawdziwe. W 66% domyśliłam się, kim jest brakująca postać, i chwilę się męczyłam czekając, aż prokurator Szacki też na to wpadnie, ale ostateczne rozwiązanie sprawy jednak mnie zaskoczyło. Realistyczności przydają umieszczone na początku każdego rozdziału informacje z gazet codziennych z dnia akcji. Przy tej dbałości o szczegóły nieprzyjemnie mnie zaskoczyła siedmioletnia córka Szackiego chodząca do przedszkola.

„Ziarno prawdy” ma intrygę wyszukaną i spiętrzoną oszałamiająco, nie domyśliłam się zupełnie niczego, nie znalazłam uchybień, wciągnęło mnie bez reszty. Do tego pięknie odmalowany Sandomierz, bardzo wielowymiarowe postaci, z Szackim na czele, i kawał trudnej historii polskiej. Dodatkowym smaczkiem był tutaj pojawiający się na chwilę mój licealny polonista, Jarosław Klejnocki, który w rzeczywistości jest obecnie dyrektorem warszawskiego Muzeum Literatury (i kto by pomyślał, kiedyśmy tam z nim bywali w ramach lekcji, jakoś w zeszłym tysiącleciu), a poza tym też pisuje kryminały i przyjaźni się z Miłoszewskim. W „Ziarnie prawdy” zacytowany jest wywód Klejnockiego  dotyczący najbardziej polsko brzmiącego słowa, sama radość.
Idę czytać „Gniew”.