Big Eyes

Czasem lubię mieć prozopagnozję, bo gdybym jej nie miała, nie mogłabym pewnie już nigdy obejrzeć żadnego filmu z Christophem Waltzem, tak straszną miałam ochotę dać mu solidnie w mordę oglądając „Big Eyes” Burtona. Tak, wiem, to tylko aktor, ale niezwykle był przekonujący w roli kłamliwego czarusia. Na marginesie, Waltz grał kiedyś u Zanussiego, bardzo dawno temu.

Poza dobrym aktorstwem to jest niestety kiepski film, gdyż Burton osobiście jest fanem malarstwa Margaret Keane, autorki portretów wielkookich dzieci, na które była wielka moda w latach 60 i 70, i na których małżeństwo Keane zrobiło gigantyczne pieniądze. Uważano wtedy, że malarzem jest Walter Keane, co zupełnie nie było prawdą, a co oboje małżonkowie podtrzymywali długo. Według Burtona biedna Margaret się bała i nie miala wyjścia, co nawet w filmie słabo trzyma się kupy. W rzeczywistości Margaret odeszła od pierwszego męża dopiero kiedy poznała Waltera. Podejrzewam, że zakochana w nowym małżonku radośnie zgodziła się na mistyfikację, ciesząc się, że będą ją wszyscy mieli za wybrankę tak sławnego artysty. Po latach, gdy małżeństwo dobiegło końca, dochodziła sądownie swoich praw do autorstwa obrazów, z sukcesem. Keane natomiast do końca utrzymywał, że to on je namalował. Ciekawe, czy był mitomanem, czy to jakiś inny mechanizm psychologiczny, o czym mógłby być ten film, ale nie jest. W każdym razie zazdroszczę bohaterowi tupetu. Nie pojmuję, co trzeba mieć w głowie, żeby się do końca upierać, że osobiście wykonało się dzieło, którego kompletnie nie umie się zrobić. Ja jestem na przeciwnym biegunie, nie umiem się pochwalić nawet tym, co potrafię.

Rozumiem

W zeszłym roku miałam krótkotrwałą, ale dość intensywną depresję. Przy codziennych czynnościach typu mycie zębów łapałam się na rzeczowym rozmyślaniu, w jaki sposób się zabić. Większość mnie wiedziała, że wcale nie chce umierać, ale spora część mojego mózgu bardzo chciała przestać istnieć. Istnienie było nie do zniesienia, wiązało się z nieustannym wykonywaniem potwornie trudnych czynności takich jak oddychanie. Te części mnie zastanawiały się, czy lepiej będzie pozbawić życia także moje dziecko, czy zostawić go na świecie bez matki. Nigdy wtedy nie przyszło mi do głowy, że byłabym morderczynią, ja tylko chciałam dla niego jak najlepiej. Myśl o cierpieniu ukochanych osób nie zmieniała w żadnym calu moich pragnień: ja bym już tego nie musiała oglądać, a po opłakaniu byłoby im lepiej na świecie bez mnie.

Chodziłam do pracy, śmiałam się, funkcjonowałam. Gdybym się zabiła, 170 moich znajomych z fejsa i 40 współpracowników powiedziałoby „taka fajna, wesoła, spokojna, lubiąca swoją pracę i książki, nie rozumiemy co się stało, to niemożliwe”. Mam pracę, którą kocham, mam ludzi, których kocham, jestem zdrowa, dość młoda, nie mam problemów finansowych, mam dostęp do opieki zdrowotnej, jeżdżę na urlopy. Mając to wszystko, w pewnym momencie życia najbardziej na świecie chciałam już nie istnieć. Tylko obmyślenie sposobu było trudne.

Nie potrzebuję dużego wysiłku umysłowego, żeby sobie doskonale wyobrazić pokusę: jednym ruchem zaryglować drzwi, drugim ruchem pociągnąć za dźwignię, i skończyć życie robiąc to, co się kocha, tam wysoko. Błyskawicznie, bezboleśnie i nieodwracalnie przestać istnieć.

Wyżyny prozopagnozji

Oglądać „Infiltrację” i rozpoznać na początku Jacka Nicholsona, za co przyznać sobie 10 punktów, i pogrążyć się w samozadowoleniu. Przyznać sobie również 1 punkt za rozpoznanie Leonarda, ale to łatwe, jego umiem poznawać. Następnie pomylić Matta Damona z Leonardem, i do końca filmu nie nie być w stanie ich rozróżnić. Minus 256 punktów, a kurtyna spada kręcąc głową z niedowierzaniem.

Ciemno, prawie noc

Zaczyna się tak sobie, potem się rozkręca. Z wielką przyjemnością odnalazłam piękną frazę z „Piaskowej góry”, niektóre zdania są tak cudne, że wracałam do nich wzrokiem trzykrotnie. Uwielbiam, jak Bator oddaje sposób mówienia ludzi. Niestey za często wpada w zgrzytliwy manieryzm. Straciłam serce do tej książki w 25%, przy pierwszej opowieści Alberta Kukułki: zła macocha, demoniczny brat bliźniak, schowek pod schodami? Co to ma być, wałbrzyski Harry Potter!?

A potem znowu mnie urzekło.

Jesteśmy w tym samym świecie przedstawionym, co w „Piaskowej Górze”. Narratorka wraca do Wałbrzycha, i wspomina, że w dzieciństwie była u krawcowej Haliny Chmury z Piaskowej Góry, to babcia Dominiki z tamtych powieści. Inna jest narracja, tam mamy wszechwiedzącego narratora posługującego się potoczystą prozą pełną pięknych specyficznych określeń, tu pierwszoosobową reporterkę, przeważnie rzeczową. Niektóre zdania są piękne, niektóre – nieliczne – aż zgrzytają.  W ogóle Bator w zasadzie ma wszystko, świetny styl, doskonały zmysł obserwacji, poczucie humoru, świat, fabułę, akcję, temat: a jednak coś zgrzyta. Jest tu jakiś nadmiar, osunięcie się w manieryzm, nieprzyjemna przesada. W szczegółach tylko, ale to właśnie one tworzą dzieło. Rozumiem oniryzm, symbolizujący ucieczkę skrzywdzonego dziecka w świat fantazji, ale nie pozwolił mi się dogłębnie przejąć tematem. Jak to zrobił Foer w „Iluminacji”, że był śmieszny do bólu brzucha, miejscami kompletnie nierealny, a jednak we właściwym momencie łzy leciały strumieniem? I czego brakuje Bator, żeby wejść na ten poziom? Może właśnie nie brakuje, tylko przeciwnie, jest za dużo.

Kluczem do tej powieści jest prawdopodobnie ten cytat „Pamiętam głosy ludzi, z którymi rozmawiam, i długo po zakończeniu wywiadu słyszę je w głowie. Czasem śnię albo wyobrażam sobie podczas podróży, że mówią do mnie to, czego nie udało im się wyrazić w wywiadzie, albo to, czego się domyśliłam, ale nie mogłam napisać, bo nie zostało powiedziane.” Bator jest fantastką, która kocha realizm, i reporterką, która wyobraża sobie znacznie więcej, niż widzi i słyszy. Cudowne połączenie, bardzo moje. Powinnam kochać tę książkę, logika mi tak mówi. A jednak jakoś nie.

Mine vaganti

Fajny film widziałam, „Mine vaganti” Özpeteka mianowicie (francuski tytuł to „Le premier qui l’a dit”). Mieszkający w Rzymie Tomasso przyjeżdża na prowincję do domu rodzinnego na spęd, i wyznaje starszemu bratu, że jest gejem, na wieczór planuje swój coming out. Tylko że starszy brat go ubiegnie. Tomasso widząc reakcję niezwykle konserwatywnego ojca, który trafia do szpitala, nie odważy się już powiedzieć, że on też, i poczuje się zmuszony udawać, że interesuje go rodzinny biznes (fabryka makaronu). Trudno go winić, widzimy niemal namacalnie, jak wciąga go to rodzinne życie, i jak schodzi na dalszy plan ukochany, który pozostał w Rzymie. To są świetne strony filmu. Trudno zresztą też winić ojca, którego wizja synów nie ma nic wspólnego z rzeczywistością, ale jest jedynym, co ma.

To rzecz o tym, że nie stwarzamy naszych dzieci, że tylko pomagamy (albo przeszkadzamy) im odkryć, kim są. I że warto walczyć o siebie.

Pokolenie Ikea; Pokolenie Ikea Kobiety

Jestem wierną czytelniczką bloga Pokolenie Ikea, od bardzo wielu lat, a właściwie jeszcze od czasów, kiedy w ogóle się tak nie nazywał. Byłam więc przekonana, że jego postać książkowa mnie co najwyżej znudzi. Otóż nie, pierwszy tom czytałam do po północy, ze sporą dozą radości. Drugi mam za słabszy, ale może to dlatego, że wciągnęłam jeden po drugim, i odczułam pewien przesyt.

Podejrzewam, że zamiarem Piotra C wcale nie było udowodnienie, że seks jest czynnością strasznie banalną, ale paradoksalnie to właśnie mu się udało. Oto wyzwolony młody człowiek, mający środki i możliwości, zajmuje się tym, co lubi najbardziej, czyli uwodzeniem dziewczyn, i pisze o tym otwarcie, dosadnie, szczegółowo i z pasją. A czytelniczka przy trzecim „nogi smukłe, cycki jakieś, majtki koronkowe, ugryzłem w szyję, tu dotknąłem, tam pogłaskałem, a ona mi loda” zaczyna dyskretnie poziewywać. To jest paradoks cenzury: kiedy była, dowcipy były wyrafinowane i wymagające; gdy znikła, nagle okazało się, że banał i ciągle to samo. Gdy wszystko wolno, inwencja wyczerpuje się błyskawicznie (aż po Lemową NFR, wiadomo).

Najfajniejsze są tu zatem anegdoty dotyczące tych mniej udanych spotkań. Rozczarowało mnie też, że laska robiona kierowcy jadącego samochodu kończy się zatrzymaniem na poboczu. Ja już jestem szczęśliwie stara i nudna, ale mam w swoim dorobku laskę zrobioną kierowcy, który się nie zatrzymał. Nie było to oczywiście na autostradzie, i po fakcie twierdził, że jechał powoli, ale mimo wszystko, dziś bym się już nie poważyła, i nie z powodu pruderii. Koleżanka moja wykonała natomiast omawianą czynność na pilocie w samolocie. Lecącym samolocie. Osoby z takimi doświadczeniami treści „Pokoleń Ikea” nijak nie uznają więc za odkrywczą, ale jest tu dużo całkiem trafnych obserwacji, oraz bezsporny dowód, że da się jednak pisać o seksie po polsku.

Ości

To nie są „Balladyny i romanse”. Wiedziałam przecież, że nie będą, ale i tak, irracjonalne rozczarowanie. Przeszkadzał mi brak spójności w tej książce. OK, postmodernistyczną manipulację konwencją rozumiem i popieram. Postaci nawiązujące silnie do znanych z życia publicznego (aczkolwiek nie jest to również zwykła powieść z kluczem), lub ironiczne kalki z naszych potocznych wyobrażeń: też rozumiem. Ale pod koniec Karpowicz sięgnął po znaczniejszy ciężar gatunkowy, spróbował dotknąć tematu ostatecznego, i to nie wyszło. Zamiast wzruszenia jest dezorientacja. Poważny temat miał mimochodem wyjść z lekkiej rozrywki: nie udało się. Do tego trzeba ogromnego talentu, i niczego nie ujmując Karpowicza talentom językowym i warsztatowym to jednak nie ta skala.

Le cochon de Gaza

Uroczy film widziałam, „Le cochon de Gaza” (Angielski tytuł „When pigs have wings”, polski „Kiedy świnie mają skrzydła”). Ubogi rybak z Gazy znajduje zaplątaną w swoje sieci świnię. Nie może jej nawet dotknąć, bo nieczysta, ale chciałby jednak na niej zarobić. Tuż obok jest natomiast kolonia żydowska, gdzie podobno hodują świnie… Nie miałam wyobrażenia, że można zrobić tak śmieszną komedię dziejącą się współcześnie w tamtym rejonie świata, ale może właśnie tylko w takich okolicznościach da się zrobić coś naprawdę przejmującego i zabawnego. Poetyka trochę jak nasze filmy z czasów realnego socjalizmu, z zachowaniem całej egzotyki. Obejrzyjcie, jeśli gdzieś znajdziecie.

Piaskowa Góra, Chmurdalia

Tym razem b. a nie p. jest winna (i Zuzanka też), gdyż ledwie luty się skończył, a ja już jestem śmiertelnie zakochana drugi raz w tym roku. Może taka kochliwa się na starość robię po prostu? Tym razem w naszej polskiej Joannie Bator, „Piaskowej Górze” mianowicie, ależ to jest piękna znakomita doskonała powieść, i w ogóle nie muszę zgrzytać zębami na tłumaczenie, bo jest napisana w moim własnym uwielbionym języku, i napisana tak cudownie, że nawet nie mam siły zazdrościć, bo przepełnia mnie wyłącznie czysty podziw. Cóż za potoczysta narracja, wygląda na pisaną zupełnie lekko i od niechcenia, a przecież tych perełek językowych nie znajduje się codziennie. Pomyśleć, że nie chciało mi się jej czytać, bo pamiętałam, że to dziennikarka Wyborczej, i uznałam „a, co tam dziennikarkę będę czytać, toż wiem jak dziennikarki piszą”. Przysięgam, weszłam pod biurko i odszczekałam, a było to trudne, bo biurko jest składane i nie ma pod nim miejsca. Nie pisze jak dziennikarka, nie pisze nawet jak większość pisarzy. A poza tym ja bywałam dwa życia temu regularnie na Piaskowej Górze, w tych opisywanych blokach, i żywo pamiętam Wałbrzych. Choć tam jest dużo więcej niż Wałbrzych, w tej sadze, której centralną postacią jest Dominika Chmura, rocznik 72, córka Stefana Chmury i Jadzi de domo Maślak; Dominika kochająca przeszłość, żyjąca w ciągłym ruchu, i tak uderzająco niepodobna do swojej matki, że miłość wydaje się niemożliwa. A przecież to jest powieść o miłości matczynej. I nocniku Napoleona.

Pretensję mam o końcówkę „Chmurdalii”, która jest niedobra, bardzo niedobra. Widać, że Bator nijak nie mogła się rozstać ze swoimi bohaterami, oraz za wszelką cenę chciała im wynagrodzić uprzednie przykrości. szanowna pani Joanno, jak to rzekł Julian Barnes, literatura to nie biustonosz, nie ma łagodnie podnosić na duchu. Ostatnie 5% jest do wyrzucenia i zostawia niesmak, a szkoda, bo cała reszta wyjątkowo piękna. Może kiedyś przeczytam jeszcze raz przerywając we właściwym momencie. Może sobie ebook przeedytuję odpowiednio.