Ości

To nie są „Balladyny i romanse”. Wiedziałam przecież, że nie będą, ale i tak, irracjonalne rozczarowanie. Przeszkadzał mi brak spójności w tej książce. OK, postmodernistyczną manipulację konwencją rozumiem i popieram. Postaci nawiązujące silnie do znanych z życia publicznego (aczkolwiek nie jest to również zwykła powieść z kluczem), lub ironiczne kalki z naszych potocznych wyobrażeń: też rozumiem. Ale pod koniec Karpowicz sięgnął po znaczniejszy ciężar gatunkowy, spróbował dotknąć tematu ostatecznego, i to nie wyszło. Zamiast wzruszenia jest dezorientacja. Poważny temat miał mimochodem wyjść z lekkiej rozrywki: nie udało się. Do tego trzeba ogromnego talentu, i niczego nie ujmując Karpowicza talentom językowym i warsztatowym to jednak nie ta skala.

Le cochon de Gaza

Uroczy film widziałam, „Le cochon de Gaza” (Angielski tytuł „When pigs have wings”, polski „Kiedy świnie mają skrzydła”). Ubogi rybak z Gazy znajduje zaplątaną w swoje sieci świnię. Nie może jej nawet dotknąć, bo nieczysta, ale chciałby jednak na niej zarobić. Tuż obok jest natomiast kolonia żydowska, gdzie podobno hodują świnie… Nie miałam wyobrażenia, że można zrobić tak śmieszną komedię dziejącą się współcześnie w tamtym rejonie świata, ale może właśnie tylko w takich okolicznościach da się zrobić coś naprawdę przejmującego i zabawnego. Poetyka trochę jak nasze filmy z czasów realnego socjalizmu, z zachowaniem całej egzotyki. Obejrzyjcie, jeśli gdzieś znajdziecie.

Piaskowa Góra, Chmurdalia

Tym razem b. a nie p. jest winna (i Zuzanka też), gdyż ledwie luty się skończył, a ja już jestem śmiertelnie zakochana drugi raz w tym roku. Może taka kochliwa się na starość robię po prostu? Tym razem w naszej polskiej Joannie Bator, „Piaskowej Górze” mianowicie, ależ to jest piękna znakomita doskonała powieść, i w ogóle nie muszę zgrzytać zębami na tłumaczenie, bo jest napisana w moim własnym uwielbionym języku, i napisana tak cudownie, że nawet nie mam siły zazdrościć, bo przepełnia mnie wyłącznie czysty podziw. Cóż za potoczysta narracja, wygląda na pisaną zupełnie lekko i od niechcenia, a przecież tych perełek językowych nie znajduje się codziennie. Pomyśleć, że nie chciało mi się jej czytać, bo pamiętałam, że to dziennikarka Wyborczej, i uznałam „a, co tam dziennikarkę będę czytać, toż wiem jak dziennikarki piszą”. Przysięgam, weszłam pod biurko i odszczekałam, a było to trudne, bo biurko jest składane i nie ma pod nim miejsca. Nie pisze jak dziennikarka, nie pisze nawet jak większość pisarzy. A poza tym ja bywałam dwa życia temu regularnie na Piaskowej Górze, w tych opisywanych blokach, i żywo pamiętam Wałbrzych. Choć tam jest dużo więcej niż Wałbrzych, w tej sadze, której centralną postacią jest Dominika Chmura, rocznik 72, córka Stefana Chmury i Jadzi de domo Maślak; Dominika kochająca przeszłość, żyjąca w ciągłym ruchu, i tak uderzająco niepodobna do swojej matki, że miłość wydaje się niemożliwa. A przecież to jest powieść o miłości matczynej. I nocniku Napoleona.

Pretensję mam o końcówkę „Chmurdalii”, która jest niedobra, bardzo niedobra. Widać, że Bator nijak nie mogła się rozstać ze swoimi bohaterami, oraz za wszelką cenę chciała im wynagrodzić uprzednie przykrości. szanowna pani Joanno, jak to rzekł Julian Barnes, literatura to nie biustonosz, nie ma łagodnie podnosić na duchu. Ostatnie 5% jest do wyrzucenia i zostawia niesmak, a szkoda, bo cała reszta wyjątkowo piękna. Może kiedyś przeczytam jeszcze raz przerywając we właściwym momencie. Może sobie ebook przeedytuję odpowiednio.