Meksykanka w Paryżu

– A wiesz, u mnie w firmie pracował jeden Meksykanin – przypomina mi się w rozmowie z przedstawicielką tej nacji. Marszczy brwi.
– Dobrze się zachowywał? – pyta surowo.
– Eee – mówię zaskoczona – oczywiście, bardzo miły i zdolny chłopak, firma pomag

Metro 2034

O klasę lepsza od poprzedniej. Głuchowski wpadł na to, że mnożenie nowych rodzajów zmutowanych potworów donikąd go nie zaprowadzi, i walka z gigantycznymi zwierzętami jest tylko jedna. Skupia się za to na ludziach w fajnie pomyślanej, parowątkowej narracji. Mroczny entourage jest na miejscu. Niezłe czytadło, mam nadzieję na kolejny tom.

Kamieniem

Media jednak nie zapomniały; ledwiem o poranku otworzyła uszy, radio rzekło, że pozbierali już wszystkie szczątki, a teraz trzeba będzie oczyszczać środowisko, na które spadły cztery tony paliwa lotniczego, o innych produktach nie wspominając. O tym aspekcie wypadku nie pomyślałam, przyznaję.

A to zupełnie nie o mnie. Może dlatego, że ja zawsze byłam osobna, nie do końca przynależna gdziekolwiek.

Jeśli miał poczucie tożsamości to chyba z kamieniem

W kwestii niemieckiego pilota mordercy

Media jak to media, znalazły inne tematy, ale ja to nadal obracam w głowie, i choćbym to wiekami całymi czyniła, nie jestem w stanie zrozumieć, jak można było z zimną krwią pociągnąć za sobą niewinnych ludzi. Młodzież, dzieci, odebrać przyszłość im i ich rodzicom. Nie pojmę. Zrozumiałabym pokusę,  decyzję podjętą w sekundę, straszliwy nieodwracalny impuls; nie celowy zamysł i plan. Międlę to w umyśle i myślę, że może cierpiał aż tak, aby chcieć się zemścic na tych, którzy – jego zdaniem – nie. Nie widział „Białego” i „wszyscy cierpimy” „tak, ale ja chciałem mniej” Gajosa i Zamachowskiego; nie znał tych potwornie genialnych zdań Kafki o staniu przed drugim człowiekiem w zamyśleniu i współczuciu jak przed wejściem do piekła,  bo „a gdybym padł przed tobą na kolana i płakał, i opowiadał, co wiedziałbyś o mnie więcej niż o piekle, które ktoś określił ci jako gorące i straszne? ” Może nie był zdolny do empatii, a może tego się jednak uczy, i nie nauczono go.

Przeraziła mnie też informacja, że szukał w guglu informacji o blokadzie drzwi kokpitu. Szkolony pilot?! Nie nauczyli go tego na pamięć, nie kazali trenować do znudzenia i bólu palców? Myśleli, że jak na pokładzie znajdzie się terrorysta, to pilot powie „przepraszam, proszę poczekać, tylko wyguglam, jak tu się blokuje i czy na pewno nie da się otworzyć”?

Rekin z parku Yoyogi

Rekin z parku Yoyogi miał być lepszy i dojrzalszy niż debiutancki „Japoński wachlarz”, napisany pod wpływem pierwszego zachłyśnięcia się Japonią. Jest wnikliwy i interesujący, jest również niestety jeszcze bardziej pozbawiony jakiegokolwiek umiaru niż wszystkie poprzednie książki Bator razem wzięte. Fascynacja egzotycznym krajem przeradza się w bałwochwalczą adorację. Ja jestem daleka, jak Państwo chyba już zauważyli, od kochania tradycji polskiej i stereotypowych polskich zachowań, nie mieszkam w kraju rodzinnym i to nie był wybór przypadkowy. Jednocześnie jestem bardzo daleka od twierdzenia, że Wszyscy Polacy Coś. A Bator nie tylko to twierdzi. Ona to pisze, powtarza, podkreśla, powtarza raz jeszcze, przytacza przykład, porównuje, wykpiwa, wstydzi się za, i kolejny raz podkreśla, aby żadnemu czytelnikowi polskiemu nie umknęły. Wielostronicowe wspominanie, że była na jakichś wakacjach, gdzie grupa Polaków zachowywała się prymitywnie, byłoby na miejscu na blogu, i to pisanym przez nastolatkę. Pisanie, że w związku z tym postanowiła się nie przyznawać do kraju rodzinnego, i twierdzić, że przyjechała z Japonii, jest… żałosne.

Zdumiewa mnie to tym bardziej, że właśnie z oddalenia widać najlepiej, że ani Polacy nie są wyjątkowi, ani inne nacje, a w ogóle wsadzanie wszystkich do worka z napisem „Polacy” tez jest ryzykowne. Znam kulturalnych oczytanych Polaków, Tunezyjczyków, Francuzów, znam chamskich Polaków, Brytyjczyków, Francuzów. O Japończykach się nie wypowiadam, być może faktycznie wśród nich chamstwo nie występuje nigdy i nigdzie. Ale tak pod niebiosa wychwalaną przez Bator powściągliwość japońską można równie dobrze widzieć jako problemy z emocjami, które powinno się leczyć. Fascynujący autorkę otaku są socjopatycznymi trutniami, nie nadającymi się do życia w społeczeństwie.

A skoro się już wyżaliłam, to w przeważającej części jest to świetna książka, rzetelna i wnikliwa analiza japońskiej kultury i jej ewolucji.

Trzy miesiące

Trzy miesiące po operacji… jakiej operacji?

Dobra, nie jest aż tak różowo: co pewien czas przeszywa mnie ból przypominający, ni stąd ni zowąd. Przy odkręcaniu słoików przypominam sobie wyraźnie, że coś było nie tak. Ale po trzech miesiącach to właściwie jedyne chwile, kiedy wspomnienie się ożywia. Zazwyczaj ze zdumieniem patrzę na znajomych, którzy byli wtedy ze mną, i pytają jak kciuk – jaki kciuk, o co chodzi?

Metro 2033

Niezłe, bardzo nastrojowe i równie przewidywalne. Niedobitki moskwian po wojnie nuklearnej od dwudziestu lat siedzą w metrze, na powierzchni panuje promieniowanie oraz zmutowane potwory, które włażą też do metra i trzeba nieustannie wojować. Na każdej stacji rządzi kto inny, co bohater odkrywa podczas podróży z rubieży do Polis. To dość fajny pomysł, jeśli założyć, że powieść przeznaczona jest dla młodzieży: mamy tu w pigułce rozmaite ludzkie pomysły społeczne, religijne i polityczne. Dorosłemu czytelnikowi zabraknie oryginalności. Mroczne tunele metra emanują grozą, bohater cudem unika śmierci, na szczęście spotyka potężnych protektorów i stalkerów, i tak parę razy.

Rozumiem, czemu świat przedstawiony wciąga, gra wideo na tej podstawie musi być naprawdę dobra, żałowałam tylko, że nie znam moskiewskiego metra. Gdyby rzecz działa się w paryskim albo londyńskim, miałabym dwa razy większą radochę (choć londyńskie prowokowałoby z kolei do porównań z „Nigdziebądź”, a to zdecydowanie nie ta liga). Dość szybko zgadłam finałowy twist, i teraz ciekawa jestem, co w kolejnej części, bo zakończenie dość zamykające. Ale nie aż tak ciekawa, żeby od razu się za nią łapać. Aha, doskonały jest pomysł, żeby walutą była amunicja. Ciekawa jestem, czy gdzieś w historii tak było.

Japoński wachlarz

Marszczyłam czoło, krzywiłam się, a nawet odczytałam parę fraz na głos z niedowierzaniem, sam początek umajony jest bowiem zdaniami nader niebezpiecznie zahaczającymi o grafomanię. Po lekturze całości podejrzewam, że wiem dlaczego, Bator opisuje japońskie zamiłowanie do kiczu, i prawdopodobnie do tego chciała nawiązać. Nieświadoma czytelniczka wytrzeszcza jednak z niedowierzaniem oczy i powiada „przecież Zuzanka to czytała, to nie może być Takie!” Nie jest. Za chwilę dostajemy styl miejscami reportażowy, choć Bator nie ukrywa bynajmniej swoich osobistych uczuć i fascynacji tym krajem. W ostatecznym rozrachunku jest tu jednak więcej o Japonii niż o autorce, a to rzadkie i trudne.

Wiedziałam o współczesnej Japonii już sporo (Buczkowski, Nothomb, mój własny amerykański znajomy, który spędził tam 11 gaijińskich lat, obficie dzieląc się wiedzą i wrażeniami), ale Bator udało się mnie jeszcze parokrotnie zadziwić. Paradoksalnie, nie mam wcale ochoty tam jechać: mam poczucie, że wiem już wszystko, a na pewno dużo więcej, niż zobaczyłabym i pojęła samodzielnie. To złudzenie, ale daje pojęcie o rzetelności roboty wykonanej przez Bator. I żadnych eksperymentów stylistycznych, choć to autorka „Piaskowej góry”. Podziwiam, bo ja nigdy nie potrafiłam zmienić stylu, i nawet magisterkę napisałam felietonowo, ku rozpaczy promotora. Po tym poznać profesjonalną pisarkę, że umie styl do potrzeb dostosować.