Beauval cz. 2

W Beauval jest też masa małp różnych gatunków, przecudne papugi w niesamowitych kolorach, ferma, gdzie łażą kozy, które można karmić popcornem, co moje dziecko z wielką radością czyniło, a kozy opierały się przednimi kopytami o mnie. Są lżejsze niż duży pies i nie mają pazurów, więc w zasadzie nie była to nieprzyjemna integracja z fauną. Są kapibary, do których mam słabość, a akurat były młode, są przeraźliwie różowe flamingi na wyspie, i przede wszystkim są słynne pandy. Animatorka przez głośnik chwali się, że delegacja z Chin, która przyjechała oglądać wybieg, zanim zgodziła się na przeprowadzkę pand do Francji, była pod wielkim wrażeniem, i potrafię w to uwierzyć. Brumizatory nawilżają powietrze, sztuczny wodospad szumi przyjaźnie, zieleń świetnie utrzymana, hamaki, samiec panda leży wśród tego na brzuchu na gałęzi, obie tylne łapy zwieszone leniwie po obu jej stronach, i ledwie okiem raczy ruszyć. Kiedy opiekun przychodzi z bambusem, zwierz dostojnie, powoli schodzi ze swej miejscówki tyłem, wlecze się na miejsce karmienia, siada jak człowiek na zadku, dwie nogi wyciągnięte bezwładnie przed siebie, i leniwie się pożywia gapiąc bezmyślnie przed siebie. Doprawdy, tylko telewizora mu brakuje, i już mógłby uchodzić za człowieka. Kontrast ze zwinnymi, radosnymi uchatkami jest ogromny.

Drugi pokaz jest zatytułowany „Maîtres des Airs”, czyli władcy powietrza, i reklamowany jest słowami „ptaki latają nad twoją głową”.
– No, mam nadzieję, że to reklamowa przesada, bo gorzej, jak się nie ograniczą do latania. – mruknęłam do siebie.
Otóż to nie jest przesada w najdrobniejszym stopniu, a nawet wprost przeciwnie. Orły, sokoły, puszczyki i sępowate przelatują faktycznie nad głowami widzów, praktycznie muskając je skrzydłami. Pokaz polowania w wykonaniu sokołów warto zobaczyć, zapiera dech w piersiach, a przecież sam sokół to dość niepozorny ptaszek, przynajmniej w porównaniu z takim na przykład orłem. Na zakończenie wylazi i wylatuje cała chmara wszystkiego skrzydlatego, a pokaz odbywa się zwyczajnie pod gołym niebem, nie mogłam zrozumieć, jakim cudem przynajmniej część z nich nie wybiera wolności. Wyraźnie nie wystarczy posiadać skrzydeł.

Na zakończenie zawlokłam potomka do budynku z piraniami, bo piranie. Ale okazało się, że w tymże gigantycznym akwarium są manaty, i chciałam tam już zostać na zawsze z ich powodu. Są niesamowite, jak pływają na plecach albo obracają się wokół własnej osi, te wielkie obłe cielska. Patrzenie na nie jest fascynujące, i natychmiast postanowiłam zostać manatem.

Beauval

Zoo de Beauval, reklamowane z powodu unikatowych pand wielkich, znajduje się nieco ponad dwie godziny drogi od Paryża, czyli odrobinę za daleko, żeby obrócić w jeden dzień: dwie godziny jazdy tam, cały dzień zwiedzania, i dwie godziny powrotu plus nieuchronny korek, to jednak trochę za dużo. Napatoczył się jednak kolejny długi weekend, zabrałam misia w teczkę… To znaczy dziecko spakowało misia (oraz tablet, takie czasy) do plecaka, i pojechaliśmy. Nie było już oczywiście noclegów w samym zoo, ale i dobrze, bo w zoo jest tylko zoo, a w pobliskim Blois jest arcyciekawy zamek, śliczny most nad Loarą, i muzeum magii. Ale najpierw zoo.

Poza zwykłymi animacjami typu karmienie w Beauval są dwa duże pokazy; pierwszy to uchatki kalifornijskie, czego jeszcze nigdy w świadomym życiu nie widziałam na żywo. Mgliście mi się kołacze, że kiedyś w jakimś cyrku, mam wizję uchatki z piłką na nosie, ale to mogło być równie dobrze na filmie. Uchatki w tym roku są młode, przed godziną pokazu cudnie sie bawiły w wodzie, jedna wyskakiwała z wody, druga za nią, zaczepiała ją płetwą, i dalejże się ganiać. Jak psy. Szczekają też psio. Ostatnio telewizor w pracy pokazywał film o uchatkach i wtedy z zachwytem odkryłam, jak one niezwykle sprawnie chodzą na tej tylnej płetwie. A w wodzie to już w ogóle torpedy. Patrzenie na nie jest prawdziwą przyjemnością. Pokaz był jeszcze większą. Zrobiony nie tyle cyrkowo, co na zasadzie objaśnienia różnic między fokami a uchatkami. Pokazano nam też, jak współpracują z opiekunem, żeby można było je w razie potrzeby zbadać: potrafią otworzyć pysk i dać sobie zajrzeć w zęby czy wyciągnąć płetwę do pobrania krwi. Są też całkiem bystre, umieją rozpoznać zadany im kształt z pięciu podobnych, identycznego koloru i wielkości. I to czarne lśniące eleganckie wodoodporne futerko. Ależ by się świetnie sprawdziło w deszczowe dni na rower… oh wait. Balansowanie piłką na nosie – płynąc – też oczywiście było, oraz skoki do wody, które są absolutnie… nie mam słowa – przezabawne i imponujące jednocześnie. Staram się nie antropomorfizować zwierząt, ale miałam przemożne wrażenie, że one się na tym pokazie też doskonale bawiły. Z całą pewnością sprawdzały, czy publiczność reaguje. A potem otwarto klatkę i pojawił się stary mors, ależ majestatyczne bydlę. Nie zaszczycił nas wieloma spojrzeniami, wskoczył do wody i pokazał się w pełnej krasie. Basen uchatek jest z boku przezroczysty,  więc widać dokładnie, jak pływają pod wodą, genialny pomysł. Nie potrzebowałam wiele czasu, żeby dojść do jedynie słusznego wniosku, że gdyby to uchatki wyewoluowały, a nie homo sapiens, świat byłby lepszym miejscem.

Nieopodal jest drugi podobny basen – akwarium, z przezroczystą taflą, a w nim pływają pingwiny. Przylepiłam się na amen do tej szyby i nie byłam w stanie odejść. One pływają jak ryby, jak ryby, nie do uwierzenia, że to ptaki. Nijak. Nurkują na samo dno, śmigają jak ryby, oraz gonią własne ogony. Odlot.

Ślepnąc od świateł

Nie umiem o tym napisać ani słowa. Ależ to jest! Nie mam pojęcia, skąd Żulczyk zna tak dogłębnie środowisko mafii i handlarzy narkotyków, i nie chcę go mieć, może zmyślił wszystko, ale zrobił to niezwykle przekonująco. (Nie zmyślił – od roku nie pije i nie bierze). Opowiada warszawski handlarz kokainą, inteligentny, wykształcony, młody, esteta, trochę artysta, to jest ten chwyt, który wymyślił Nabokov w „Lolicie” i podjął Burgess w „Mechanicznej pomarańczy” oraz Littell w „Łaskawych”: narratorem jest zły, ale kulturalny i inteligentny, który przekonuje nas, że jest inny niż jemu podobni, że to wszystko nie tak, a w ogóle to nie jego wina, ludzie sami sobie tak życia urządzają, a on tylko przechodzi przypadkiem. I my w to wierzymy, dogłębnie zafascynowani tym inym światem, sąsiadującym z naszym, totalnie odmiennym, rządzącym się potwornymi w swojej logice prawami. Czyta się to jak grzęźniecie w bagnie.

Poul-Fetan

Poul-Fetan to autentyczna dziewiętnastowieczna wioska bretońska, która zachowała się w dobrym stanie, została odnowiona w duchu epoki, i zamieniona w skansen, ożywiony animacjami. Wita nas przewodniczka w odpowiednim stroju, największe wrażenie robią drewniane saboty, w których dziewczyny są nawet w stanie biegać, co widzialam na własne oczy. W sumie kiedyś za młodu chadzałam w drewniakach, różnica chyba niewielka. Idziemy za nią do chaty, gdzie jest wykład o ówczesnym urządzeniu wnętrza i pożywieniu. Najbardziej mnie zaskoczyło urządzenie pod sufitem, które wzięłam za lampę, a okazało się niezwykle zmyślnym… wieszakiem na łyżki, opuszczanym przy pomocy sznurka i windowanym następnie wysoko. W tamtych czasach człowiek posiadał osobistą łyżkę, którą zabierał ją ze sobą w gości, co wiedziałam, ale nie wiedziałam, że przechowywało się je w ten sposób, aby uniknąć rozdziobania przez kury. Łyżki zresztą były dobrem tak cennym, że stanowiły tradycyjny prezent zaręczynowy narzeczonego dla swojej wybranki. Im piękniej zdobiona łyżka (w całości z drewna), tym większe było uczucie.

Wybranka niekoniecznie musiała być urodziwa, powinna natomiast była mieć piękną szafę, czyli zasobną w… nie, wcale nie w ubrania, tylko w pościel. Im więcej pościeli, tym dziewczyna bogatsza, i tym lepszą stanowiła partię. Mówiło się nawet „elle est belle dans l’armoire” czyli jest piękna z szafy (a już z twarzy niekoniecznie). Szafa zamykana była na klucz, który nosiła przy sobie pani domu, i stanowiła centralny element wyposażenia chałupy. Oprócz niego w rzędzie pod ścianą (co przyprawiło mnie o czkawkę ze śmiechu, bowiem okazało się, że to w Bretanii wynaleziono meblościankę) stały zamykane łóżka. Normalne łóżko schowane w szafie i zamykane od środka, żeby cieplej było. Mogły być nawet piętrowe.

Zostaliśmy poczęstowani tradycyjną bretońską galette, naleśnikiem z mąki gryczanej smażonym na ogniu. Obecnie serwuje sie je w całej Francji z mnóstwem dodatków, w tamtych czasach na wsi jadło się oczywiście bez niczego. Mąka gryczana, bo to zboże uprawiano powszechnie, pszenica była cenna. Nie zrozumiem nigdy, dlaczego u nas z gryki robi się kaszę (też jedzenie biedoty), a nie mąkę, a we Francji odwrotnie, i dlaczego nie wpadli tam na pomysł jedzenia kaszy. Galettes były tradycyjnym jedzeniem piątkowym, lud był bowiem oczywiście powszechnie katolicki, ryby jadło się na wybrzeżu.

Wyjaśniwszy nam to wszystko Louise pobiegła robić pranie, w specjalnie do tego przeznaczonym stawku, do którego nie byli dopuszczani mężczyźni, była to bowiem świetna okazja do plotkowania. Drobne przepierki robiło się raz w tygodniu, natomiast wielkie pranie pościeli dwa razy w roku (teraz rozumiemy, dlaczego należało być zasobną w pościel), co zajmowało trzy dni. Prześcieradła nacierane mydłem klepało się drewnianymi packami klęcząc w specjalnej skrzynce wyłożonej dla wygody sianem. Straszna robota. Louise i jej koleżanka odgrywają przy tym drobny teatrzyk plotkując straszliwie, między innymi o tym, jak jedna z nich była na weselu kuzynki na wybrzeżu i dostała do jedzenia kamyki.

Po praniu oglądaliśmy tkanie na krosnach i w końcu się dowiedziałam, jak to się robiło. Niewykluczone, że wszyscy oprócz mnie to wiedzą, ale i tak napiszę: połowę nici osnowy podnosi jedna rama, przesuwa się pod nią czółnem tkackim, po czym podnosi się drugą połowę i znowu. Obejrzeliśmy też przędzenie, farbowanie wełny i konopi, które były podstawowym surowcem odzieży w tamtych czasach. Wytworniejszą odzież się kupowało.

Poul-Fetan cz. 2

Zostaliśmy poczęstowani tradycyjną bretońską galette, naleśnikiem z mąki gryczanej smażonym na ogniu. Obecnie serwuje sie je w całej Francji z mnóstwem dodatków, w tamtych czasach na wsi jadło się oczywiście bez niczego, w wersji postnej, z mąki i wody. Mąka gryczana, bo to zboże uprawiano powszechnie, pszenica była cenna. Nie zrozumiem nigdy, dlaczego u nas z gryki robi się kaszę (też jedzenie biedoty), a nie mąkę, a we Francji odwrotnie, i dlaczego nie wpadli tam na pomysł jedzenia kaszy. Galettes były tradycyjnym jedzeniem piątkowym, lud był bowiem oczywiście powszechnie katolicki, ryby jadło się na wybrzeżu.

Wyjaśniwszy nam to wszystko Louise pobiegła robić pranie, w specjalnie do tego przeznaczonym stawku, do którego nie byli dopuszczani mężczyźni, była to bowiem świetna okazja do plotkowania. Drobne przepierki robiło się raz w tygodniu, natomiast wielkie pranie pościeli dwa razy w roku (teraz rozumiemy, dlaczego należało być zasobną w pościel), co zajmowało trzy dni. Prześcieradła nacierane mydłem klepało się drewnianymi packami klęcząc w specjalnej skrzynce wyłożonej dla wygody sianem. Straszna robota. Louise i jej koleżanka odgrywają przy tym drobny teatrzyk plotkując straszliwie, między innymi o tym, jak jedna z nich była na weselu kuzynki na wybrzeżu i dostała do jedzenia kamyki.

Po praniu oglądaliśmy tkanie na krosnach i w końcu się dowiedziałam, jak to się robiło. Niewykluczone, że wszyscy oprócz mnie to wiedzą, ale i tak napiszę: połowę nici osnowy podnosi jedna rama, przesuwa się pod nią czółnem tkackim, po czym podnosi się drugą połowę i znowu. Obejrzeliśmy też przędzenie, farbowanie wełny i konopi, które były podstawowym surowcem odzieży w tamtych czasach. Wytworniejszą odzież się kupowało.

Poul-Fetan cz. 1

Poul-Fetan to autentyczna dziewiętnastowieczna wioska bretońska, która zachowała się w dobrym stanie, została odnowiona w duchu epoki i zamieniona w skansen, ożywiony animacjami. Wita nas przewodniczka w odpowiednim stroju, największe wrażenie robią drewniane saboty, w których dziewczyny są nawet w stanie biegać, co widzialam na własne oczy. W sumie kiedyś za młodu chadzałam w drewniakach, różnica chyba niewielka. Idziemy za nią do chaty, gdzie jest wykład o ówczesnym urządzeniu wnętrza i pożywieniu. Najbardziej mnie zaskoczyło urządzenie pod sufitem, które wzięłam za lampę, a okazało się niezwykle zmyślnym… wieszakiem na łyżki, opuszczanym przy pomocy sznurka i windowanym następnie wysoko. W tamtych czasach człowiek posiadał osobistą łyżkę, którą zabierał ją ze sobą w gości, co wiedziałam, ale nie wiedziałam, że przechowywało się je w ten sposób, aby uniknąć rozdziobania przez kury. Łyżki zresztą były dobrem tak cennym, że stanowiły tradycyjny prezent zaręczynowy narzeczonego dla swojej wybranki. Im piękniej zdobiona łyżka (w całości z drewna), tym większe było uczucie.

Wybranka niekoniecznie musiała być urodziwa, powinna natomiast była mieć piękną szafę, czyli zasobną w… nie, wcale nie w ubrania, tylko w pościel. Im więcej pościeli, tym dziewczyna bogatsza, i tym lepszą stanowiła partię. Mówiło się nawet „elle est belle dans l’armoire” czyli jest piękna z szafy (a już pod czepcem niekoniecznie). Szafa zamykana była na klucz, który nosiła przy sobie pani domu, i stanowiła centralny element wyposażenia chałupy. Oprócz niego w rzędzie pod ścianą (co przyprawiło mnie o czkawkę ze śmiechu, bowiem okazało się, że to w Bretanii wynaleziono meblościankę) stały zamykane łóżka. Normalne łóżko schowane w szafie i zamykane od środka, żeby cieplej było. Mogły być nawet piętrowe.

Taxi Teheran

Złoty Niedźwiedź 2015 przyznany został filmowi nakręconemu niemal amatorsko: trzy kamery zamontowane w samochodzie, za kierownicą reżyser i aktor Jafar Panahi, jako pasażerowie jego znajomi, naturszczycy. Całość za 32 tysiące euro. Irański „Rejs”: śmieszny, gorzki, prawdziwy, niewiarygodnie interesujący. Jafar Panahi ma zakaz kręcenia filmów w Iranie, dlatego nie ma tu czołówki ani napisów końcowych, a tożsamość aktorów pozostaje utajniona. A jednak kręci, wbrew. W ogóle zaczyna się od tego, że pasażer relacjonuje, jak jego znajomemu ukradli koła i postawili auto na cegłach. Brzmi znajomo? Tu w ogóle mnóstwo rzeczy brzmi znajomo dla Polki, która jeszcze pamięta ubiegłe tysiąclecie. Nie trzeba mi też długo tłumaczyć, czym jest film „półkownik”, co Panahi jednak objaśnia zagranicznemu widzowi ustami nieletniej dziewuszki.

Kobieta z kwiatami to Nasrin Sotoudeh, adwokatka broniąca więźniów politycznych. W 2010 została skazana na 11 lat więzienia, a Panahi na 6. A jednak ten film powstał, i ze względu na okoliczności mówiłoby się o nim nawet, gdyby był kiepski, ale nie jest.