Kiksy klawiatury

Spojrzałam na „Kiksy klawiatury” i przeszłam mimo, mówiąc do siebie „aha, pośmiertnie kwity z pralni wydają, zawsze to samo”. Po czym wróciłam i kupiłam, bo Pratchetta nawet świstki z szuflady przeczytam. Otóż to nie są kwity z pralni. Przedmowę do zbioru napisał Neil Gaiman, pod koniec 2014, czyli jeszcze za życia Pratchetta, ale to mu nie przeszkodziło napisać prosto i szczerze, że traci przyjaciela. I podsumować tę niezwykłą postać w przepiękny sposób. Niewiele takich mądrych i wnikliwych tekstów zdarzyło mi się czytać. A potem są już eseje Pratchetta, mowy wygłaszane przy różnych okazjach, garść wspomnień, i są to rzeczy przepiękne.

Pratchett był w młodości fanem, spotykał na konwentach Blisha, Aldissa, Clarke’a, napisał list do Tolkiena,  przemawia przez niego nieustające zadziwienie, że jakimś cudem znalazł się na równi z nimi, prawdziwymi gigantami. Przecudowne są analizy fantastyki jako gatunku, bardzo mi bliskie, doszłam do tych samych wniosków, tylko oczywiście nie umiałabym ani w połowie tak pięknie tego wyrazić. Jest tu też tekst o Neilu Gaimanie: poznali się przy okazji pierwszego wywiadu, jakiego Pratchett udzielał po „Kolorze magii”, Gaiman był wtedy chuderlawym dziennikarzem. Utrzymywali kontakt, a pewnego dnia Gaiman wysłał Pratchettowi sześć stron opowiadania z adnotacją, że zupełnie nie wie, co dalej. Pratchett wiedział. Tak powstał „Dobry Omen”. Historia lepsza niż wszelkie wymysły, scenariusze, fantasy. Czytałam to wszystko z nieopanowanym, szerokim uśmiechem na twarzy, a w pewnej chwili poczułam, że muszę wytrzeć oczy. Uroczy zbiór, znacząco lepszy niż „Mgnienie ekranu”. Pratchett był cudownym człowiekiem, niemal onieśmielająco mądrym, gdyby nie to, że wcale nie był onieśmielający. Jest mi nieustannie smutno, że już go nie ma.

Limes inferior

W drodze do Bretanii i z powrotem wysłuchałam „Limes inferior”, które ostatnio czytałam bardzo dawno temu. Naprawdę bardzo dawno. Chyba jeszcze komórek nie było w powszechnym użytku. (Tak – już umiałam czytać, kiedy nie było jeszcze komórek, o smartfonach nikt nie słyszał ani w pijanym widzie sobie nie wyobrażał, a na pecetach instalowano Windows 3.11).

Myślałam, że upływ czasu odbije się na powieści niekorzystnie, otóż wcale nie. Odczytywałam oczywiście odpowiednio aluzje do rzeczywistości współczesnej Zajdlowi, ale i bez znajomości tamtych realiów to jest świetna książka, stawiająca niegłupie pytania filozoficzne. Klucz jest niesamowitym wynalazkiem, który nam teraz kojarzy się natychmiast ze smartfonem (tylko dlaczego nie można z niego dzwonić), a przecież Zajdel wymyślił to kompletnie od zera. Pomysł, że będzie można śledzić ludzi po tym, co i gdzie kupili, też wydaje nam się tu i teraz oczywisty, a jednak w tamtych czasach nikt jeszcze tego nie brał poważnie. Pamiętałam, że nie podobało mi się zakończenie, i nie podoba mi się nadal, jest taką typową papką „ku pokrzepieniu serc”.

Reamde

Kupiłam Kindla specjalnie po to, żeby spokojnie móc przeczytać najnowszą cegłę Stephensona pt. „Reamde”, więc już po ponad dwóch latach w końcu zabrałam się za tę lekturę. (W tym czasie słowo „najnowsza” przestało być prawdziwe, bo właśnie ukazała się „Seveneves”).

Richard zrobił straszliwe pieniądze na grze sieciowej T’Rain, ma zameczek w Kanadzie oraz ukochaną siostrzenicę Zulę. Jej chłopak sprzedaje listę nazwisk z numerami kont kredytowych facetowi, który okazuje się pośrednikiem rosyjskiej mafii. Traf chce, że troll z T’Raina szyfruje plik z numerami kart, żąda okupu, mafia się denerwuje, przylatuje prywatnym odrzutowcem, porywa Zulę z jej chłopakiem, już byłym zresztą. A potem już jazda bez trzymanki, zwiedzamy Chiny, Filipiny, wpadamy na dżihadystów, kolejni bohaterowie poboczni giną. Wciąga straszliwie, chociaż żałowałam, że to nie „Peanatema„. Ja jednak gatunek thriller mniej cenię, nawet w wersji techno, nawet w wykonaniu Stephensona, i nawet z takimi bohaterami. I jak na Stephensona to jednak jest słabo zakręcone i dość przewidywalne, ale zabawa i tak świetna.

Muzeum Magii i zamek w Blois

W Maison de la Magie na ostatnim piętrze jest halucynoskop. Zasada nadzwyczaj prosta: na nos dostajemy kawałek lustra w taki sposób umieszczony, że nie widzimy tego, co przed nami, jeno co się na suficie wyświetla, i tak idziemy przed siebie trzymając się poręczy, a przed nami kolorowe obrazy, kręcące się walce, która za chwilę nas wciągną, jakieś ogrody i kwiaty rodem ze snu, albo inne piekielne machiny. Fajne, oryginalne, choć w dobie 3D mało już zaskakujące.

Na koniec zwiedzania jest pokaz iluzji. Przyznaję, byłam pewna, że w takim miejscu w prowincjonalnym miasteczku będzie to jeden domorosły prestidigitator, który zrobi trzy sztuczki karciane, jedną ze sztucznymi kwiatami, i ewentualnie czterolatki będą się cieszyć. Otóż nie: mają tam salę widowiskową z prawdziwego zdarzenia, sporą i z fotelami w amfiteatrze. A na scenie para z pięknym spektaklem, oryginalnie łączącym poezję i złudzenie. Rzecz jest dopracowana muzycznie, ma sensowny scenariusz, i wymaga nie tylko umiejętności iluzjonistycznych, ale i aktorskich. Potem sobie uświadomiłam, że chyba wszystkie zastosowane sztuczki znam, lecz w trakcie spektaklu dałam się oczarować bez reszty. Jest tam bardzo pięknie zrobiona lewitacja. I to chyba pierwszy raz, kiedy widziałam panią zamykającą pana w tej takiej szafie, której środkową część się potem wysuwa. Na ogół jest na odwrót, ale widać i do tej dziedziny dotarło równouprawnienie. Aż żałowałam, że nie mieszkam bliżej, bo poszłabym jeszcze ze dwa razy na ten spektakl, choćby po to, aby się przekonać, kiedy właściwie jej te czerwone buciki znikają z nóg.

Poprzedniego dnia wieczorem byliśmy natomiast na pokazie „Światło i dźwięk” w zamku w Blois, który jest niezwykle interesujący, bo to cztery bryły z różnych epok połączone w jedną całość. Widać w nim jednocześnie klasycyzm, renesans, gotyk i gotyk płomienisty. Zaczął istnieć w wieku X, a rezydencją królewską uczynił go Ludwik XII. Nieco wcześniej w zamkowej kaplicy błogosławieństwo otrzymała Joanna d’Arc. Trochę później Karol Orleański, książę-poeta, zrobił tu centrum kultury i organizował konkursy poezji. W jednym udział wziął awanturnik François Villon, do dziś znany ze swoich ballad i z „ach gdzież są niegdysiejsze śniegi”. Jednym z najważniejszych wydarzeń w historii zamku było podstępne zamordowanie diuka de Guise przez Henryka III, co jest przypominane w trakcie wieczornego pokazu na fasadzie, i o czym traktuje film wyświetlany w jednej sal zamku. Jest niemy, i wygląda na stary, mruczałam do siebie, „o, jak go udatnie wystylizowali na niemy film z epoki, nawet te uszkodzenia na kliszy zasymulowali”, po czym na koniec okazało się, że powstał w 1908. Trochę mi się głupio zrobiło. Ten sam Henryk III parę lat wcześniej zwołał w zamku Blois Stany Generalne, czyli wielkie zgromadzenie przedstawicieli trzech stanów: szlachty, duchowieństwa i stanu trzeciego, czyli całej reszty pospólstwa. Odbyło się ono w przepięknej sali z roku 1214, najstarszej niesakralnej sali gotyckiej we Francji. Później w Blois mieszkał na przykład Richelieu, bywał Machiavelli, Maria Medycejska uciekła stamtąd po drabince sznurowej (jak chce legenda), a w końcu Ludwik XIV stwierdził, że mu się tam nie podoba, i od tego czasu zamek był niezamieszkany.

Jak postanowiłam zostać manatem

Zoo de Beauval, reklamowane z powodu unikatowych pand wielkich, znajduje się nieco ponad dwie godziny drogi od Paryża, czyli odrobinę za daleko, żeby obrócić w jeden dzień: dwie godziny jazdy tam, cały dzień zwiedzania, i dwie godziny powrotu plus nieuchronny korek, to jednak trochę za dużo. Napatoczył się jednak kolejny długi weekend, zabrałam misia w teczkę… To znaczy dziecko spakowało misia (oraz tablet, takie czasy) do plecaka, i pojechaliśmy. Nie było już oczywiście noclegów w samym zoo, ale i dobrze, bo w zoo jest tylko zoo, a w pobliskim Blois jest arcyciekawy zamek, śliczny most nad Loarą, i muzeum magii. Ale najpierw zoo.

Poza zwykłymi animacjami typu karmienie w Beauval są dwa duże pokazy; pierwszy to uchatki kalifornijskie, czego jeszcze nigdy w świadomym życiu nie widziałam na żywo. Mgliście mi się kołacze, że kiedyś w jakimś cyrku, mam wizję uchatki z piłką na nosie, ale to mogło być równie dobrze na filmie. Uchatki w tym roku są młode, przed godziną pokazu cudnie sie bawiły w wodzie, jedna wyskakiwała z wody, druga za nią, zaczepiała ją płetwą, i dalejże się ganiać. Jak psy. Szczekają też psio. Ostatnio telewizor w pracy pokazywał film o uchatkach i wtedy z zachwytem odkryłam, jak one niezwykle sprawnie chodzą na tej tylnej płetwie. A w wodzie to już w ogóle torpedy. Patrzenie na nie jest prawdziwą przyjemnością. Pokaz był jeszcze większą. Zrobiony nie tyle cyrkowo, co na zasadzie objaśnienia różnic między fokami a uchatkami. Pokazano nam też, jak współpracują z opiekunem, żeby można było je w razie potrzeby zbadać: potrafią otworzyć pysk i dać sobie zajrzeć w zęby czy wyciągnąć płetwę do pobrania krwi. Są też całkiem bystre, umieją rozpoznać zadany im kształt z pięciu podobnych, identycznego koloru i wielkości. I to czarne lśniące eleganckie wodoodporne futerko. Ależ by się świetnie sprawdziło w deszczowe dni na rower… oh wait. Balansowanie piłką na nosie – płynąc – też oczywiście było, oraz skoki do wody, które są absolutnie… nie mam słowa – przezabawne i imponujące jednocześnie. Staram się nie antropomorfizować zwierząt, ale miałam przemożne wrażenie, że one się na tym pokazie też doskonale bawiły. Z całą pewnością sprawdzały, czy publiczność reaguje. A potem otwarto klatkę i pojawił się stary mors, ależ majestatyczne bydlę. Nie zaszczycił nas wieloma spojrzeniami, wskoczył do wody i pokazał się w pełnej krasie. Basen uchatek jest z boku przezroczysty,  więc widać dokładnie, jak pływają pod wodą, genialny pomysł. Nie potrzebowałam wiele czasu, żeby dojść do jedynie słusznego wniosku, że gdyby to uchatki wyewoluowały, a nie homo sapiens, świat byłby lepszym miejscem.

Nieopodal jest drugi podobny basen – akwarium, z przezroczystą taflą, a w nim pływają pingwiny. Przylepiłam się na amen do tej szyby i nie byłam w stanie odejść. One pływają jak ryby, jak ryby, nie do uwierzenia, że to ptaki. Nijak. Nurkują na samo dno, śmigają jak ryby, oraz gonią własne ogony. Odlot.

W Beauval jest też masa małp różnych gatunków, przecudne papugi w niesamowitych kolorach, ferma, gdzie łażą kozy, które można karmić popcornem, co moje dziecko z wielką radością czyniło, a kozy opierały się przednimi kopytami o mnie. Są lżejsze niż duży pies i nie mają pazurów, więc w zasadzie nie była to nieprzyjemna integracja z fauną. Są kapibary, do których mam słabość, a akurat były młode, są przeraźliwie różowe flamingi na wyspie, i przede wszystkim są słynne pandy. Animatorka przez głośnik chwali się, że delegacja z Chin, która przyjechała oglądać wybieg, zanim zgodziła się na przeprowadzkę pand do Francji, była pod wielkim wrażeniem, i potrafię w to uwierzyć. Brumizatory nawilżają powietrze, sztuczny wodospad szumi przyjaźnie, zieleń świetnie utrzymana, hamaki, samiec panda leży wśród tego na brzuchu na gałęzi, obie tylne łapy zwieszone leniwie po obu jej stronach, i ledwie okiem raczy ruszyć. Kiedy opiekun przychodzi z bambusem, zwierz dostojnie, powoli schodzi ze swej miejscówki tyłem, wlecze się na miejsce karmienia, siada jak człowiek na zadku, dwie nogi wyciągnięte bezwładnie przed siebie, i leniwie się pożywia gapiąc bezmyślnie przed siebie. Doprawdy, tylko telewizora mu brakuje, i już mógłby uchodzić za człowieka. Kontrast ze zwinnymi, radosnymi uchatkami jest ogromny.

Drugi pokaz jest zatytułowany „Maîtres des Air”, czyli władcy powietrza, i reklamowany jest słowami „ptaki latają nad twoją głową”.
– No, mam nadzieję, że to reklamowa przesada, bo gorzej, jak się nie ograniczą do latania. – mruknęłam do siebie.
Otóż to nie jest przesada w najdrobniejszym stopniu, a nawet wprost przeciwnie. Orły, sokoły, puszczyki i sępowate przelatują faktycznie nad głowami widzów, praktycznie muskając je skrzydłami. Pokaz polowania w wykonaniu sokołów warto zobaczyć, zapiera dech w piersiach, a przecież sam sokół to dość niepozorny ptaszek, przynajmniej w porównaniu z takim na przykład orłem. Na zakończenie wylazi i wylatuje cała chmara wszystkiego skrzydlatego, a pokaz odbywa się zwyczajnie pod gołym niebem, nie mogłam zrozumieć, jakim cudem przynajmniej część z nich nie wybiera wolności. Wyraźnie nie wystarczy posiadać skrzydeł.

Na zakończenie zawlokłam potomka do budynku z piraniami, bo piranie. Ale okazało się, że w tymże gigantycznym akwarium są manaty, i chciałam tam już zostać na zawsze z ich powodu. Są niesamowite, jak pływają na plecach albo obracają się wokół własnej osi, te wielkie obłe cielska. Patrzenie na nie jest fascynujące, i natychmiast postanowiłam zostać manatem.

Wszystko co lśni

To bardzo ładna powieść wiktoriańska, napisana zdecydowanie współcześnie (Booker Prize 2013), z zachowaniem wszelkich reguł gatunku. Przy okazji kryminał. Rok 1866, Hokitika: mieścina poszukiwaczy złota w Nowej Zelandii. Jest trup, działki złotonośne, ponury czarny charakter, zaginione i zamienione kufry podróżne, jedna dziwka, palarnie opium, Maorys, Chińczycy, gorąca wdówka, nadpalone dokumenty, i seans spirytystyczny. Zapomniałam o czymś? A, tak: złoto, dużo złota. Oraz jeden domorosły detektyw, który ledwie przybył do Hokitika, a już wciągnięty został w wir wydarzeń. Dobra, z tym wirem to mnie mocno poniosło, akcja posuwa się bardzo ślimaczym tempem przynajmniej przez pierwszą połowę. Więcej tu gadania niż akcji, dużo więcej, plus opisy strojów i wyglądu; a jednak niepostrzeżenie w którymś momencie złapałam się na rozmyślaniu, kto w końcu zabił Wellsa.

Przypomniał mi się w trakcie lektury „Szkarłatny płatek i biały” Fabera, inna obszerna wiktoriańska powieść napisana w XXI wieku, a dziejąca się ledwie parę lat później po akcji „Wszystko co lśni”, w Londynie. Faber jest Australijczykiem, Catton Nowozelandką, może po tamtej stronie świata mają zamiłowanie do tej epoki. Poza tym obydwie powieści tłumaczył Maciej Świerkocki. W każdym razie ten, komu się podobał Faber, może chcieć czytać Catton. To nie jest lektura na współczesne czasy, nie dla miłośników szybkiej rozrywki, nie dla nas przyzwyczajonych do odpowiedzi w tej samej sekundzie, w której padło pytanie. A jednak daje dziwną satysfakcję.

Maison de la Magie

Nieodzowną częścią mojej słabości do cyrku jest fascynacja prestidigitatorami. Sztuczki udające magię są równie pierwotne, co chęć zabawienia gawiedzi, choć ich podstawowym celem było raczej wzbudzenie bojaźni w tejże i wymuszenie szacunku dla potężnych kapłanów. Wielkim sentymentem darzę Harry’ego Houdiniego, który swój pseudonim przybrał na cześć dziewiętnastowiecznego magika Jeana Eugene’a Robert-Houdina, który urodził się w Blois, i uważany jest za ojca współczesnej iluzji. To on pierwszy występował w smokingu. Był również zdolnym zegarmistrzem, okulistą oraz ambasadorem. Wysłany został do Algierii, gdzie miał zrobić odpowiednie wrażenie na miejscowych czarownikach – marabouts. Wykonawszy jedynie dwa ze swoich numerów okrzyknięty został największym magikiem świata i otrzymał wymyślny pozłacany dyplom po arabsku. Obejrzeć go można w Maison de la Magie w Blois, czyli Muzeum Magii. Z jego okien o każdej pełnej godzinie wysuwają się imponujące smocze głowy. Powinno ich być sześć i powinny ziać ogniem, ale się akurat zepsuły, więc są trzy i tylko kłapią. Najlepsza jest smocza łapa.

Zwiedzanie muzeum zaczynamy od salki poświęconej historii iluzji, następnie są złudzenia optyczne. Nic, czego by już państwo nie znali, ale spore wrażenie robi mechanizm z luster i świateł udatnie imitujący bezdenną przepaść. W pierwszym odruchu miałam atak lekkiego lęku wysokości. Spodziewałam się tu rekwizytów scenicznych: niestety nic z tego, są za to zegary konstruowane przez Robert-Houdina oraz makieta jego domu. W połowie 19 wieku miał tam elektryczny mechanizm otwierający bramę, automaty do karmienia zwierząt o określonych porach, i parę innych użytecznych wynalazków. Cudownie szalony, utalentowany wizjoner. Konstruował też automaty czysto rozrywkowe, np. lalkę chłopca huśtającego się na trapezie. Została odtworzona i pokazana na filmie, który możemy obejrzeć w muzeum. Cała spora dolna sala poświęcona jest zresztą właśnie automatom, zawyłam tam z uciechy, usadziłam dziecko w kącie i oddałam sie rozkoszy oglądania, bo to coś, co mnie zawsze fascynowało. Od najdawniejszych czasów konstruowali te zmyślne mechanizmy ku uciesze i podziwowi publiczności, wkładając w to jakąś zupełnie niewiarygodną pracę koncepcyjną i wykonanie. Jest na przykład sztuczna pianistka wygrywająca melodię na pianinie wszystkimi palcami, absolutnie zachwycający przerost formy nad treścią. Muzeum przypomina, że wiele filmów opowiada o automatach czy robotach, i wyświetla wyimki z Robocopa, Terminatora, Metropolis i oczywiście Blade Runnera.