Ślepowidzenie

Po opowiadaniu w „Krokach w nieznane” wiedziałam, że muszę Wattsa więcej. Miałam rację. To znowu jest niemal Dukajowa narracja i świat, aż niesamowite. Druga połowa XXI wieku. Po pierwsze ludzie strasznie grzebią w mózgach sobie i innym – że wszyscy mają wszczepki z bezpośrednim łączem do netu, to oczywiste, ale oprócz tego manipulują zmysłami, ulepszają się na potęgę, wielorakie osobowości hodują. Narrator z kolei ma pół mózgu wycięte od dzieciństwa, ale to mu w niczym nie przeszkadza, jest syntetykiem, objaśnia pospólstwu odkrycia naukowe, przy czym wcale nie musi ich sam rozumieć. Seksu fizycznego się nie uprawia, bo nudny, nieciekawy i ohydnie cielesny, dużo lepszy jest ten wirtualny, który można sobie dowolnie sparametryzować. Po drugie sporo ludzi przenosi się na platformę cyfrową, czyli do Nieba. Taki Matrix, tylko niekoniecznie przypominający real, a nawet wprost przeciwnie. Po trzecie ludzkość wskrzesiła wampiry. Owszem – istniały naprawdę dawno temu, i polowały na ludzi, od których muszą w takim razie być inteligentniejsze, ale jednak wymarły (no to dlaczego wymarły, skoro tak dobrze im szło z tą inteligencją?). Teraz zostały odtworzone i współpracują zamiast polować. Po czwarte na Ziemię przylatują Świetliki: masa maszyn obcego pochodzenia, które zawisają na orbicie tworząc regularną siatkę, robią zdjęcie, wysyłają dane i spalają się w atmosferze. Ludzkość oczywiście się niepokoi bardzo, bo nie wiadomo skąd były, czego chciały, po co im to, czy zagrażają mniej czy bardziej. Wysyła więc statek imieniem Tezeusz, a na nim osobowość mnogą, czyli cztery niezależne świadomości w kobiecym ciele, żołnierkę pacyfistkę, żydowskiego biologa, oraz narratora, tłumacza i syntetyka, który ma obserwować nie uczestnicząc w układzie. Wszystko to pod przywództwem wampira. To wszystko to dopiero sam początek. Dalej jest mrocznie, trochę jak „Solaris” albo „Eden”, okraszone „Obcym”. Mnóstwo techniki oraz porządnej neurobiologii.

U Dukaja i Stephensona widać, dokąd zmierzają, czemu służą ich eksperymenty myślowe, ich precyzyjnie stwarzane światy. Jest punkt wyjścia i logiczny ciąg dalszy. W przypadku Wattsa to jest jednak bardziej „fajnie by było mieć wampira w statku kosmicznym, wymyślmy jak mogło do tego dojść”. Ale to bardzo ciekawa i bardzo rzetelna powieść próbująca dociekać, czym jest właściwie świadomość, jak pracuje mózg ludzki, czy inteligencję można uzyskać w inny sposób. Ostatnie osiem procent książki zajmuje posłowie wyjaśniające szczegóły techniczne, i przyznam, że w pierwszej odruchowej wrednej reakcji mruknęłam do kindla – no tak, jak się nie ma dostatecznych umiejętności pisarskich, to trzeba dodatkowe objaśnienia pisać. Ale to absolutnie nieprawda, powieść broni się i bez tego, a rzetelność posłowia budzi szacunek. Bibliografia liczy sobie ponad 100 pozycji, większość solidnie naukowych. Oto science fiction z prawdziwego zdarzenia. Chyba pierwszy raz widzę coś takiego, choć oczywiście co najmniej Dukaj czy Stephenson wkładają równą staranność w swoją twórczość.

Wyspa Łza

To nie jest powieść, czego się spodziewałam. To jest… jednak najbardziej podróżny dziennik intymny, bardzo osobisty, bardzo szczery, bardzo odważny. Podróż na Sri Lankę tropem zaginionej Sandry Valentine jest tylko pretekstem do podróży w głąb Joanny Bator, i ja wiem, jak to zdanie stereotypowo brzmi, ale nic nie poradzę, że to właśnie prawda. Potworny egocentryzm, nieustanna walka z melancholią, skłonność do grafomańskiej przesady, którą Bator u siebie widzi i nie mogę jej za to nie lubić. O: „Właściwie do tej pory nie rozumiem do końca, jak godzę zamiłowanie do estetyki minimalizmu i chłodnego piękna z tak łatwym popadaniem w nadmiar i przesadę, uleganiem z zachwytem temu, co ekstatyczne i tropikalnie bujne, ocieraniem się ze wstydliwą przyjemnością o barokowy kicz, jak zboczeniec w japońskim metrze.” O!

A jednak bardziej mnie ta lektura męczyła niż sprawiała przyjemność. Rozumiem, co pisze, współodczuwam w dużym stopniu, widzę odwagę, doceniam inteligencję, widzę metaanalizę procesu twórczego i… i nic. Wolałabym kolejną „Piaskową Górę”, co ja na to poradzę, jestem prymitywną pochłaniaczką liter i chcę igrzysk, a nie intelektualnej wiwisekcji.

La nostalgie heureuse

Bardzo lubię Amélie Nothomb, ale regularnie zapominam o tym, że zawsze na jesieni wychodzi jej nowa powieść, i nieustannie ze zdumieniem odkrywam, że mam coś do nadrobienia. Tak w przypadku „La nostalgie heureuse” z 2013, wpisującej się w wyjątkowo przeze mnie ceniony nurt jej powieści autobiograficznych, choć mam ochotę to słowo wziąć w cudzysłów, bo sama autorka rozpoczyna opowieść od stwierdzenia, że wszystko, co kochamy, staje się fikcją. Osnowa jest jednak prawdziwa: telewizja francuska w 2012 zapragnęła nakręcić reportaż o powrocie Nothomb do korzeni, czyli Japonii. Pisarka udaje się tam wraz z całą ekipą, odnajduje swoje przedszkole, swoją starą piastunkę, czyli „japońską matkę”, i swojego niegdysiejszego ukochanego. Opisane jest to w charakterystycznym dla niej stylu, zwięzłym, precyzyjnym, zdumiewająco wnikliwym. Nikt jak Nothomb nie potrafi przeprowadzić na sobie takiej wiwisekcji, bez użalania się, bez nadmiernych emocji, rzeczowo. Zdumiewająca pisarka, niewiarygodnie płodna, wydaje książkę co roku, a twierdzi, że pisze ich rocznie cztery.

Portret nietoty

Oto spełnienie moich najskrytszych marzeń, czyli Dukaj zwięzły i trzymający się jednego tematu. Nie żebym nie lubiła tych rozbuchanych powieści bez końca, wręcz przeciwnie, ale zawsze chciałam zobaczyć, co by napisał ograniczywszy się i zdyscyplinowawszy. Właśnie to. Pomysł jest zwodniczo prosty: mamy świat identyczny z naszym, tyle że ludzie posiadają dodatkowy z naszego punktu widzenia zmysł, istotny w życiu codziennym, coś w rodzaju odbiornika feromonów, tylko bardziej. Fabuła zaś skupia się na bohaterce, która tego zmysłu nie posiada za grosz, a żeby było ciekawiej, żyła z artystą tworzącym sztukę odbieraną właśnie otuchem. Paradoks: nie możemy współczuć bohaterce, bo przecież jest dokładnie taka sama jak my, a jednak w trakcie lektury postrzegamy ją jako kalekę, nie zbliżywszy się przy tym ani na jotę do zrozumienia natury tego szóstego zmysłu. Tak samo jak głuchy od urodzenia nie pojmie, czym się zachwycają w filharmonii, czy niewidoma w żaden sposób nie będzie wiedziała, czym się różni zielony od czerwonego, choć mogą jej powiedzieć, że ładnie wygląda w czerwonej bluzce. Dukaj wygrywa to olśniewająco, jego geniusz słowotwórczy sprawdza się tutaj w stu procentach, błyskawicznie akceptujemy nowe przymiotniki i czasowniki, świat przedstawiony jest doskonale naturalny, a nawet banalny. Bohaterka otrzymuje zaproszenie od swego eksa na wernisaż, waha się czy iść; wspomina. Ale to Dukaj, więc mamy tu fragmenty ze Szekspira, jakie by napisał w tamtym świecie, w oryginale oraz tłumaczeniu Słomczyńskiego i Barańczaka, wyimki z Arystotelesa, czy streszczenie opowiadania Italo Calvino. Ja nawet nie umiem odczuwać zazdrości, potrafię jedynie przed tym uklęknąć w niemym zachwycie.

Natura zmysłowego postrzegania świata była od dawna przedmiotem rozważań filozofów. Dukaj w genialnie prosty sposób pokazuje, jak bardzo nieprzekładalna jest na język, jak wyślizguje się zrozumieniu. To jest jego kolejne podejście do Inności, minimalistyczne, raptem jeden zmysł więcej: otrzymujemy barierę nieprzekraczalną. Niepotrzebni żadni wymyślni obcy, żadne wydumane eksperymenty. A z drugiej strony… bohaterka normalnie żyje, cieszy się życiem, pracuje, gotuje, bawi się. Czy rzeczywiście traci tak wiele bez tego, co odbierają niemal wszyscy w jej otoczeniu? W tamtym świecie jest niepełna, ale jest identyczna z nami, jaki z tego wniosek dla nas? Nas – skądinąd wiedzących, że odbieramy z zasady ułomnymi zmysłami jedynie niewielki ułamek otoczenia. Świat z otuchem nie jest tak daleko, jak może się wydawać, a jednocześnie jest całkowicie nieosiągalny.

Kroki w nieznane 2014

Kocham ten zbiór. Zawiera on wszystko. WSZYSTKO, mówię. Sama radość. Perełki są co najmniej dwie, albo i trzy. Gwałtowną namiętną miłością obdarzyłam przede wszystkim „Ostatnią rafę” Garetha Powella, które jest trochę jak „Gateway” Pohla, tylko zupełnie inne, i jest w nim świadoma sztuczna inteligencja. Tak, ja wiem, że to już było, ale nie tak jak u Powella. A następny jest „Nurek” Braulio Tavaresa, Brazylijczyka, najstarsze opowiadanie w tym zbiorze (1989), które jest trochę jak stary dobry Silverberg (przypomina mi „Człowieka w labiryncie”), nastrojowe, poetyczne, zwięzłe i logiczne jednocześnie, niezwykle rzadko się zdarza taki konglomerat. Przeczytałam je trzy razy pod rząd, rozkoszując się za każdym razem. Stwierdziłam wręcz po lekturze, że dalej to już może być nawet książka telefoniczna, i tak mi się podoba ten zbiór. Ale nie ma książki telefonicznej, jest Mercurio D. Rivera, którego poprzednie opowiadanie okropnie mi się nie podobało, natomiast „Tęsknota za Langalaną” jest naprawdę przyzwoita. Faktycznie taka LeGuinowa w duchu, zetknięcie człowieka z inną rasą, z punktu widzenia tej innej rasy: natomiast absolutnie fantastycznym pomysłem jest specyficzna reakcja tych istot na homo sapiens. Rivera podobno napisał więcej tekstów dziejących się w tym świecie, i ja to wszystko chcę przeczytać natychmiast.

Horrory mamy zasadniczo trzy, ale wszystkie nietypowe, w końcu po to są kroki w nieznane, żeby nie było typowo. Miniaturka Christophera Greena jest przejmującym, niedopowiedzianym opowiadaniem niesamowitym: to, co najbardziej lubię w tym gatunku. Natomiast na kolana wykonaniem powalił mnie „Rekin, rekin” (The British Fantasy Award) Cluleya: to jest otóż horror zdekonstruowany. Pomysł konsekwentnie pociągnięty do samego końca, sama rozkosz w lekturze. Kontrapunktem dla tego opowiadania jest również w pewnym sensie zdekonstruowana klasyczna fantasy: „Pogromca smoka z Merebarton” K.J. Parker. Mamy smoka, rycerza, walkę, wszystko odwiecznie znajome, tylko opowiedziane w zupełnie inny sposób, niż się tego czytelnik spodziewa. Kolejną rzeczą z pogranicza fantasy i horroru jest „Nasza krew” Iny Goldin, która jednak też wymyka się wszelkim klasyfikacjom. Rosyjska fantastyka potrafi być niesłychanie oryginalna, nawet jeśli wykorzystuje ograne motywy. Ta uwaga dotyczy też drugiego Rosjanina w zbiorze, Toczinowa z „Krzyżem św. Jerzego”, który jest bajecznie rozegranym mrocznym thrillerem, dziejącym się w świecie, gdzie w policji służą zmodyfikowane genetycznie kajmany, aligatory i małpy.

„Pierworodny” Sandersona to z kolei klasyczna space opera, najmniej zaskakujące opowiadanie w zbiorze, trochę na mój gust przegadane. Finalna anegdota jest fajna, ale dałoby się to opowiedzieć mniejszą ilością słów (musiałam się przecież do czegoś przyczepić). Cixin Liu to Chińczyk, i choćby z tego powodu jego opowiadanie przeczytałabym z zainteresowaniem, ale samo w sobie jest niezwykle ciekawe: Ziemia zostaje przerobiona na statek kosmiczny. Tchnie uroczą melancholią, chociaż szczegóły techniczne też ma dopracowane. „Szmaciarz” Priyi Sharmy jest fantastyką ekologiczną bliskiego zasięgu, coś jak uwielbiany przeze mnie Bacigalupi. Z niejasnych przyczyn domyśliłam się błyskawicznie, gdzie tu jest haczyk, ale to mi nie przeszkodziło rozkoszować się lekturą. Ładnie pomyślane, ładnie poprowadzone, klasycznie angielskie.

Wspominałam na początku, że perełki są trzy – trzecią są „Zatwardziali kryminaliści” Lethema. W poprzednim zbiorze był „Szczęśliwy człowiek”, który mnie przemielił i wypluł. „Kryminaliści” mu niemal dorównują. Niesamowity pomysł, precyzyjne wykonanie, doskonała narracja. „Pułkownik” Wattsa jest natomiast tak Dukajowy, że bardziej się nie da. Musiałam sobie co akapit przypominać siłą, że to nie Dukaj pisał. Bardzo techniczna fantastyka. Bardzo chcę jego powieści. Drugim z gatunku hard sf jest „Głębia siwego oceanu” Sherwooda, w trakcie lektury poszłam guglać wzory z zakresu teorii względności, marudząc, że chyba jednak coś ten pan przeoczył: otóż nie, wszystko się zgadza, przeczytałam to opowiadanie trzy razy. To jest rzecz z gatunku zapoczątkowanego w 1954 „Bezdusznymi równaniami” Toma Godwina, humanizm kontra nauka, obydwa bieguny reprezentowane tu należycie.

Zbiór zamyka „Dziewięć śmierci doktora Valentine’a” Proberta: kryminał, w którym zabójca odtwarza horrory filmowe, czyli sprytne nawiązanie do Cluleya. To jest ciekawa paralela, ale przez nią porównanie jest nieuchronne, i to jest najsłabsze opowiadanie w zbiorze, dość oczywiste i przewidywalne. Uwaga: mianem najsłabszego określam świetny tekst, dopracowany, pomysłowy, do końca trzymający w napięciu. W innym zestawieniu by błyszczał. W tym – cóż, któryś musi być najgorszy.

Czy ja już pisałam, że kocham ten zbiór? Przemyślany dobór opowiadań, które są nie tylko bardzo dobre, ale wykraczają poza wszystkie ramy gatunkowe, i powodują, że chce się czytać wszystkie inne teksty tych autorów.

Samba

Bywałam swego czasu kilkakrotnie w prefekturze w dziale dla imigrantów, opowiadam do dziś chętnie i z niejakim wzruszeniem, jak to trzeba było o 5 rano stawać w kolejce. I pamiętam, jak się oburzałam, że traktują mnie tak samo jak pozostałych, chociaż ja z Unii Europejskiej przecież, no ale. Upierdliwość była to straszna, tylko że ja miałam pewność, że papier dostanę po odpękaniu odpowiedniego czasu i okazaniu odpowiednich papierków. To była tak oczywista formalność; nawet nie przychodziło mi do głowy, że nie wszyscy czekający tam ze mną mają tę pewność. Do dziś, rozmawiam o imigracji z Benińczykiem, Senegalczykiem, Tunezyjczykiem, i nie – nie przychodzi mi do głowy, że oni nie mieli pewności. I niekoniecznie mieli dokąd wracać, jak ja, szczęściara. A przecież doskonale pamiętam, jaka afera była w firmie, gdy nasz stażysta Meksykanin nie dostał karty stałego pobytu (tak, chcieliśmy, by u nas pracował, i tak, skończył tu studia – i co z tego?)

To pokazuje „Samba”. Tytułowy bohater jest Senegalczykiem bez papierów, choć mógłby i chciałby pracować. Prefektura jednak zaprasza może za rok, a co do tego czasu? Ukrywać się, radzi Charlotte Gainsbourg w roli pracownicy społecznej, ukrywać i nie dać złapać glinom. Ewentualnie fałszywe papiery… tylko że Samba chciałby jednak nie zapominać, jak ma naprawdę na imię. Wątek romantyczny naciągany bardzo, końcówka się rozjeżdża, śmiałam się parę razy.

Starość aksolotla; Kto napisał Stanisława Lema

Dość zabawne, że przeczytałam „Starość aksolotla” prawie natychmiast po „Seveneves”, bo punkt wyjścia jest podobny: tajemniczy kataklizm globalny. U Dukaja przechodzi promień śmierci: promieniowanie neutronowe o wielkiej mocy, zabijające natychmiastowo wszelkie życie organiczne. Nieorganiczne pozostaje nietknięte. Jak u Stephensona, nie wiadomo zupełnie skąd się to wzięło, ale nie to jest istotne. Mamy trochę mniej czasu na przygotowanie się do katastrofy, w Warszawie parę godzin, i zresztą jak się niby do niej przygotować. Protagonista Grześ skanuje się i przenosi osobowość do komputera, pry pomocy najnowszego, eksperymentalnego oprogramowania, to samo zdąży uczynić jeszcze parę tysięcy innych ludzi, których awatary cyfrowe następnie spróbują stworzyć cywilizację. Jaką cywilizację i czym właściwie jest człowieczeństwo, oto pytania Dukaja. Świat przedstawiony książki został poszerzony o obrazki i filmy, dostępne tutaj, ale mnie w zupełności wystarczy sama dukajowa narracja i pomysły.

Skręcało mnie z żalu, że Lem nie mógł przeczytać „Kto napisał Stanisława Lema”; doceniłby, jestem pewna. Apokryfy Lema pisane są przez poLEMów, czyli osobowości Lema modelowane komputerowo, na wzór tych doktora Corcorana. Tyle że poLEMy, kiedy się im mówi, że nie istnieją naprawdę, jedynie cyfrowo, przechodzą nad tym do porządku dziennego i wstępują natychmiast na drogę sądową. Poza tym piszą różne wersje swoich powieści, w zależności od parametrów wejściowych. Cudowna rzecz. Chcę natychmiast przeczytać Dzienniki gwiazdowe i Wielkość urojoną.