Przysługa

Jakoś nie umiem traktować książek Kate Atkinson jak zwykłych kryminałów, chyba przez niewiarygodną plastyczność postaci. Zamykam książkę i chcę koniecznie wiedzieć, co było dalej, nie wystarcza mi samo rozwiązanie zagadki, która też nie jest typowa dla kryminału. Trupy w „Przysłudze” są dwa, ale jeden się być może tylko przywidział Jacksonowi Brodie, ekspolicjantowi i byłemu prywatnemu detektywowi, obecnie żyjącemu ze spadku zostawionego mu przez klientkę. Przyjeżdża jednak za swoją dziewczyną Julią do Edynburga i nolens volens daje się wciągnąć w wir dziwnych zdarzeń. Drugim bohaterem jest absolutnie bezbarwny pisarz poczytnych powieści… kryminalnych, któremu nagle taki kryminał się przytrafia w życiu. Kolejna postać to Gloria, żona swego bardzo bogatego męża, który jednak fortunę zrobił nie całkiem uczciwie. Mamy też policjantkę, nieco zagubioną samotną matkę czternastolatka. Atkinson najwyraźniej dokładnie wie, jak jak to jest być matką nastolatka, a czytelniczce mającej to w nieuniknionej perspektywie jeżą się włosy na karku mocniej, niż przy opisach zwłok i sekcji. Rosyjska domina jest na tym tle zdumiewająco naciąganą postacią, ale przecież wiem, że w życiu zdarzają się dziwniejsze rzeczy. Wątki wszystkich bohaterów, na początku zupełnie od siebie niezależne, splatają się nieuchronnie w wielkim finale, a ja, choć już wiem kto zabił, nadal pragnę wiedzieć, co było dalej.

Everest

W 3D robi spore wrażenie ten film, kręcony rzeczywiście w bazie pod Everestem, oraz w Alpach na ponad 4 tysiącach przy -30 stopniach. Jest chyba tak blisko prawdy, jak to możliwe. Prawdy o wspinaniu w Himalajach, nie o wydarzeniach maja 1996. Przy czym jest to jednak łzawe mli mli, bez oceniania kogokolwiek. Fajna jest scena, w której dziennikarz Jon Krakauer pyta DLACZEGO, jakby odpowiedź w ogóle istniała. Scenariusz nie powstał na podstawie jego słynnej książki „Wszystko za Everest”, i sam Krakauer ocenia ten film fatalnie, ale trudno mu się dziwić, on tam był – choć oczywiście widział tylko część zdarzeń.

Escape Game

Zrealizowałam swoje pragnienie uczestniczenia na żywo w Escape Game, których się ostatnio namnożyło wszędzie, w Polsce też. Byłam w dwóch pokojach, jednym nawiązującym do „W 80 dni dookoła świata”, drugim do „Alicji w krainie czarów”. Zasada jest prosta, ekipę zamyka się w pokoju, i ma ona godzinę na znalezienie klucza. W pokoju jest mnóstwo biurek i szafek pozamykanych na kłódki z szyframi, szyfry należy odgadywać przy pomocy wskazówek, zdarzają się też rozmaite finezyjne urządzenia, którymi trzeba pomanipulować w odpowiedni sposób. Bardzo fajne, wciąga niesłychanie, może trochę za liniowe, ale inaczej by się człowiek pogubił. Jest się nieustająco obserwowanym przez kamerę i w razie problemów pomagają, żeby człowiek się nie zniechęcił. Za pierwszym razem wyszliśmy bez żadnej pomocy sześć minut przed czasem, za drugim musieli nam podać jeden kod, bo akurat się zepsuło urządzenie niezbędne do uzyskania tegoż. Emocji jest masa, dekoracje dopracowane i śliczne. Myślałam przed wejściem, że trzeba będzie się wykazywać jakąś wiedzą, ale właściwie nie: kiedy automatycznie przeliczyłam funty na kilogramy, za chwilę znaleźliśmy wskazówkę, jak to zrobić.

Jesteś bogiem

Nie znam się kompletnie na hip-hopie, a na polskim hip-hopie już w ogóle, a przecież kojarzyłam nazwę Paktofonika, jak chyba każdy. Kiedy oglądałam „Jesteś bogiem” było dla mnie szokiem odkrycie, że to trzech chłopaków z bloku za nędzny grosz, wykorzystywani przez podejrzanych impresariów. Byłam przekonana, że tak znany zespół musi mieć znacznie ładniejszą historię. I że nie kończy się samobójczym skokiem z okna, właściwie nie wiadomo dlaczego. Życie. Bardzo dobry film, świetnie zagrany.

Simona

Po książkach Samozwaniec naturalną koleją rzeczy sięgnęłam po świeżo wydaną biografię Simony Kossak, pióra Anny Kamińskiej, dziennikarki i reporterki. Simona była córką Jerzego, wnuczką Wojciecha, prawnuczką Juliusza, siostrzenicą Marii (której nigdy nie spotkała) i Magdaleny. Była też znakomitym biologiem z tytułem profesora, bezkompromisowo walczyła o ochronę środowiska, a życie spędziła w Puszczy Białowieskiej wśród zwierząt. Wyjątkowy materiał na biografię, a Kamińska stanęła na wysokości zadania. Nie jest to ckliwa laurka, choć autorka ma bardzo wiele sympatii dla swojej bohaterki, i udaje się jej tym zarazić czytelniczkę. Umie uszanować granice intymności, nie udaje też, że zna odpowiedzi na wszystkie pytania. Mam jednak wrażenie, że niemal znałam Simonę, i żywię niemal nabożny podziw dla konsekwencji, z jaką wybrała swoją nieoczywistą drogę życia. Była człowiekiem wielkiego formatu. Teraz naturalną koleją rzeczy będę musiała przeczytać jej opowiadania.

Gizela

To wspomnienie przechowane gdzieś na samym dnie mojego mózgu wróciło do mnie wczoraj wieczorem zupełnie znikąd, jak nagłe uderzenie w głowę.

Musiało być jakoś niedługo po stanie wojennym. Mój ojciec pojechał do Niemiec na jakieś spotkanie, z kontekstu wnoszę, że do RFN raczej, ale nie pamiętam tego zupełnie. Po jego powrocie przyszła paczka, nadawcą była niejaka Gizela, pewnie miała i nazwisko, ale tego kompletnie nie pamiętam w przeciwieństwie do imienia jakby wyrytego w betonie. W paczce były podstawowe artykuły żywnościowe, jakaś mąka, cukier, może mleko w proszku: zgaduję, nie pamiętam dokładnie, ale żywo pamiętam moją Matkę, dopytującą się o co chodzi, kim jest Gizela, skąd właściwie miała adres. I psioczącą, że to wszystko u nas przecież już jest, że jak już, to trzeba było wysłać buty i kurtki dla dzieci, że nie potrzebujemy jedzenia, wszystko to można kupić, co jej przyszło do głowy, tej Gizeli, co ona sobie wyobraża. Ojciec nie udzielił żadnych wyjaśnień, wyparł się znajomości z jakąkolwiek Gizelą. Zabrał do grobu tajemnicę: czy opowiadał tam o pustych półkach w stanie wojennym, i przejęta Gizela myślała, że u nas nadal tak jest. Czy pytała go, czy wysłać jedzenie, a on machinalnie przytaknął zgodnie z zasadą „jak dają to brać” i zapisał adres. Czy proponowała wysłanie czekolad dla dzieci, a kupując je pomyślała, że może trzeba coś więcej, tam do tej biednej Polski. Dlaczego w takim razie ojciec miałby się wypierać; może żeby nie tłumaczyć, czemu nie poprosił o ubrania dla dzieci (też bym nie poprosiła).

Gizela

To wspomnienie przechowane gdzieś na samym dnie mojego mózgu wróciło do mnie wczoraj wieczorem zupełnie znikąd, jak nagłe uderzenie w głowę.

Musiało być jakoś niedługo po stanie wojennym. Mój ojciec pojechał do Niemiec na jakieś spotkanie, z kontekstu wnoszę, że do RFN raczej, ale nie pamiętam tego zupełnie. Po jego powrocie przyszła paczka, nadawcą była niejaka Gizela, pewnie miała i nazwisko, ale tego kompletnie nie pamiętam w przeciwieństwie do imienia jakby wyrytego w betonie. W paczce były podstawowe artykuły żywnościowe, jakaś mąka, cukier, może mleko w proszku: zgaduję, nie pamiętam dokładnie, ale żywo pamiętam moją Matkę, dopytującą się o co chodzi, kim jest Gizela, skąd właściwie miała adres. I psioczącą, że to wszystko u nas przecież już jest, że jak już, to trzeba było wysłać buty i kurtki dla dzieci, że nie potrzebujemy jedzenia, wszystko to można kupić, co jej przyszło do głowy, tej Gizeli, co ona sobie wyobraża. Ojciec nie udzielił żadnych wyjaśnień, wyparł się znajomości z jakąkolwiek Gizelą. Zabrał do grobu tajemnicę: czy opowiadał tam o pustych półkach w stanie wojennym, i przejęta Gizela myślała, że u nas nadal tak jest. Czy pytała go, czy wysłać jedzenie, a on machinalnie przytaknął zgodnie z zasadą „jak dają to brać” i zapisał adres. Czy proponowała wysłanie czekolad dla dzieci, a kupując je pomyślała, że może trzeba coś więcej, tam do tej biednej Polski. Dlaczego w takim razie ojciec miałby się wypierać; może żeby nie tłumaczyć, czemu nie poprosił o ubrania dla dzieci (też bym nie poprosiła).