Un baiser s’il vous plaît

Prześliczny film niezwykle w moim guście (który oczywiście nie przypomina gustu większości ludzi). Narracja z offu plus ożywiona ilustracja przez aktorów grających bardzo teatralnie. Całość w duchu Szeherezady czy Dekameronu, bowiem dwoje ludzi spotyka się przypadkiem, i ona mu opowiada historię swoich znajomych, w którą on następnie szkatułkowo wplecie swoją. Aktorzy i wnętrza prawie wyłącznie w tonacji écru-beżowej, wszystko jest czyściutkie, uładzone i nadzwyczaj kulturalne, wszyscy mówią wyrazistym półgłosem: musiałam się zakochać i chcę więcej filmów Emmanuela Moureta, jeśli są podobne. (Polski tytuł „Niewinny pocałunek”)

Lumbago

Z moim ojcem kojarzę zawsze hasło „lumbago”. Kiedyś spytałam o to Mamę, wytrzeszczyła na mnie oczy, twierdziła, że nic takiego nie było, ja zaś mam żywo w pamięci, jak siedział na fotelu na desce, i to właśnie słowo. Musiał to być w takim razie jeden epizod, który dlaczegoś tak głęboko zapadł mi w pamięć. Może przez tę egzotycznie brzmiącą nazwę. 

Osobiście doświadczyłam tej bolesnej choroby pierwszy raz w zaawansowanym wieku lat dwudziestu. Nie mogło być bardzo źle, skoro dowlokłam się do lekarki w przychodni akademickiej; pamiętam, że podejrzewała nerki, ale w końcu zdecydowała, że to lumbago, a ja nieuchronnie przypomniałam sobie ojca. Drugi raz opisany jest gdzieś na tym, a raczej poprzednim, blogu, i pamiętam raczej ten opis, niż samo doświadczenie. Wycierając się rano po kąpieli podniosłam nogę, żeby postawić ją na krawędzi wanny, powiedziałam „AAAA!” i nie wyprostowałam się już. Zadzwoniłam wtedy po pogotowie, które przyjechało z jakimś zastrzykiem, potem brałam myolastan, po którym sny były nadzwyczaj kolorowe. 
Trzeci raz nastąpił w poniedziałek dwa tygodnie temu, nieco mniej spektakularnie, rano bowiem pojechałam normalnie rowerem do pracy. W pracy usiadłam, po czym okazało się, że nie mogę wstać. Jakimś cudem wróciłam tymże rowerem do domu (cud w takich przypadkach nazywa się „nie mam wyjścia”), następnego dnia zaś poszłam do lekarza. Ma on w gabinecie dwa bardzo wygodne fotele, głębokie, skórzane, z miękkimi poduchami, i niskie. Zaprosił mnie do zajęcia miejsca. 

– Nie – odparłam spokojnie, lecz stanowczo.
Po dawce leków polepszyło mi się w okolicy ubiegłego weekendu, a w ten piątek pogorszyło znowu. Czekam, aż zadziała nowa porcja leków.

Człowiek w labiryncie

Jedna z tych książek, których tytuł latami – ba, całymi dziesięcioleciami bez mała – obracałam w głowie mówiąc sobie, że kiedyś muszę do niej wrócić. Czytałam ją wielokrotnie w młodości nastoletniej, jak większość dostępnych wtedy książek Silverberga z jego złotego okresu (lat mniej więcej 70-tych), i uwielbiałam. To bezsprzecznie jeden z absolutnie najciekawszych amerykańskich pisarzy sf, który w ogóle natłukł jakąś potworną, nieogarnialną umysłem masę wszystkiego (opowiadań, fantasy, sf, obyczajówki, erotyki); ale jego dobre powieści są bardzo dobre. Tak „Człowiek w labiryncie”, o którym sobie regularnie przypominałam, aż w końcu w erze ebooków nie było żadnego powodu, by nagle wieczorem pod wpływem impulsu nie sięgnąć po nią, i nie przeczytać w dwa wieczory z tą samą fascynacją. Nie zestarzała się, wydana w 1969. 

Era swobodnych lotów kosmicznych: Richard Muller siedzi w labiryncie skonstruowanym przez nieznaną rasę rozumną na planecie, na której poza tym nie ma nic, tylko ten doskonale funkcjonujący śmiercionośny pomnik pełen niewiarygodnych pułapek. Dobra, wiem – ale Silverberg nie widział żadnego „Cube”, bo go jeszcze wtedy nie było i jeszcze długo miało nie być. Muller jakoś tam wlazł i siedzi, tymczasem należy go stamtąd wydostać, bo musi uratować ludzkość. Nieco wcześniej wysłany został na inną planetę, gdzie odkryto istoty rozumne. Żadne porozumienie nie nastąpiło (pierwszy powód, dla którego kocham Silverberga), ale obdarowany został dość kłopotliwym darem. Emanuje otóż wszystkimi swoimi uczuciami na zewnątrz, co jest niezwykle nieprzyjemne dla postronnych.Z trudem można się do niego zbliżyć na mniej niż 10 metrów, bo namacalnie odbiera się ciężką depresję, smutek i generalną ohydną zgniliznę, od czego natychmiast jest się ciężko chorym. Tu można by się lekko czepiać, bo niby dlaczego właściwie Muller, zadowolony z powrotu na Ziemię, ma emitować akurat wyłącznie takie powalające negatywizmem uczucia; ale emituje. Skoro ludzkość nie chce go przyjąć na łono, a uleczyć nie umie, leci do labiryntu i tam siedzi. Wybiera się po niego dość szczególna para, młodziutki Ned, syn przyjaciela Mullera, wraz z Charlesem Boardmanem, osiemdziesięciolatkiem (w tym świecie to zaledwie wiek średni), dyplomatą, ważną figurą rządową i szczwanym lisem. Zderzenie tych dwóch postaci to drugie, co wynosi tę książkę ponad czysto rozrywkową fantastykę. Łatwowierna młodość przeciwko cynicznemu doświadczeniu, naiwna szczerość kontra przebiegłość, i tak dalej; niby oczywiste, a podane znakomicie. Cała intryga rozegrana jest świetnie i precyzyjnie, aż do nieoczywistego zakończenia. 
Prawdę mówiąc do ponownej lektury skłoniły mnie w zasadzie „Hunger Games„, gdyż ja chcę to zobaczyć nakręcone w tym duchu. Tam jest miejsce na świetne efekty specjalne, widowiskowe strumienie krwi, ciekawy scenariusz, oraz na masę naprawdę dobrego aktorstwa, w tym dla dojrzałych aktorów. Jakby się trzymać linii Silverbergowej, to należałoby jeszcze dorzucić garść mięsistej erotyki, ale rozumiem, że Amerykanie się tego boją panicznie. Nawet bez tego bardzo proszę, chcę to zobaczyć.

Wymiary życia

Prześliczna książka, której przynależności gatunkowej nie podejmuję się nawet spróbować określić. Jest to tryptyk, którego pierwsza część poświęcona jest postaci Gasparda-Félixa Tournachona zwanego Nadarem, dziewiętnastowiecznego francuskiego fotografa, dziennikarza, karykaturzysty i miłośnika balonów. Połączył dwie ze swoich pasji i stał się pierwszym człowiekiem, który fotografował świat z lotu ptaka, czyli balonu. Wielokrotnie fotografował również Sarah Bernhardt. Pod koniec życia z oddaniem pielęgnował swoją ciężką chorą żonę Ernestine, zmarł niedługo po niej. Druga część to historia angielskiego podróżnika i oficera brytyjskiej armii Freda Burnaby’ego, który zakochał się nieszczęśliwie w Sarze Bernhardt, a potem przeleciał kanał La Manche balonem na ciepłe powietrze. 

Ostatnia część, zajmująca prawie połowę całości, to bardzo osobiste, boleśnie szczere wspomnienie i analiza uczuć, jakie nękały Barnesa po śmierci jego żony. Nie wymienia jej imienia, ale była to jego agentka literacka Pat Kavanagh, starsza od niego o sześć lat, i bardzo piękna. Zmarła na guz mózgu, 37 dni po diagnozie, w wieku 68 lat, po 30 wspólnie przeżytych latach. W ciągu tych lat, na początku małżeństwa, na jakiś czas odeszła od Barnesa i miała romans z Jeanette Winterson, młodszą od niej o prawie dwadzieścia lat, i swoją drogą też niezłą pisarką. Barnes to przemilcza, i zresztą słusznie, bo w obliczu straty nie ma to żadnego znaczenia. Pisze o swoim niekończącym się żalu, o planowaniu samobójstwa, o tym, dlaczego go nie popełnił. Wraca do Burnaby’ego w balonie i Nadara opiekującego się żoną. Pisze o moście, który wybudowano, by Eurostar mógł nim dotrzeć do nowej stacji końcowej na St. Pancras (jechałam w tym roku Eurostarem na St. Pancras), a on już nigdy z żoną nie pojedzie tym mostem do Paryża. Pisze o snach i swojej nieustającej rozmowie z nieżyjącą ukochaną. 

Byłam przygotowana na to, że to będzie trudna i przygnębiająca lektura. To ten sam Barnes, który w „Papudze Flauberta” napisał, że literatura to nie biustonosz, nie ma na celu łagodnie podnosić na duchu. Zupełnie nieoczekiwanie ostatni akapit mówi, że żal może się przenieść w inne miejsce. Że znów będziemy w ruchu. I przy pomyślnych wiatrach być może przelecimy przez La Manche.

Hunger Games

Zawahałam się widząc w programie telewizyjnym „Hunger Games”, nie planowałam specjalnie tego oglądać, ale zwyciężyła ciekawość, co też teraz podoba się młodym ludziom. Pół godziny później siedziałam przed telewizorem z niemal otwartą buzią. Co roku każdy z dwunastu ubogich dystryktów państwa Panem (Ameryka w przyszłości) musi w ofierze oddać parę młodych ludzi. Wybrańcy walczą na arenie na śmierć i życie, aż zostanie przy życiu tylko jeden. Arena jest w stolicy, czyli Kapitolu, gdzie jest wielka obfitość wszystkiego, jedzenie, bogactwo, luksus i rozrywki . Największą są oczywiście Głodowe Igrzyska, transmitowane przez telewizję w odpowiedniej oprawie. Telewidzowie mogą obstawiać kto przeżyje, oraz w tym przeżyciu pomagać, kupując jedzenie czy leki dla walczących trybutów. Nawiązania do Cesarstwa Rzymskiego są oczywiste, a gdyby ktoś się nie domyślił, niektórzy bohaterowie noszą imiona rzymskich filozofów. Całość łyka się jak indor ciepłe kluski, jak to trafnie określiła moja koleżanka, osoba oczytana i bynajmniej nie nastoletnia. 

Zadziwia mnie tutaj ta szczególna amerykańska hipokryzja. Szesnastolatka, która od dawna poluje i która na arenie walczy zabijając konkurentów, jest jednocześnie zdumiewająco naiwna w sprawach seksu. Mowa tu o paru pocałunkach, a i to bardzo oszczędnych. Czy ktoś jest w stanie uwierzyć, że para nastolatków przekonanych o swojej rychłej śmierci nie chciałaby przynajmniej raz doświadczyć jak ten seks właściwie wygląda? Ale nie, mamy tu purytanów z krwi i kości, lubujących się jedynie w rozrywaniu ciał, przebijaniu ich oszczepem i strzelaniu z łuku. Nawet de Sade byłby tym przerażony, tym bardziej, że to lektura dla młodzieży, i nikt nie widzi w tym nic dziwnego. To tylko ja jak zwykle jestem z innej planety.

Kiedy nadejdą dobre wieści?

Chciałam wiedzieć co było dalej, to wiem. Mniej więcej. Nowa książka Atkinson podejmuje losy Jacksona Brodiego dwa lata po akcji „Przysługi„, pojawia się tutaj też znowu policjantka Louise. Reszta postaci jest nowa. Jak zwykle u Atkinson mowa o dawnych tragediach, które wracają bolesnym echem w teraźniejszości. Mordercy są już dawno złapani i siedzą od lat… przynajmniej dopóki nie wyjdą z więzienia. Jak zwykle wszyscy są malowniczo pełnowymiarowi, a rozwiązanie zagadki podane jest nie wprost, trzeba sobie wyłuskać ze szczegółów wplecionych mimochodem w narrację. Bardzo to lubię. Polubiłam też energiczną i bardzo samodzielną szesnastolatkę Reggie, wokół której kręci się akcja.

Wojnę szatan spłodził

Bałam się tych wojennych zapisków końca życia Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej tak bardzo, że leżały na kindlu od wieków. Po Samozwaniec i Simonie Kossak była to jednak naturalna lektura, i okazała się nie tak straszna. Choć bardzo przejmująca. Maria z Lotkiem (Jasnorzewskim) wyjeżdża z Warszawy po wybuchu wojny, trafia do Anglii, gdzie żyje na bolesnym wygnaniu, przeważnie rozłączona z mężem, w biedzie, potwornie tęskniąc za domem rodzinnym, ojcem, Mamidłem, siostrą. Nie zobaczy ich już nigdy. Pod koniec, kiedy mogłaby żyć nadzieją na koniec wojny i powrót do kraju, jest już na to zbyt chora. Smutne i bolesne. Jej zapiski są bardzo zwięzłe – nie wiem, czy oryginalnie, czy część zaginęła, czy zostały okrojone do druku, ale przekazują całą beznadzieję i nostalgię tamtych czasów.