Człowiek w labiryncie

Jedna z tych książek, których tytuł latami – ba, całymi dziesięcioleciami bez mała – obracałam w głowie mówiąc sobie, że kiedyś muszę do niej wrócić. Czytałam ją wielokrotnie w młodości nastoletniej, jak większość dostępnych wtedy książek Silverberga z jego złotego okresu (lat mniej więcej 70-tych), i uwielbiałam. To bezsprzecznie jeden z absolutnie najciekawszych amerykańskich pisarzy sf, który w ogóle natłukł jakąś potworną, nieogarnialną umysłem masę wszystkiego (opowiadań, fantasy, sf, obyczajówki, erotyki); ale jego dobre powieści są bardzo dobre. Tak „Człowiek w labiryncie”, o którym sobie regularnie przypominałam, aż w końcu w erze ebooków nie było żadnego powodu, by nagle wieczorem pod wpływem impulsu nie sięgnąć po nią, i nie przeczytać w dwa wieczory z tą samą fascynacją. Nie zestarzała się, wydana w 1969. 

Era swobodnych lotów kosmicznych: Richard Muller siedzi w labiryncie skonstruowanym przez nieznaną rasę rozumną na planecie, na której poza tym nie ma nic, tylko ten doskonale funkcjonujący śmiercionośny pomnik pełen niewiarygodnych pułapek. Dobra, wiem – ale Silverberg nie widział żadnego „Cube”, bo go jeszcze wtedy nie było i jeszcze długo miało nie być. Muller jakoś tam wlazł i siedzi, tymczasem należy go stamtąd wydostać, bo musi uratować ludzkość. Nieco wcześniej wysłany został na inną planetę, gdzie odkryto istoty rozumne. Żadne porozumienie nie nastąpiło (pierwszy powód, dla którego kocham Silverberga), ale obdarowany został dość kłopotliwym darem. Emanuje otóż wszystkimi swoimi uczuciami na zewnątrz, co jest niezwykle nieprzyjemne dla postronnych.Z trudem można się do niego zbliżyć na mniej niż 10 metrów, bo namacalnie odbiera się ciężką depresję, smutek i generalną ohydną zgniliznę, od czego natychmiast jest się ciężko chorym. Tu można by się lekko czepiać, bo niby dlaczego właściwie Muller, zadowolony z powrotu na Ziemię, ma emitować akurat wyłącznie takie powalające negatywizmem uczucia; ale emituje. Skoro ludzkość nie chce go przyjąć na łono, a uleczyć nie umie, leci do labiryntu i tam siedzi. Wybiera się po niego dość szczególna para, młodziutki Ned, syn przyjaciela Mullera, wraz z Charlesem Boardmanem, osiemdziesięciolatkiem (w tym świecie to zaledwie wiek średni), dyplomatą, ważną figurą rządową i szczwanym lisem. Zderzenie tych dwóch postaci to drugie, co wynosi tę książkę ponad czysto rozrywkową fantastykę. Łatwowierna młodość przeciwko cynicznemu doświadczeniu, naiwna szczerość kontra przebiegłość, i tak dalej; niby oczywiste, a podane znakomicie. Cała intryga rozegrana jest świetnie i precyzyjnie, aż do nieoczywistego zakończenia. 
Prawdę mówiąc do ponownej lektury skłoniły mnie w zasadzie „Hunger Games„, gdyż ja chcę to zobaczyć nakręcone w tym duchu. Tam jest miejsce na świetne efekty specjalne, widowiskowe strumienie krwi, ciekawy scenariusz, oraz na masę naprawdę dobrego aktorstwa, w tym dla dojrzałych aktorów. Jakby się trzymać linii Silverbergowej, to należałoby jeszcze dorzucić garść mięsistej erotyki, ale rozumiem, że Amerykanie się tego boją panicznie. Nawet bez tego bardzo proszę, chcę to zobaczyć.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s