Mąż i żona

Mężczyzna i kobieta, mąż i żona, czterdziestoletni, dziesięcioletnia córka. Kiedyś była miłość, teraz jest wir rozmaitych uczuć, które relacjonuje żona. Pośpiesznie, rzadko robiąc przerwy na nabranie powietrza i postawienie kropki, gorączkowo, nieustannie spalana intensywnymi emocjami. W tle Izrael, ale to nie ma znaczenia, to jest zdumiewająco uniwersalna opowieść, to samo wydarza się codziennie na każdej szerokości geograficznej. To samo, ale nie takie samo, za każdym razem równie zaskakujące i świeże są cierpienia całej trójki. Tołstoj stwierdził, że wszystkie szczęśliwe rodziny są do siebie podobne, a każda nieszczęśliwa jest nieszczęśliwa na swój sposób. Urodzona 130 lat po nim, w zupełnie innym otoczeniu, Zeruya Shalev mówi to samo. Narratorka pracuje w ośrodku samotnej matki, z dziewczynami w niechcianej ciąży, co stanowi bolesny kontrast z jej niespełnionym pragnieniem drugiego dziecka. Mąż zapada na tajemnicze choroby, które są wyrazem jego cierpienia psychicznego. Nie umieją uratować tego małżeństwa, nie umieją chyba uratować również siebie. A może jednak się uda.

Rule 34

Ten sam świat co „Stan wstrzymania”, pięć lat później, Edynburg, ponownie spotykamy inspektor Liz Kavanaugh. Trudno to jednak nazwać ciągiem dalszym, powiązań poza Liz nie ma. Policjantka prowadzi śledztwo w sprawie tajemniczych śmierci spamerów internetowych. Samo to byłoby świetnym pomysłem, ale jest ich więcej. W szczególności osoba mordercy. Do irytującej narracji w drugiej osobie szczęśliwie przywyka się dość szybko. Tak jak w „Stanie wstrzymania” i tu każdy kolejny rozdział oglądamy oczami innego bohatera. Oprócz Liz mamy niebieskiego ptaka Anwara, który zostaje konsulem honorowym republiki Issyk-Kulistan, świeżo wydzielonej z Kirgistanu. Jak łatwo się domyślić, nic dobrego z tego nie wyniknie mimo stanowczego postanowienia Anwara, że już teraz się ustatkuje i zostanie porządnym obywatelem. Fajne jest dochodzenie widziane od środka, wspomagane przez nieustanny dostęp do CopSpace. W tle trochę interesujących rozważań na temat sztucznej inteligencji i tego, czy świadomość jest faktycznie do czegoś potrzebna. To ulubiony konik również Wattsa i od pewnego czasu przedmiot moich rozmyślań. Nic jeszcze nie wymyśliłam i nie gwarantuję, że to nastąpi.

Bardzo dobra książka, zakończenie sugeruje, że może być jakiś ciąg dalszy, nie miałabym nic przeciwko, choć Stross się wypiera. Aha, tytułowa Rule 34 głosi, że jeśli tylko możesz sobie coś wyobrazić, to na pewno jest o tym porno, i nie wymyślił jej Stross, tylko internet.

Ostatnia arystokratka

Przeurocze czeskie czytadełko, które ma jedną sporą wadę. Jest to tylko POŁOWA książki, o czym czytelnik dowiaduje się dopiero na końcu. Druga połowa wyjdzie oddzielnie w styczniu. I nie, nie jest to pierwsza część, to jest arbitralnie uicięte w połowie, i zapewne powinniśmy się cieszyć oraz dziękować wydawnictwu (czeskiemu), że przynajmniej przerwali po kropce. Mogli przecież w połowie zdania.

Narratorką jest osiemnastoletnia Maria Kostka, urodzona w Ameryce, i przenosząca się z rodzicami do Czech, gdzie mają rodowy zamek – Kostkę. Próby utrzymania posiadłości i arystokratycznej tradycji będą tematem tej naprawdę śmiesznej opowieści. Ojciec nie umie się utrzymać na koniu ani prowadzić auta z manualną skrzynią biegów, matka wyobraża sobie, że jest księżną Dianą, kasztelan Józef cierpi na ciężki przypadek lenistwa, ogrodnik jest hipochondrykiem. Do tego wszystkiego pojawiają się dwa szczeniaki dogów, bo arystokraci powinni mieć psy. Oraz rzutka Milada, która postanawia rozreklamować zamek nowymi metodami. Niestety nie mam pojęcia, co z tego wszystkiego wynika, patrz pierwszy akapit. Evžen Boček w każdym razie wie o czym pisze, od wielu lat sam jest kasztelanem zamku na Morawach. Podobno zupełnie nieprzypominającego Kostki, ale obstawiam, że tłumy turystów pojadą sprawdzić.

Stan wstrzymania

Wysoce irytująca jest tutaj drugoosobowa narracja, tym bardziej, że prowadzona wielowątkowo, z punktów widzenia trzech osób, ale wszystkie mówią do czytelnika per ty i w czasie teraźniejszym. Nie wiem po co, równie dobrze dałoby się opowiedzieć nieco bardziej klasycznie ten technothriller osadzony w bardzo bliskiej przyszłości. Ale jak już przejść do porządku dziennego nad tą manierą, czyta się świetnie. „Stan wstrzymania” był przed Stephensona „Reamde”, pomysł jest tu bardzo podobny: włamanie do banku dokonuje się w grze sieciowej, i też mamy w efekcie solidne międzynarodowe zamieszanie, choć u Strossa nie szlajamy się po całym świecie, tylko zostajemy w Szkocji. Niepodległej, z euro w roli waluty, ale to chyba tylko dla Szkotów ma znaczenie, dla fabuły niewielkie. Wszyscy noszą okulary podłączone do Internetu i wzbogające rzeczywistość, taksówki są zdalnie sterowane, samochody jeżdżą na autopilocie, jednym z bohaterów jest programista gier. Część fabuły rozgrywa się w świecie gry, czyli poniekąd w sztafażu fantasy. Lubię Strossa. Gdybym to przeczytała przed „Reamde”, byłabym zachwycona, a tak mam poczucie wtórności, choć absolutnie niezasłużone, wiem.

La tourneuse de pages

Jak tam u państwa z zemstą? Jakieś tajne plany obmyślane skrycie po nocach, czy może nawet wcielane w życie? A może po prostu wykorzystana chytrze nadarzająca się okazja? Czy raczej plany i okazje odrzucone z wyższością? Bo w to, żeby tak całkiem nie planować i nie widzieć okazji, nie wierzę; chyba wszyscy kiedyś mieli jakiś powód, zwłaszcza do rozwijania tych kunsztownych pomysłów. Zemsta musi być na miarę, dopasowana do przewinienia, wymierzona starannie. Wiadomo, najlepiej smakuje na zimno.

O zemście są, Fredrę pomijając, filmy, które bardzo lubię, lub które zrobiły na mnie wielkie wrażenie: „Dogville” von Triera, „Biały” Kieślowskiego, i oczywiście „Vabank”. Teraz zaś obejrzałam „La tourneuse de pages”, francuski film z 2006 roku. Dziesięcioletnia Mélanie staje do konkursu pianistycznego. Idzie jej dobrze, ale zasiadająca w jury sławna pianistka w czasie jej występu zajmuje się dawaniem autografu, czym rozprasza dziewczynkę, która odpada. Porzuca też karierę pianistki. Dziesięć lat później Mélanie pracuje z mężem swej dawnej jurorki i proponuje mu, że zajmie się ich dzieckiem. Wprowadza się do ich domu i zaprzyjaźnia z pianistką, która proponuje jej, żeby przewracała strony na jej koncercie. Oczywiście nie pamięta sytuacji sprzed lat.

Mélanie jest złotowłosym aniołem, doskonale wychowaną cichą i delikatną młodą dziewczyną, która oszczędnie używa mimiki. Możemy się tylko domyślać, co się stanie, co dzieje się w jej głowie. Nie dowiemy się, czy starannie obmyśla plan, czy chce skorzystać z nadarzającej się okazji. A może jednak w ostatniej chwili się cofnie. Może ten drobiazg sprzed lat nie powinien już być powodem do zemsty. Ten drobiazg, który zniszczył jej dziecięce marzenia, być może karierę, być może życie. Jak Mélanie się odwdzięczy, mając taką przewagę? Arcyciekawy film, miejscami naciągany, miejscami przejmujący w swojej subtelności.

.

Nie chciałam, żeby ta notka była prorocza. Nie wiem, jak sobie poradzić z informacją, że jeden z synów Thei, opisywanych kiedyś na blogu, nie żyje. Kuba miał szesnaście lat.
To nie powinno się zdarzać.
Najgorsza jest bezsilność i świadomość, że żaden, najprzeraźliwszy smutek w niczym nikomu nie pomoże.

Tajemnica domu Helclów

Śliczne, precyzyjne, świetnie napisane, niesłychanie klimatyczne, wciągające, przemyślane, zabawne. 1893, Kraków, pogrzeb Matejki, ślub Sienkiewicza, i morderstwa w domu Helclów, których zagadkę próbuje rozwikłać profesorowa Szczupaczyńska, krakowska matrona z pretensjami. Niezrównany klimat. Mam nadzieję, że Maryla Szymiczkowa i Szczupaczyńska powrócą.