Mag

Czytałam „Maga” pierwszy raz w wieku piętnastu lat. Niewiele wrażeń z lektur pamiętam tak wyraziście. Potem wracałam do niej wielokrotnie, ale z czasem oczywiście przestałam, były inne książki, inne pasje. Parę lat temu „Mag” mi się przypomniał, pomyślałam, że wróciłabym do niego chętnie – strach nie pozwolił. „Gdzie tam, nie będę czytać czegoś, co zachwycało mnie jako nastolatkę, przecież wiem jak to się kończy” – myślałam. „Patrz Vonnegut” zakończyłam bezlitośnie rozmyślania, porzuciłam myśl o ponownej lekturze w dojrzałym wieku. Wróciła i dobijała się natrętnie do drzwi mego umysłu. W końcu skutecznie.

„Mag”, pierwsza powieść Fowlesa, pisana w latach 50-tych i 60-tych, wydana pierwszy raz w 1966, poprawiona w 1976, dziejąca się w 1953, czytana przeze mnie w zeszłym tysiącleciu: w roku 2015 nadal wciąga. Odnajduję samą siebie nastoletnią w tej lekturze, doskonale pamiętam, na co zwracałam uwagę; dziś odbieram mnóstwo rzeczy inaczej, ale nie zmniejsza się we mnie podziw dla kunsztu pisarskiego. Ta wnikliwa, rzetelna relacja fantastycznych wydarzeń na malowniczej greckiej wyspie ma w sobie prostotę i siłę płynącą z uniwersalności tego czasu, który wszystkim nam był dany: czas dojrzewania, czas próby. Oraz z wiary Fowlesa w miłość. W każdych innych okolicznościach byłabym pierwsza do bezlitosnego wykpienia naiwności autora. W obliczu tej prozy nie mogę. Myśląc o tym prychałam do siebie ironicznie „i co, stara cyniczna baba, będziesz się teraz na takie plewy nabierać?” Otóż będę, bo Fowles tak działa. Ta książka powinna być sprzedawana jako test. Pokażcie mi kogoś, kto nie ulega jej urokowi, nieważny wiek, a pokażę wam psychopatę.

Relacja czytelnika z „Magiem” jest jak początek znajomości Nicholasa z Conchisem. Ten drugi się wdzięczy, stwarza tajemnice, wywyższa się, snuje opowieści, prowokuje, czaruje, gra: Nicholas, który doskonale zdaje sobie sprawę z tego, że jest manipulowany, daje się jednak uwieść, bo tego właśnie potrzebuje i pragnie: zagadki, olśnienia, odkrycia. „Zastanawiałem się, on znowu zaczął tkać tę swoją pajęczą sieć, a ja znów pośpieszyłem, by w niej ugrzęznąć.” „…byłem zbyt inteligentny, żeby nie połapać się w regułach gry. Na nic mi się jednak nie przydała wiedza, że od początków czasu starsi ludzie oszukiwali w ten sposób młodych. Dałem się na to łatwo nabrać, tak jak człowiek w odpowiednim momencie daje się nabrać na najstarsze chwyty literackie.” Rzecz wszak nie w tym, co naprawdę chciałby osiągnąć Conchis, lecz co Nicholas dla siebie wyniesie z tych doświadczeń. Rzecz nie w tym, co naprawdę Fowles napisał, lecz co przeczyta tu odbiorca.

Nie dostrzegłam wielu rzeczy czytając tę powieść w młodości, na przykład tego fragmentu, który jest kluczem. Jednym z kluczy. „Uważam, że należy przewidywać, iż za jakieś dwadzieścia lat nastąpi na Zachodzie okres trudnego dziś do wyobrażenia dobrobytu. (…) Wchodzimy w amoralną erę, w której wszystko będzie dozwolone, w której samozadowolenie w formie wysokich zarobków i szerokiego asortymentu towarów konsumpcyjnych stanie się udziałem, jeśli nie wszystkich, to przeważającej większości. W takiej epoce typowa osobowość jednostki musi nabrać cech autoerotyzmu, stać się, mówiąc językiem medycznym, auto-psychotyczna. Jednostka taka dzięki ogólnym warunkom ekonomicznym znajdzie się w podobnej sytuacji co przedmiot naszego eksperymentu – nie będzie bezpośrednio narażona na nękające człowieka plagi; głód, nędzę, złe warunki mieszkaniowe itd. Zachodni homo sapiens stanie się homo solitarius. ” Aktualne w 1976 tak samo, jak 40 lat później.

Sabotage amoureux

Nawet gdyby Amélie Nothomb napisała wyłącznie książki o charakterze autobiograficznym, i tak byłaby świetną pisarką. Nie jestem pewna, czy powinnam w poprzednim zdaniu używać słowa „nawet”. Ale na bok tanie złośliwości, „Sabotage amoureux” („Sabotaż miłosny”) jest kolejną cudownej urody opowieścią o dzieciństwie Amelii, tym razem części spędzonej w połowie lat 70-tych Chinach. Lecz ten szczegół geograficzny jest prawie nieistotny, oglądamy ten świat oczami siedmiolatki. Najistotniejszy jest jej koń (przez dorosłych postrzegany jako rower), nieustająca wojna toczona z niemieckimi dziećmi i pierwsze zauroczenie miłosne. Gdzieś w tle komunistyczne Chiny, w anegdocie, na przykład takiej: Chińczycy spotrzegli, że dzieci bawią się na strychu, zamknęli więc drzwi przeciwpożarowe na kłódkę – jeden z tych absurdów, który nam przypomina czasy PRL=u. Dzieciaki przepiłowały kłodkę zwykłym metalowym pilnikiem do paznokci, była to przecież chińska jakość, i zastąpiły identyczną, do której miały klucze.

Specyficzny, egzaltowany i fantasmagoryczny styl Nothomb jak żaden inny nadaje się do opisywania tego świata. Być może to właśnie zresztą jej klucz do całej jej twórczości, być może nigdy nie przestała oglądać otoczenia oczami dziecka, i z tego punktu widzenia go opisuje.

Wgrzesznicy

Coś było ze mną nie tak, kiedy czytałam „Wgrzeszników” („Synners”) Pat Cadigan. Brnęłam przez tę lekturę z wysiłkiem, chociaż to jest klasyka cyberpunku, bardzo chciałam to przeczytać, i jest tam wszystko: hakerzy, podłączenie człowieka do maszyny, wirtualne światy, sztuczne inteligencje, przedziwne pomieszanie twardej technologii z poezją. I nic. Do 70% książki, kiedy nagle w końcu mnie wciągnęło porządnie, nie mogłam się oderwać, a po skończeniu natychmiast zaczęłam czytać od początku.

Być może te trudności to kwestia czasu, jaki upłynął od napisania, mianowicie ćwierć wieku (1991). Były laptopy, nie było komórek, nie było Facebooka, nie było wifi, powieściowa infostrada jest rodem z 1990, chwilami tak bardzo czujemy się w latach osiemdziesiątych. Podłączenie bezpośrednie do komputera wymaga gniazd w czaszce i kabli, świat wirtualny nie jest sieciowy. Po Wattsie, Dukaju, Strossie, Stephensonie, którzy dają nieustanny dostęp do internetu przez okulary czy zegarki, Cadigan trąci myszką. To strasznie niesprawiedliwe, co piszę, bez niej nie byłoby ich wszystkich, to jasne; i to tylko moja wina, że ich wszystkich przeczytałam najpierw. Ale nic nie poradzę, że te ciągłe „ale jak to, KABLE” nie ułatwiało lektury. A przecież jest tam cała masa niewiarygodnie trafnych pomysłów i spostrzeżeń ubranych w cudownie plastyczny świat przedstawiony. Ci nieletni hakerzy tworzący sztuczne inteligencje, ci synnerzy – syntetyzatorzy – tworzący teledyski do muzyki, te implanty w mózgu leczące i ulepszające człowieka, infostrada i kanały porno na każdy temat, w końcu świadomość przenosząca się do komputera i wirus globalny zarażający nie tylko programy, ale i ludzi: to wszystko się nie zestarzało. Plus ci bohaterowie, wielowymiarowi, i wplątani w relacje, o jakie w tym gatunku trudno. To faktycznie jest wspaniała książka, obowiązkowa lektura dla wszystkich miłośników sf.

Wielki Gatsby

Najwyżej cenię umiar, szlachetną powściągliwość, lapidarność stylu. Na drugie mam Minimalizm. Mniej znaczy lepiej, oto moja odwieczna dewiza. A jednak, na przekór, a może właśnie dlatego, noszę w sobie uwielbienie dla szczególnego rodzaju przepychu, egzaltacji, teatralności. Przepadam za pewnym gatunkiem ludzi, którzy szybciej mówią i działają niż myślą, którzy mają wszystkie uczucia na wierzchu. Pod jednym warunkiem: musi się za tym kryć absolutna szczerość i autentyczna pasja. Nanosekunda zawahania przekreśla wszystkie starania i zsyła całość w dziedzinę nieakceptowalnego kiczu i nędznej egzaltacji. Nie znajduje się tam jednakże „Wielki Gatsby” Luhrmanna, który jest adaptacją co najmniej tak dobrą jak powieść, jeśli w ogóle nie lepszą.

Zupełnym przypadkiem zobaczyłam, że daje to France 2, wrzasnęłam z radości, i nagrałam sobie. Oraz obejrzałam nie mogąc się oderwać, chociaż już widziałam, i chociaż czekało na mnie pranie do powieszenia. To jest film przesadzony, niemal nieznośnie ubarwiony, kapiący złotem, huczący muzyką, potwornie długi – i niosący w każdej sekundzie szczere uwielbienie dla powieści. Tego nie można nie docenić. Tylko tak należało pokazać zgubną pasję Gatsby’ego i bezmyślność odrzucającej jego hołdy Daisy. Żeby zrobić te absurdalne wyścigi samochodowe, trzeba było mieć odwagę graniczącą z obłędem, i za nią właśnie kocham Luhrmanna oraz ten film.

Wielkie solo Antona L.

Nie pamiętam kto i przy jakiej okazji polecił mi dawno temu „Wielkie solo Antona L”. Polecił w każdym razie skutecznie, kupiłam tę książkę wtedy na allegro i przeczytałam faktycznie z dużą radością (nie wykluczam, że już o niej na blogu pisałam, ale nie pamiętam). To jedna z tych rzeczy, które potem przy różnych okazjach się człowiekowi przypominają. Za którymś kolejnym razem wróciłam do lektury.

Anton L. nie bardzo nadaje się na bohatera literackiego. Jest przeciętniaczkiem, urzędniczyną, hipochondrykiem, marudą, fajtłapą. Nudziarzem. Nikt by o nim nie chciał czytać. Tyle, że wyboru nie ma, jest bowiem ostatnim człowiekiem na świecie. Cała reszta znikła. Pewnej czerwcowej nocy zdematerializowali się dokładnie wszyscy, niemal bez śladu, jeśli nie liczyć ubrań. Dlaczego ostał się akurat Anton L., nie wiadomo.
Rzeczowa relacja Rosendorfera z samotniczego życia jego antybohatera wciąga niemal hipnotycznie. Czytelnik przyłapuje się na zastanawianiu, co sam by w takiej sytuacji zrobił i waha się między współczuciem a zazdrością.
Antonowi towarzystwa wcale nie brakuje, z jego wspomnień widzimy, że i otoczony przez homo sapiens z interakcji wewnątrzgatunkowej niespecjalnie korzystał. W którymś momencie zaczynamy jednak dostrzegać jak wiele niezauważanej na co dzień pracy wykonują ci pogardzani inni ludzie, i może jednak lepiej, że są.

Zakończenie (którego kompletnie nie pamiętałam z pierwszej lektury) jest dość zaskakujące, choć z pewnego punktu widzenia logiczne. Chcę inne książki Rosendorfera.

Pirx

Mimochodem powtórzyłam sobie pilota Pirxa, i jestem prawie pewna, że już o nim pisałam kiedyś na tym blogu, ale zupełnie nie pamiętam kiedy. Jak zwykle chciałam tylko zajrzeć do kawałka, a skończyło się przeczytaniem całości, i wcale mi nie przeszkadza, że znam to prawie na pamięć. Praktycznie nic się nie starzeje, mimo cyrkla i arkuszy kalki w rakiecie kosmicznej, a jak to jest znakomicie napisane. Wybaczam Lemowi nieumiejętność liczenia, nie dość, że się myli w kodzie dwójkowym, to jeszcze ten nieco irytujący, z lubością nadużywany miliparsek: ale wybaczam, jako się rzekło, bo nie o to tu chodzi. Atmosfera wciąga, te stare rakiety albo wschód słońca na powierzchni Księżyca są opisane, jakby Lem to osobiście oglądał, trudno uwierzyć, że nie. Uwielbiam tę realistyczność i namacalność, przepadam za konsekwentną poczciwością Pirxa. I nadal robią wrażenie pytania o świadomość oraz wolną wolę maszyn. Zachwycałam się ostatnio świeżym ambitnym Wattsem, Lem mu wcale nie ustępuje, oraz w przeciwieństwie do tego pierwszego ma poczucie humoru.

Nadal zaskakuje mnie natomiast całkowita w tym świecie nieobecność kobiet (czego już się czepiałam przy okazji Edenu). Lema żona była lekarką. Czy naprawdę nie widział na statku kosmicznym miejsca dla choćby lekarki, jeśli już nie nawigatorki? Czy faktycznie nie wyobrażał sobie, że do szkoły pilotów mogłyby chcieć iść dziewczyny? Czy po prostu nie umiejąc się wczuć w damską skórę bał się, że nie sprosta narracji?

Trylogia deptfordzka

Od wielu lat marzyłam o ponownym przeczytaniu trylogii deptfordzkiej kanadyjskiego pisarza Robertsona Daviesa, którą czytałam (chyba parokrotnie) za młodu i która wywarła na mnie niezapomniane wrażenie. Trochę się obawiałam powrotu do tej lektury: niesłusznie. Albo już we wczesnej młodości miałam doskonały gust literacki, albo jak był wtedy fatalny, taki pozostał. Trzymajmy się tej pierwszej wersji.

Napisana w pierwszej połowie lat siedemdziesiątych trylogia rozpoczyna się „Piątą osobą dramatu”, której narrator Dunstable Ramsay relacjonuje swoje życie, poczynając od dzieciństwa. W 1908 miał 10 lat (jest więc znacznie starszy od urodzonego w 1913 Daviesa, ale poza tym jest prawdopodobnie w dużej mierze jego alter ego). Jego przyjaciel Boy Staunton rzuca w niego kulkę śnieżną z kamieniem w środku i trafia ciężarną żonę pastora, która rodzi wcześniaka, Paula Dempstera. Losy tych trzech chłopców, a potem dorosłych mężczyzn połączą się w sadze nieoczywistej, skomplikowanej, wnikliwej, świetnie napisanej. Ramsay przez długi czas czuje się jakoś odpowiedzialny za Paula Dempstera i jego matkę, którą zaczyna uważać za świętą – ja wiem jak to brzmi, ale Davies zachowuje tu ogromną powściągliwość, jednocześnie plastycznie i precyzyjnie odmalowując portret swego narratora, inteligentnego, trochę zgorzkniałego mężczyzny, który ma tę jedną idée fixe. Poza tym jest tło: małe kanadyjskie protestanckie miasteczko w początku wieku, a potem pierwsza wojna światowa w Europie.

„Mantykora” jest opisem psychoanalizy według Junga, którą przechodzi syn Boya Stauntona, już czterdziestoletni wzięty adwokat, samotnik nadużywający alkoholu… lub być może jest to tylko maska. Ta powieść zaczyna się dość opornie, i aż trudno uwierzyć, jak bardzo ta relacja z czasem wciąga. Znakomicie i subtelnie pokazana jest przemiana głównego bohatera. To jest rzecz o bardzo trudnej relacji syna z ojcem, o popełnianych błędach i ich wpływie na nasze życie. Oglądamy też w tym tomie Dunstana Ramsaya oczami jego dawnego ucznia, co dokłada się do wielowymiarowości całego portretu. Nie trzeba być szczególnym wyznawcą Junga, żeby się zachwycić (choć opisy snów trochę nużą), a przez 40 lat ta opowieść kompletnie się nie zestarzała. Tak zapewne chciał pisać John Irving, tylko nie umie.

Trylogię zamyka „Świat czarów”, historia trzeciego protagonisty, Paula Dempstera, sławnego magika. Opowiada swoje życie Ramsayowi, przyjaciołom, oraz ekipie filmowej, wciela się bowiem w rolę Robert-Houdina (byłam w tym roku w poświęconemu mu Domu Magii w Blois). Kiedy opowiada, od książki nie można się oderwać, gorzej, kiedy niczym Szeherezada robi przerwy, bo wtedy jego otoczenie zaczyna dyskutować ze sobą, i to są najsłabsze fragmenty powieści. Cała reszta świetna; teraz widzimy to, co na początku relacjonował Ramsay, oczami Paula.