Kłamstwa Locke’a Lamory

Nie lubię fantasy. Tak, kocham Tolkiena i Star Wars, nie wspominając o Pratchetcie i Sapkowskim. Tak, Brzezińskiej „Wody głębokie jak niebo”, i oczywiście LeGuin jest jedyna w swoim rodzaju. A i tak każda myśl o fantasy budzi we mnie dreszcz niechęci na myśl o piętrowej hierarchii feudalnych zależności, skomplikowanych powiązaniach między arystokratami, z lubością podkreślanych różnicach między bogaczami a biedotą, precyzyjnych mapach świata, ozdobnych tkaninach, wymyślnych potrawach, stylizowanej mowie, szafowaniu magią, i nazwach typu Tkaczka Światła czy inny Diadem Przeznaczenia. Chyba już widać, że naprawdę nie lubię fantasy. 

„Kłamstwa Locke’a Lamory” Scotta Lyncha mają otóż to wszystko, w wielkim wyborze i obfitości, a przy okazji są niezwykle popularnym czytadłem, co sprawiło, że leżały na moim kindlu, leżały, leżały, i wcale nie chciałam ich otwierać. Aż doczekały dnia, w którym wsiąkłam. Nic na to nie poradzę: jak ktoś tak pisze, z takimi bohaterami i z takimi zwrotami akcji, ma mnie bez względu na arystokrację, aksamity, alchemię, i magów wyposażonych w sokoła skorpioniego. Plus budowle (mosty! Te mosty są żywcem wyjęte z moich snów) ze staroszkła zbudowane tysiąc lat temu przez starożytną cywilizację nieludzi, i parę innych takich drobiazgów, które tworzą niezrównaną atmosferę tego świata. Jest tu portowa Camorra przypominająca może poniekąd średniowieczną Wenecję, jest gdzieś w tle książę, don z doñą, i capa rządzący półświatkiem. Są Dni Próżniacze i święta, podczas których wyszkolone specjalistki mordują drapieżne i potrafiące skakać wilcze rekiny. Albo dają się im zamordować. Jest Tajny Pakt: złodzieje nie okradają arystokracji, a w zamian za to mogą bezkarnie zarabiać na wszystkich innych. Jest walka toporkami, nożem, parę niespecjalnie wymyślnych, za to bardzo krwawych tortur, dosadne słownictwo. I jest Locke Lamora, sierota, genialny złodziej, finezyjny oszust, który złamie Tajny Pakt. Kupił mnie bez reszty, miałam łzy w oczach w odpowiednich momentach, a pod koniec obgryzałam z przejęcia paznokcie zastanawiając się, jak tym razem wyciągnie bohatera z tych opałów, w które go wsadził. Znakomite, a jak kto umie napisać lepsze, niech napisze i da mi przeczytać. Nawet jeśli to będzie fantasy.

Drood

W czerwcu 1865 uznany powieściopisarz i społecznik Charles Dickens uczestniczył w koszmarnym wypadku kolejowym pod Staplehurst w hrabstwie Kent. Rozebrana została część torów na wiadukcie. Człowiek z czerwoną chorągiewką powinien był stać tysiąc jardów przed miejscem remontu, ale stał w odległości zaledwie 550 jardów, pociąg nie miał więc szansy się zatrzymać i się wykoleił. Większość wagonów zsunęła się z mostu. Byli zabici i ranni. Dickens, który wracał z Paryża ze swoją kochanką Ellen Ternan i jej matką, nie odniósł obrażeń i zajmował się rannymi. Strasznie jednak przeżył całą katastrofę, bardzo niechętnie podróżował pociągami, oraz umarł dokładnie w piątą rocznicę wypadku. Tego jednak nie wiemy zaczynając czytać „Drooda”, fabularyzowaną relację Dana Simmonsa z ostatnich pięciu lat życia Dickensa. Zaczyna się właśnie od tego wydarzenia. Według Simmonsa Dickens na miejscu katastrofy spotkał dziwnego człowieka nazwiskiem Drood, którego potem próbował odnaleźć. Ostatnia, nieukończona powieść Dickensa nosi faktycznie tytuł „Tajemnica Edwina Drooda”. Całość tej historii opowiadana jest przez jego przyjaciela, popularnego wówczas powieściopisarza i dramaturga Wilkiego Collinsa, który jest również opiumistą. Zaczął od zażywania laudanum na dręczącą go podagrę, a potem nałóg nim zawładnął. Co jest bardzo istotne, bo niesamowite wydarzenia, których przybywa w miarę rozwoju akcji, możemy złożyć na karb narkotycznych wizji. Czy to jednak cała prawda?
Znam Dana Simmonsa z doskonałej sf „Hyperion” (która zdobyła nagrodę Hugo, i którą notabene muszę ponownie przeczytać) i nie mogłam uwierzyć, że to ten sam pisarz, nawet jeśli dwadzieścia lat później. Z drugiej strony Simmons pozostaje w poetyce dziewiętnastowiecznej opowieści niesamowitej, z potwornymi rytuałami rodem gdzieś z Egiptu oraz fascynacją mesmeryzmem, co faktycznie wówczas było w modzie. Widzę dużo podobieństwa do parę lat wcześniejszej „Artur i George” Juliana Barnesa. W obu przypadkach bohaterami są uznani pisarze u szczytu swojej kariery, obie powieści są oparte na faktach, Conan Doyle fascynował się spirytyzmem, a Dickens hipnozą. Zastanawiam się, czy nie dlatego Simmons podkreśla, że to Collins był prekursorem powieści detektywistycznej i w pewnym momencie każe bohaterom dyskutować o postaci bohatera, prywatnego detektywa, szczupłego, nieco ekscentrycznego i nadludzko przenikliwego. Sherlock Holmes narodzi się dwadzieścia lat po opisywanych w „Droodzie” wydarzeniach.
Doskonała jest tutaj postać narratora, który jest postacią bardzo wielowymiarową i niekoniecznie sympatyczną, natomiast fantastycznie odmalowaną. Jego stosunek do Dickensa, mentora, wydawcy, przyjaciela i współpracownika zmienia się od szacunku podszytego lekką zazdrością do zimnej nienawiści i niechęci. Plastycznie opisane cierpienia fizyczne i halucynacje – lub faktyczne wydarzenia nadprzyrodzone – dodają wiarygodności całej relacji Collinsa. A przy okazji mimochodem dowiadujemy się zaskakująco dużo o twórczości i życiu obydwu pisarzy oraz epoce, w której żyli. Pod koniec dostajemy wnikliwą i przewrotną analizę dzieł Dickensa. Oraz dziewiętnastowieczny wiktoriański Londyn, opisywany piórem Amerykanina tak plastycznie, jakby tam właśnie autor spędził całe długie życie.
 
Simmons napisał świetną rzecz, genialnie łączącą fakty i wymyślone wydarzenia. Mogłabym się co prawda czepiać, że ta wyobraźnia nieszczególnie oryginalna, gdzieś już to wszystko było, ale całość naprawdę robi wrażenie. Jest to zapewne jedyna powieść biograficzna, która jest jednocześnie pełnowymiarowym horrorem, która naprawdę wciąga, i mimochodem pokazuje sporą część prawdy historycznej, zachęcając do ponownego przeczytania powieści sławnego pisarza. Nie mogę wyjść z osłupienia, że trafiłam na tę książkę kompletnym przypadkiem.

Radio Yokohama

Odkrycie, że jest książka Marcina Bruczkowskiego, której nie czytałam, spowodowała u mnie więcej obaw niż radości. Ostatnio czytany „Powrót niedoskonały” był grafomańską stratą czasu i bałam się powtórki. 

– Ej, no przecież cię nie zje, nawet jeśli to grafomania – rzekł na to głos rozsądku. Przekonało mnie również to, że „Radio Yokohama” jest parę lat wcześniejsze i napisane zostało we współpracy z Moniką Borek.”Nawet jeśli będzie złe, to może chociaż będzie złe inaczej” – z tą myślą zabrałam się za lekturę.

Nie jest źle. Jest lepiej niż w „Powrocie”. Nie jest jednak również specjalnie inaczej. 

Jest 1999, Polak Marcin Bos pracuje w tytułowym radiu Yokohama, jest realizatorem dźwięku, nagrywa dziwny japoński zespół Y2K oraz malajską gitarzystkę Amandę. Przez pomyłkę dostaje kanadyjskiego pomocnika, w ogóle większość rzeczy tutaj wydarza się przez pomyłkę lub nieporozumienie. W dodatku producenci zespołu i Amandy tajemniczo zniknęli. Wszyscy pracownicy i artyści mieszkają na miejscu, w budynku radia, który jest ogromny, złożony z czterech różnych części połączonych labiryntem korytarzy i przejść. Całą rzecz relacjonują na przemian pierwszoosobowo Martin i Amanda. Z tego streszczenia rzecz wygląda nieźle i całkiem zachęcająco; problem w tym, że znowu brakuje tu akcji. Bruczkowski ma bardzo lekkie pióro, jest kopalnią wiedzy o Japonii, najwyraźniej odrobił lekcję, jeśli chodzi o pracę radiowca, nawet postaci są interesujące i konsekwentne w swojej dziwności. Monika Borek dokłada pasję wspinaczkową, to też bardzo udane fragmenty. Autorzy nie potrafili tylko obmyślić fabuły. Tu NIC się nie dzieje. Tak, zginęli producenci, a postaci mają swoje mroczne sekrety i łączą się w pary, ale to za mało. Tu się zawahałam myśląc o książkach Connie Willis, gdzie też panuje nieustający chaos, warstwa obyczajowa jest istotniejsza od akcji, a bohaterowie robią wrażenie lekko niespełna rozumu. To musi być kwestia jakiegoś detalu, jak w przypadku kuchni. Dlaczego jedna osoba robi genialny, absolutnie wyjątkowy sernik, a inna… po prostu sernik. Jadalny przecież. Z tego samego twarogu i jajek. I nawet nie wiem, co konkretnie można tu skrytykować konstruktywnie. Zwyczajnie nie byłam ciekawa, jak to się skończy, bo nie miało co się kończyć, i nie mam na to żadnej rady.

Stulatek, który

Moi znajomi dzielą się na takich, którzy nie widzą nic dziwnego, gorszącego ani nieprzyzwoitego w tym, że wizytując ich wyciągam sobie z ich półki jakąś książkę i oddaję się lekturze, oraz na pozostałych, których odwiedzam tylko raz, i potem już kontaktu nie utrzymuję, bo i po co. Z tym problem nie ma. Pojawia się on w przypadku książek, których z różnych przyczyn postanowiłam nie czytać, po czym znalazłszy je u kogoś i zacząwszy czytać muszę już jednak skończyć we własnym domu.

Tak się stało ze „Stulatkiem, który wyskoczył przez okno i zniknął”. Słyszałam, że jest dobre do połowy, potem wyraźnie słabnie, i postanowiłam sobie darować czytanie, ale jak zaczęłam to czytać u Bajki i dowiedziałam się, co jest w walizce, którą tytułowy stulatek niechcący ukradł podejrzanemu młodzieńcowi, musiałam lekturę potem dokończyć. Nie żałuję. Rzecz jest lekko surrealistyczna, mocno dygresyjna, wyraźnie inspirowana Forrestem Gumpem, w duchu nowoczesnej literatury sowizdrzalskiej, do której mam od zawsze słabość. Poznajemy całe życie Allana, stulatka, który walczył w Hiszpanii za Franco, konstruował bombę w Los Alamos, potem w Moskwie, gdzie jadł kolację ze Stalinem, spędził paroletnie wakacje na Bali, w 1968 wylądował w Paryżu, i tak dalej. Przeplatane bieżącym rokiem jego setnych urodzin, to znaczy 2005, fabuła jest kryminalno-absurdalna. Urocze, zabawne, leciutkie jak pianka. Szkoda, że zakończenie pisane wyraźnie na kolanie, i że Forrest Gump był 30 lat temu.

Po rozstaniu

Doskonała powieść, chyba jej najlepsza, w ogóle jestem wielką wielbicielką Zeruyi Shalev. Jej styl jest szalenie charakterystyczny, rozpoznawalny po jednym zdaniu, ocierający się o egzaltację, ale przy tym szczery. Nikt z taką precyzją nie odmalowuje emocji jak ona. Bohaterka rozstaje się z mężem. Nie, nie ma specjalnego powodu, mąż nie pije, nie bije, zasadniczo całkiem przyzwoity jest, tylko ona już nie chce. Już nie może dalej żyć z nim. Bywa, tyle że akurat mają niewielkie dziecko. Rodzina i przyjaciółki natychmiast jednoznacznie potępiają pomysł
– Nie możesz tego zrobić, pomyśl o dziecku, co ci odbiło, pomyśl o dziecku!
To jest pierwsza rzecz rozważana przez Shalev. Możesz czy nie możesz, o kim masz myśleć, gdzie są granice, kto ma decydować. Ale dalej też nie jest różowo. Mąż się wyprowadza, a Ela po chwili odkrywa, że wcale nie jest szczęśliwsza, właściwie dobrze by było, gdyby wrócił. I tu jest mistrzostwo Shalev: ani przez sekundę nie pomyślałam „ty rozhisteryzowana idiotko”.  Emocje Eli są oddane tak precyzyjnie i prawdziwie, że nie możemy jej potępiać. jest autentyczna w swoim rozedrganiu i nieszczęściu, jest człowiekiem, ma uczucia.
Mąż wrócić nie chce, Ela kogoś poznaje, próbuje budować na szczątkach, i kiedy się już naprawdę przyzwyczaiłam  do bohaterów, powieść się skończyła, jak zwykle nagle. Co było dalej, wymyśl sobie czytelniczko.

Wir

W połowie książki chciałam napisać, że „Wir” jest słabszy od „Rozgwiazdy„, ale to nieprawda. Jest bardziej konwencjonalny. Pozostałe powieści Wattsa są osobne, niezwykle charakterystyczne. Tę mogłabym miejscami przypisać Strossowi (bo niby Stross jest taki konwencjonalny, aha). Wyszliśmy z oceanu, Lenie Clarke włóczy się po świecie, a ludzkość stoi na krawędzi apokalipsy. Próbuje jej zapobiegać wybierając mniejsze zła, na przykład prowokując pożary, w których giną tysiące ludzi, o faunie i florze nie wspominając. Pomaga jej w tym chemiczno-genetyczne warunkowanie: Moralniak, wszczepiane sztucznie sumienie, pomysł niesamowity i jakże przejmująco trafny. Narracja przerzuca się między licznymi bohaterami, trochę chaotycznie, ale w końcu chaos właśnie zawładnął światem. Może dlatego miałam dość długo problemy z wczuciem się w akcję, lecz po przeczytaniu połowy uświadomiłam sobie, że przestałam wiedzieć, gdzie się znajduję, przestałam oddychać, i czytam z zapartym tchem. Watts robi tu rzecz niesamowitą: przez półtorej książki kibicujemy Lenie Clarke, po czym w połowie „Wiru” odkrywamy, że jednak jesteśmy w zasadzie po stronie jej przeciwników. W ogóle bezlitośnie rozważa, czym jest sumienie oraz wywraca do góry nogami wszelkie nasze wyobrażenia i przekonania na temat moralności. To ludzie okazują się najeźdźcami, który walczą z pierwotnym mieszkańcem Ziemi (zgodnie z koncepcją, że życie na Ziemi przyszło z Marsa).

Zdecydowanie nie podobało mi się tylko samo zakończenie oraz antropomorfizacja wirusa komputerowego. Ten sam Watts, który ma świadomość za przereklamowaną, upiera się nagle przy antropocentrycznym ujęciu, doprawdy. Nie wiedział, jak to pokazać, rozumiem, też bym nie wiedziała. Poza tym to jest książka, która ukazała się w 2001, a bohaterowie noszą zegarki podłączone do sieci. Za każdym razem, jak o tym czytam, mam przed oczami moich dwóch kolegów za[o]patrzonych w zegarki z Androidem. Choćby za to przed Wattsem należy uklęknąć. Oraz cały pomysł, że zabija nas coś, co zawsze tu było, i tylko wygrzebaliśmy eskalując eksplorację: przerażająco prawdopodobny, i o wiele fajniejszy niż Stephensonowe „coś przyszło i rozwaliło Księżyc, nie wiemy co, ale o – przyszło” (jak kocham Stephensona oczywiście).
 
Ale brakowało mi oceanu, przyznaję. „Rozgwiazda” trafia prosto do jakieś pierwotnej części mózgu, i uzależnia. Mógłby jakiś prequel o ryfterach napisać, czytałabym, aż by furczało. Chociaż, niech napisze cokolwiek.