Wir

W połowie książki chciałam napisać, że „Wir” jest słabszy od „Rozgwiazdy„, ale to nieprawda. Jest bardziej konwencjonalny. Pozostałe powieści Wattsa są osobne, niezwykle charakterystyczne. Tę mogłabym miejscami przypisać Strossowi (bo niby Stross jest taki konwencjonalny, aha). Wyszliśmy z oceanu, Lenie Clarke włóczy się po świecie, a ludzkość stoi na krawędzi apokalipsy. Próbuje jej zapobiegać wybierając mniejsze zła, na przykład prowokując pożary, w których giną tysiące ludzi, o faunie i florze nie wspominając. Pomaga jej w tym chemiczno-genetyczne warunkowanie: Moralniak, wszczepiane sztucznie sumienie, pomysł niesamowity i jakże przejmująco trafny. Narracja przerzuca się między licznymi bohaterami, trochę chaotycznie, ale w końcu chaos właśnie zawładnął światem. Może dlatego miałam dość długo problemy z wczuciem się w akcję, lecz po przeczytaniu połowy uświadomiłam sobie, że przestałam wiedzieć, gdzie się znajduję, przestałam oddychać, i czytam z zapartym tchem. Watts robi tu rzecz niesamowitą: przez półtorej książki kibicujemy Lenie Clarke, po czym w połowie „Wiru” odkrywamy, że jednak jesteśmy w zasadzie po stronie jej przeciwników. W ogóle bezlitośnie rozważa, czym jest sumienie oraz wywraca do góry nogami wszelkie nasze wyobrażenia i przekonania na temat moralności. To ludzie okazują się najeźdźcami, który walczą z pierwotnym mieszkańcem Ziemi (zgodnie z koncepcją, że życie na Ziemi przyszło z Marsa).

Zdecydowanie nie podobało mi się tylko samo zakończenie oraz antropomorfizacja wirusa komputerowego. Ten sam Watts, który ma świadomość za przereklamowaną, upiera się nagle przy antropocentrycznym ujęciu, doprawdy. Nie wiedział, jak to pokazać, rozumiem, też bym nie wiedziała. Poza tym to jest książka, która ukazała się w 2001, a bohaterowie noszą zegarki podłączone do sieci. Za każdym razem, jak o tym czytam, mam przed oczami moich dwóch kolegów za[o]patrzonych w zegarki z Androidem. Choćby za to przed Wattsem należy uklęknąć. Oraz cały pomysł, że zabija nas coś, co zawsze tu było, i tylko wygrzebaliśmy eskalując eksplorację: przerażająco prawdopodobny, i o wiele fajniejszy niż Stephensonowe „coś przyszło i rozwaliło Księżyc, nie wiemy co, ale o – przyszło” (jak kocham Stephensona oczywiście).
 
Ale brakowało mi oceanu, przyznaję. „Rozgwiazda” trafia prosto do jakieś pierwotnej części mózgu, i uzależnia. Mógłby jakiś prequel o ryfterach napisać, czytałabym, aż by furczało. Chociaż, niech napisze cokolwiek.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s