Przebudzenie mocy

Twórcy siódmej części „Gwiezdnych wojen” wiedzieli doskonale, że najlepsza i najukochańsza jest oryginalna trylogia, więc zrobili najlepszą możliwą rzecz. Napisali „Nową nadzieję” na nowo. W „Przebudzeniu mocy” mamy dokładnie ten sam schemat, z Rey w roli Luke’a, Kylo Renem w roli Dartha Vadera i Hanem Solo w roli Obi-Wana, chociaż oprócz tego jest oczywiście Hanem Solo, na szczęście. Chewbacca jest sobą. Różnice są wystarczające, żeby się nie nudzić i nie narzekać na powielenie schematu, a przeciwnie, być tym zachwyconym. Uwielbiam ten film. Urzekło mnie, że Kylo Ren jest zupełnie innym złym niż Darth Vader, z innych pobudek, groźniejszych, choć na pierwszy rzut oka wygląda bardziej ludzko i niepoważnie. Doskonale trafna przeróbka. Za to nowy imperator jest kompletnie bez sensu, a jego mania wielkości natrętnie każe mi myśleć o jakimś bardzo poważnym kompleksie.

Urzekła mnie absolutnie Leia. Nie musieli jej zatrudniać ponownie, wystarczyłoby wspomnienie, że gdzieś tam po drodze zginęła bohatersko, tymczasem jest i odgrywa istotną rolę, choć to zupełnie przeciętna pani po pięćdziesiątce. Nigdy w życiu nie wyobrażałam sobie, że w takim filmie można znaleźć miejsce dla kobiety w tym wieku, wiadomo jak to jest w Hollywood, a tu proszę. Można. I nikomu nie przeszkadza. Rey też nie jest ozdobą, jaką była księżniczka w pierwszej trylogii, tylko pełnoprawnym podmiotem, i mam nadzieję, że nie powiedziała jeszcze ostatniego słowa. W ogóle mam nadzieję, że dalej będzie jeszcze lepiej i nie mogę się doczekać.

Rozgwiazda

W uroczej przedmowie Watts po raz kolejny wychwala Polaków, to bowiem w naszym kraju został dostrzeżony i nagrodzony. Udowadnia przy okazji, że ma jednak poczucie humoru, czego w jego powieściach zupełnie nie widać. Uprzedza zresztą, że „Rozgwiazda” jest mroczna, przyznali to nawet Rosjanie. Trochę się żachnęłam, że mi Rosjanami próbuje zaimponować, co to – niby ja mrocznego nie widziałam? W 25% powieści doszłam jednak do wniosku, że chyba będę musiała przejść po tej lekturze jakąś terapię. Metro 2033 może się schować, dowolny Cthulu razem z nim. Watts wsadza swoich bohaterów na dno oceanu, bagatela: 3 km głębokości, zabójcze ciśnienie, ciemność, wybuchy magmy, i przerośnięte kałamarnice czy ryby z imponującymi zębami. Ale to zaledwie milutki początek. Jego bohaterowie są cyborgami przystosowanymi do życia w takich warunkach, co nie pozostaje bez śladu na psychice. Nie żeby tę mieli oryginalnie zdrową, wprost przeciwnie. Ryfterów (ryft to rodzaj rowu tektonicznego) rekrutuje się spomiędzy przestępców najgorszego sortu, ewentualnie znękanych i wycofanych ofiar. Dlaczego, o tym będzie mowa w powieści. Tymczasem dostajemy potworne otoczenie, nie budzących najbledszej sympatii bohaterów i… to wciąga. Rozwiązania techniczne są dopracowane jak zwykle u Wattsa, a przybywający na stację psycholog (skądinąd też daleki od życzliwości i normalności) określa ryfterów mianem wampirów. Odnaleźć tu więc można te same zainteresowania co w „Ślepowidzeniu” i podobną atmosferę. Mowa znowu o inności, obcości, i świadomości. Jest tu absolutnie uroczy tchnący Lemem epizod, w którym zabójcę inteligentnego żelu się uniewinnia, żel bowiem nie odczuwa bólu ani strachu, i w zasadzie jest mu obojętne, czy żyć będzie, czy umrze.

Cudowne u Wattsa jest to, że nie mam zielonego pojęcia, w którą stronę pójdziemy. W 60-70% książki nie umiem wymyślić, co będzie za chwilę. Miałam to w „Ślepowidzeniu”, miałam i w „Rozgwieździe”. Przy czym akcja jest logiczna i konsekwentna, nie ma żadnych deus ex machina. Jest za to bibliografia naukowa, a Watts ma doktorat z biologii morskiej. Spędził dziesięć lat badając dno oceaniczne. Wie, o czym pisze. Świetna sf najwyższej jakości, stawiająca dobre, wnikliwe pytania. Ponura przeraźliwie, uprzedzam uczciwie.

Szklany dom

Wzięłam do ręki i uświadomiłam sobie, że po „Accelerando” oraz „Stanie wstrzymania” kompletnie nie wiem, czego się po tym spodziewać. Trafiłam w sedno, „Szklany dom” jest czymś pomiędzy. Świat z czasów po Akceleracji, czyli daleka przyszłość; ludzie (i inne gatunki) mieszkają w sztucznych habitatach umieszczanych na orbitach rozmaitych słońc, przechodzi się między nimi przy pomocy bramek, czyli tuneli czasoprzestrzennych. Bramka może człowieka rozebrać na atomy, zbackupować, i odbudować w innym ciele – albo i tym samym, tylko pozbawionym chorób i innych usterek. Z backupu można się oczywiście odtworzyć po śmierci, co czyni pojedynki miłą rozrywką na niedzielne popołudnie. Można też sobie usunąć znaczną część pamięci, co się przydarzyło Robinowi. Nie bardzo wie kim jest, jeszcze mniej kim był, ani dlaczego jego poprzednie ja postanowiło go pozbawić wspomnień. Tymczasem otrzymuje interesującą propozycję wzięcia udziału w symulacji tzw. wieków ciemnych, czyli sprzed Akceleracji. Po ludzku mówiąc skądinąd znanej nam epoki 1950-2040. I tu jest zasadnicza część powieści. Robin znajduje się w dość przerażającej symulacji 1950. Ludzie przestrzegają narzuconych im reguł, ponieważ zdobywa się za nie punkty, a za punkty dostanie się po wyjściu kasę. Błyskawicznie rzecz wymyka się spod kontroli, idąc za eksperymentem Zimbardo. To jest naprawdę znakomicie opisane, i te wszystkie „jak to, oni nosili takie obcasy, i takie coś na szyi, ale PO CO” których Stross nam nie szczędzi, brzmią bardzo naturalnie. Ale to nadal jest dopiero początek. Symulacja wcale nie jest takim niewinnym eksperymentem, jak została przedstawiona. Kryje się za nią dużo, dużo więcej.

Kapitalna rzecz. Miejscami są tu jakieś odległe echa Kultury Banksowej, te wspomnienia wojen w kosmosie i gigantyczne statki kosmiczne o dziwnych imionach, ale to daleka konotacja. Miałam też chwilami luźne skojarzenia ze starym dobrym Heinleinem („Luna to surowa pani”), a to nie jest komplement, który dawałabym lekką rączką. Większość akcji toczy się w symulowanym wieku XX opisywanym z punktu widzenia istoty znacznie bardziej zaawansowanej cywilizacyjnie, co mimo oczywistości jest urocze i się nie nudzi. W ogóle o nudzie tu się nie da mówić, zarwałam dwa wieczory, i musiałam się odrywać od lektury siłą z rozsądku.

Mój 2015

Styczeń przyniósł mi pierwszą w życiu operację w narkozie. Poza nią nagłą miłość do Foera oraz zamach w redakcji „Charlie Hebdo”.
Luty upłynął na zwolnieniu i pod znakiem rehabilitacji kciuka. Zakochałam się w „Piaskowej Górze”.
W marcu byłam w Londynie, gdy syn pierwszy raz wyjechał bez mamusi.
W kwietniu w Bretanii.
W maju w Blois i zoo Beuval.
W czerwcu byłam w Polsce oraz czytałam „Seveneves„.
W lipcu „Ślepowidzenie” oraz poznałam Szypra. Syn wyjechał bez mamusi kolejny raz.
W sierpniu były wakacje. Pod koniec rozwaliłam kolano.
We wrześniu miałam rozwalone kolano.
W październiku zepsuły mi się plecy, siedziałam na zwolnieniu i jadłam leki. Czytałam Strossa. Zdałam paskudny egzamin zawodowy. Syn znowu wyjechał.
W listopadzie był 13, a potem przyjechała Maria z Radkiem, co było znacznie przyjemniejsze.
W grudniu byłam w Wersalu z Ewą i Marcinem, w Polsce na Święta, i poznałam Bajkę po nie wiem ilu latach wiernej lektury jej bloga, w każdym razie kiedy zaczynałam, ani jej śniło o jakimkolwiek potomstwie, a teraz najstarszy syn ma lat 10.

Poza tym czytałam Nothomb, Barnesa, Dukaja i Zeruyę Shalev, Robertsona Daviesa i Doris Lessing.

Chciałabym, żeby 2016 nie zapisywał się negatywnie w historii, ani mej osobistej, ani ogólnoludzkiej. I tego Państwu życzę.