Republika złodziei

Między drugim a trzecim tomem Niecnych Dżentelmenów minęło 6 lat, Lynch skończył 30, i to widać w stylu „Republiki złodziei”. Dojrzał, okrzepł, umie rozgrywać relacje międzyludzkie, a nie tylko wymyślać kolejne brawurowe podstępy i opisywać barwne stroje. W tym tomie pojawia się w końcu Sabetha, i to dwutorowo. W wątku reminiscencji dowiadujemy się, jak młoda ekipa Łańcucha wyjechała z Camorry, żeby zostać aktorami teatralnymi, i oglądamy rozwijającą się miłość Locke’a i Sabethy. W teraźniejszości natomiast Locke i Jean mają pomóc therańskim więzimagom wygrać wybory. Każdy z wątków Lynch umiejętnie przerywa w takim momencie, żeby od lektury nie dało się nijak oderwać. I co za fantastyczna dyscyplina, żeby z takim samograjem, jak Sabetha, cierpliwie czekać przez dwa tomy. Godne podziwu.

Ja bym się mogła czepiać, na przykład tego, że ulubionym środkiem wyrazu Scotta Lyncha jest rzyganie, ale nie chce mi się. To jest zwyczajnie za dobrze napisane, żeby mi się chciało. Dawno takich emocji nie przeżywałam, żyjąc w świecie AD 2016 tylko pozornie, a naprawdę dociekając prawdziwych uczuć Sabethy i rozważając, czy Cierpliwość okłamała Locke’a. „The Thorn of Emberlain” ma wyjść w lipcu, to będzie bardzo długie oczekiwanie.

Na szkarłatnych morzach

W drugim tomie Scott Lynch już mnie nie kupił, a raczej zwyczajnie wziął w niewolę. Nadal nie lubię fantasy, i nadal nie ma to w tym przypadku najmniejszego znaczenia. Przywiązałam się do jego kierujących się specyficznie rozumianą moralnością bohaterów i koniecznie chcę wiedzieć co było z nimi dalej, oraz zaakceptowałam cały starannie wymyślony świat. Dodatkowym bonusem było żeglarstwo. Jak z tytułu widać, tutaj Locke i Jean uczą się życia na statku, i z jednej strony autor całkiem solidnie odrobił lekcje przekazując mnóstwo przyzwoicie opisanych szczegółów żeglarskich, a z drugiej strony… jest to świat, w którym bóg morza wymaga, aby na każdej jednostce pływającej znajdowały się koty i kobiety, te drugie są bowiem lepszymi oficerami niż mężczyźni. Koty zaś wiadomo, są kotami. To zapewne jest chwyt pod publiczkę (wcale by mnie nie zdziwiło, gdyby istniały jakieś badania pokazujące, że fantasy czytają – i kupują – kobiety lubiące koty), ale nic mnie to nie obchodzi, wygrywa. Lynch odszedł tutaj od pokazywania przeszłości Locke’a równolegle z akcją bieżącą, natomiast nadal prowadzi narrację dwutorowo: powieściowa teraźniejszość przeplatana jest epizodami, której do tej teraźniejszości doprowadziły. Możliwe, że to ten sposób narracji tak wciąga, ale podejrzewam, że nawet gdyby pisał od prawej do lewej, i tak bym to czytała zarywając noce, z durnym uśmiechem na twarzy. Dość szybko się zorientowałam, kogo w tym tomie zabije, ale to też mi zupełnie nie przeszkodziło go uwielbiać. Zdaje się, że jestem straconym przypadkiem. Aha, nie widziałam oryginału (następnym razem przeczytam to w oryginale, tak) ale tłumaczenie jest bardzo dobre, wnosząc po wulgaryzmach. Rzadko się zdarza tak dosadne słownictwo w tak odpowiedni sposób użyte.

Domagam się reformy

Dręczy mnie ostatnio pytanie, dlaczego w kalendarzu juliańskim jeden miesiąc ma tylko 28 dni. Wiem, dlaczego akurat luty – był ostatnim miesiącem roku, ale nie mogę zrozumieć, dlaczego nie zrobili siedmiu miesięcy 30-dniowych i pięciu 31, wtedy luty miałby też 30 dni, a w latach przestępnych 31. Żeby nie reformować za dużo, ustaliłabym, że styczeń i sierpień mają po 30 dni, wtedy prawie nigdy kolejne dwa miesiące nie mają 31 dni (z wyjątkiem lutego i marca w roku przestępnym). A jeszcze lepiej byłoby, gdyby wszystkie parzyste miesiące z wyjątkiem lutego miały po 31 dni, wtedy od razu jednym rzutem oka na datę widać, czy jest poprawna, zamiast każdorazowego rozmyślania, czy 31/04 istnieje czy nie. To dość drastyczna zmiana, do lipca włącznie wszystko byłoby na odwrót, ale za to jaki porządek w końcu!

Kochanica Francuza

Po „Magu” złapałam „Kochanicę Francuza” mówiąc sobie „tylko rzucę okiem ot tak, przecież dokładnie to pamiętam, i w ogóle na pewno się zestarzało”. Rzucałam okiem tak, że zarwałam dwie noce, nie mogąc się oderwać i sama się sobie dziwiąc. 46 lat upłynęło od wydania tej książki, po drodze zmieniło się wszystko, a ona jest nadal genialna. Właściwie dziwię się Eleanor Catton, że pisała w takim mozole potwornie grube „Wszystko co lśni„, wystarczyło przeczytać „Kochanicę”, zobaczyć, co można zrobić z powieścią wiktoriańską, i ukorzyć się przed mistrzem. To jest antypowieść wiktoriańska. Nie. To jest powieść wiktoriańska zdekomponowana. Fowles pokazuje, że potrafi jednocześnie opowiedzieć wciągającą historię w klimacie epoki, przekazać prawdę o tamtych czasach, puścić oko do czytelnika, przeanalizować na bieżąco swój proces twórczy, i napisać esej o literaturze. Jego wszechwiedzący narrator ujawnia się w pewnym momencie: ale to nam wcale nie przeszkadza czytać dalej, z pełną już świadomością przyjmując konwencję. Doskonale wiemy jak jesteśmy manipulowani, bo Fowles mówi to wprost – i co z tego. Zabawa jest nadal identyczna… nie, lepsza, bo wznosi się na absolutne wyżyny literackie. Jesteśmy tu na równi, czytelnik i autor, rozmawiamy ze sobą poprzez otchłań czasu i przestrzeni. Twórca otwarcie mówi, że potrzebuje odbiorcy, ten docenia zaufanie autora; nie ma chyba żadnej innej książki, w której osiągałoby się takie partnerskie porozumienie. Pamiętałam zakończenie, ale to wcale nie przeszkadzało mi chcieć je przeczytać ponownie.

Babel-17

Ukazała się w 1966, czyli ma całkiem szacowny wiek 50 lat i nie chce być inaczej. Napisana przez 23-latka, który w ciągu poprzednich pięciu lat wydał siedem powieści, nominowana do Hugo i nagrodzona Nebulą (jej kontrkandydatem była wspaniała „Luna to surowa pani” Heinleina). To już kolejny raz wracam do „Babel-17” z myślą, że co mnie znowu napadło, ten hipisowski wymysł na pewno nie nadaje się już do czytania w XXI tysiącleciu – i kolejny raz Delany mnie kupuje bez reszty.

Nie szukajcie tu logiki ani rozwiązań technicznych, autora ponosi radosna wyobraźnia. Dlaczego niby na statku kosmicznym niezbędna byłaby trójka ludzi związanych ze sobą emocjonalnie i seksualnie? Dlaczego prace ma wykonywać ekipa nieletnich dzieciaków pod nadzorem, hmm, guwernanta? Dlaczego niektórzy zmarli umierają na zawsze, a innych można ożywić? Nie mówiąc o walce wręcz toczonej na golasa w próżni na kadłubie stojących statków kosmicznych, gdyż ich pole grawitacyjne i atmosfera sięgają 7 metrów poza statek (dlaczego 7 metrów i co potem, urywa się jak nożem uciąć?) Nie wspominając o samym autorze występującym tu gościnnie pod lekko zanagramowanym nazwiskiem. I w końcu ta absurdalna bohaterka (wzorowana na ówczesnej partnerce Delany’ego): młoda, piękna, poetka znana w pięciu galaktykach oraz specjalistka od lingwistyki takiej klasy, że najwyższe władze błagają ją o pomoc. Jest bowiem wojna, Najeźdźcy posługują się przedziwnym językiem o kryptonimie Babel-17, i Rydra musi się go nauczyć.

Ale Delany puszcza wodze wyobraźni tylko do czasu. Mógłby przecież spokojnie wprowadzić na te karty barwnych obcych: otóż nie. Pięć Galaktyk zamieszkuje 7 ras, które się praktycznie ze sobą nie stykają, ich języki i kultury są bowiem tak diametralnie różne, że nie ma mowy o porozumieniu mimo dobrych chęci. A Babel-17 jest jeszcze bardziej odmienny, jest tak skondensowany znaczeniowo, że kiedy się w nim myśli, czas spowalnia. To jest powieść dla miłośników lingwistyki, z trafnymi spostrzeżeniami, oryginalnymi pomysłami, fascynującym klimatem i nieoczywistą akcją oraz zakończeniem. Z całą swoją radosną barwnością jest dokładnie taka, jak miała być, i daje czytelnikowi to niezwykłe, rzadko doświadczane wrażenie, że naprawdę dotknęliśmy innego świata.

Inna dusza

Napisałam bardzo dawno temu na tym blogu (znaczy poprzednim) po jakimś jego opowiadaniu, że o Łukaszu Orbitowskim na pewno jeszcze usłyszymy. Od tego czasu śledziłam jednym okiem co wydaje i jakie pochwały zbiera, za każdym razem mówiąc sobie, że muszę w końcu coś przeczytać, w końcu sama WIEM, że to dobry pisarz. Ale dopiero Paszport Polityki mnie ostatecznie zmobilizował do sięgnięcia po „Inną duszę”. Wciągnęło mnie od pierwszych słów. To jest znakomicie napisane, znakomicie. Zwięzły, precyzyjny styl, żadnego niepotrzebnego słowa, a doskonale oddaje życie bydgoskiego piętnastolatka, syna oczytanego modelarza alkoholika. W tej narracji jest idealna równowaga między czarną ponurością rzeczywistości, a postrzeganiem tego przez dorastające dziecko, które nie wie, że może być inaczej. Do pewnego momentu to mogłaby być zwykła książka o trudnym dojrzewaniu, tylko doskonale napisana.

Hipnotyczna atmosfera tej książki wynika z interesującego zabiegu zastosowanego przez Orbitowskiego. Narrator jest jednocześnie pierwszoosobowy i wszechwiedzący, zna te szczegóły dotyczące życia Jędrka, do których normalnie nie miałby dostępu. Chwilami widzi sam siebie jego oczami. To właściwie nieustannie dezorientuje czytelnika, i odrealnia całą relację. Jesteśmy tam wewnątrz z nimi, ale jednak nie, jednocześnie patrzymy z zewnątrz. W pewnym momencie narrator opisuje, że u Jędrka otworzyła się druga para oczu, obserwował sam siebie jakoś z góry. Potem opowie o tym momencie odwołując się do tytułowej innej duszy, która się w człowieku otwiera. Sprytna narracja Orbitowskiego pozwala nam to odczuć własnymi oczami; czytając niejako się rozdwajamy, jesteśmy jednocześnie Krzyśkiem i równolegle oglądamy Jędrka.

Jest tu jeszcze jedna świetna warstwa. Ojciec narratora nie jest alkoholikiem agresywnym. Upija się, wala w rynsztoku, albo raczej na klatce schodowej (co jest jeszcze gorsze, bo cała ulica go zna), przeprasza syna i żonę, stara poprawić, znajduje pracę, po czym znów upija. W pierwszym odruchu myślimy „ee, pół biedy, nie bije po pijaku, nieszkodliwy jest w sumie, taki tam pijak”. A potem stopniowo widzimy, jak ta choroba mimo braku fizycznej przemocy potwornie niszczy rodzinę. Jaki ma destruktywny wpływ na dorastającego syna. Jakie myśli w nim budzi. Chyba łatwiej bym zniosła opisy bicia, niż te nawracające próby sprzątania całego mieszkania, świętowania, bo ojciec ma pracę i od dziś będzie już zupełnie inaczej: a potem znów trzeba go szukać po spelunkach, gdzie krzyczą, że jego noga już nigdy tu nie postanie. To wszystko widziane oczami czternastolatka, opisane tym przejrzystym, minimalistycznym stylem Orbitowskiego. Nie wiem, czy znam inny tak dotkliwie bolesny opis alkoholizmu, a czytałam Pilcha i nie tylko.

Oszałamiająco dobra książka, której głównym tematem wcale nie jest psychopatyczny morderca i wgląd w jego psychikę, choć ta część jest świetnie napisana. Orientujemy się, co Orbitowski tak naprawdę zrobił, dopiero pod koniec, kiedy łapiemy się na myślach „czy nie byłoby lepiej, gdyby”, odrzucamy je z przerażeniem, a one wracają.

3 x Marian Keyes

Najjaśniejsza gwiazda na niebie to chyba pierwsza Keyes, którą byłam nieco rozczarowana. Mamy tu licznych niepowiązanych ze sobą bohaterów. Czterdziestoletnia Katie jest w dziwnym związku niezwiązku z bardzo bogatym Conallem. Taksówkarka Lydia mieszka z dwoma Polakami z Gdańska, nie lubią się wzajemnie. Młode małżeństwo Matt i Maeve prowadzi spokojne życie, podszyte jednak jakimś tajemniczym niepokojem. Osiemdziesięcioletnia Jemima przyjmuje u siebie swojego niezwykle przystojnego przyszywanego syna, ogrodnika. Ale w czasie bieżącym wydarza się niewiele, oglądamy głównie tylko przeszłość wszystkich bohaterów. Wydarzenia bieżące sa relacjonowane z perspektywy jakiejś niewidzialnej, ewidentnie nadprzyrodzonej istoty. Pod koniec dowiemy się, jakiego trupa w szafie mają Matt i Maeve, czego zresztą nie jest trudno się domyślić wcześniej.

Znacznie bardziej podobała mi się „Trzecia strona medalu”, gdzie Keyes wprowadza nową narratorkę w rozdziale 14 (czternastym) i naprawdę trzeba być nią, żeby to uszło na sucho. Narratorki w ogóle są trzy: Gemma, której niemal sześćdziesięcioletni ojciec właśnie porzucił matkę dla swojej sekretarki; potem poznajemy Jojo, agentkę literacką, która doprowadziła do wydania debiutanckiej powieści Lily, trzeciej protagonistki, byłej przyjaciółki Gemmy i żony jej byłego chłopaka. Jojo ma romans ze swoim żonatym szefem. Tematem powieści jest „ta trzecia”, z różnych punktów widzenia. Nietypowo dla Keyes, nie ma tu żadnych trupów w szafie, wszystko jest jasne od początku. Typowo dla Keyes, świetnie oddana jest depresja matki Gemmy. Drugi mocny punkt to świat agentów literackich i wydawnictw, który Keyes niewątpliwie zna, i nieźle tu sobie używa, a przy okazji dostarcza sporo rzetelnych informacji na temat produkcji bestsellerów. Porusza też problem pomijania kobiet przy awansie na wysokie stanowisko, i dokładnie pokazuje niebezpieczeństwa płynące z romansowania z szefem.

W „Sushi dla początkujących” urzekło mnie, jak w ujęciu Keyes Dublin jest wiochą zabita dechami, gdzie niczego nie ma. A przynajmniej w oczach bohaterki, eleganckiej Lisy, która z Londynu trafia właśnie do Dublina (choć nadzieję miała na Nowy Jork) i ma otworzyć nową gazetę dla kobiet, nie mając jednak na to tych środków, do jakich wydawania była przyzwyczajona w Londynie. Autorka dzieli się z nami mnóstwem złośliwych obserwacji na femat wymogów codzienności wobec kobiecej urody, niektóre fragmenty są bardzo zabawne. Poza tym to kolejne ciepłe czytadło o stosunkach męsko-damskich, na nieco inny poziom przeniesione dzięki wnikliwej opowieści o tym, jak na depresję cierpiała matka drugiej bohaterki. U Keyes jest zwyczajnie za dużo prawdy, z jej własnych ciężkich doświadczeń, żeby dało się koło tego przejść obojętnie.  A z drugiej strony, gdyby te książki były mniej błahe, to chyba nie nadawałyby się do czytania, lub powodowały fale masowych samobójstw. Odnotowałam tu z dużym zainteresowaniem epizodycznie pojawiającą się postać Jaspera Ffrencha, ale najwyraźniej to przypadkowy zbieg okoliczności, „Sushi” jest bowiem z roku 2000, a Jasper Fforde debiutował w 2001. Chyba, że Keyes znała go wcześniej ze świata filmu, nie udało mi się niczego na ten temat ustalić.

Przedtem Keyes czytałam ponad rok temu.