Zabić ojca

Nadrabiając w zeszłym roku twórczość Nothomb jakoś przeoczyłam „Zabić ojca” z 2011 roku, które ostatnio wpadło mi w ręce w bibliotece. To kolejna współczesna bajka z papierowymi postaciami, która rozważa relację ojca i syna, od nietypowej strony. Utalentowany prestidigitator Joe, piętnastolatek, spotyka mistrza w swoim zawodzie i zostaje jego przybranym synem. Ale jak przeważnie w przypadku Nothomb streszczanie akcji nie bardzo ma sens. Jej pisarstwo przywodzi mi na myśl teatrzyk marionetek – chociaż może bardziej cieni. Nikt tu nie jest prawdziwy, postaci odgrywają zachowania jedynie z grubsza przypominające realne. A może należałoby szukać powiązania z japońskim teatrem kabuki. Kolejny raz fascynuje mnie jej konsekwencja i zastanawiam się, na ile naprawdę w ten sposób patrzy na świat, a na ile jest to poza i pielęgnowanie własnego stylu.
Trochę poza tym mam za złe rozdmuchiwanie takich form do postaci książki, bo to jest najwyżej dłuższe opowiadanie. Powinno się zebrać jej krótsze teksty w zbiór, i wtedy można by rzetelniej ocenić pisarstwo. Oczywiście to autobiograficzne pozostaje bezkonkurencyjne.

La crime du comte Neville

Pétronille

La nostalgie heureuse

Sabotage amoureux

Wigilijne psy

W pierwszym odruchu chciałam napisać, że poetyka horroru jest dla Orbitowskiego pretekstem do opowiedzenia o codzienności polskiej. Zabrzmiałoby nieźle, i byłaby w tym jakaś część prawdy, ale to nie tak. On ma opowieść niesamowitą we krwi, to jego autentyczny sposób widzenia świata. A przy tym jest obserwatorem niepokojąco doskonałym. Część fantastyczna splata się u niego ściśle z niemal bolesnym realizmem tworząc charakterystyczny amalgamat. Jego duchy są dzięki temu naprawdę przerażające. Trochę jak w „Innej duszy”, gdzie wiwisekcja młodocianego psychopaty zapada w pamięć, bo dokonuje jej jego kolega, z całym autentyzmem czternastolatka żyjącego tu i teraz w Bydgoszczy.

Horroru wielbicielką nie jestem, mam natomiast od najmłodszych lat słabość do klasycznej opowieści grozy, takiej z niedopowiedzeniem i tajemnicą. To jest pierwotny rodzaj opowiadania, w prostej linii wywodzący się od baśni, rzeczy niewyjaśnione dzieją się tu i teraz, przydaje się morał. Czytałam niejedno i jestem odporna na wiele chwytów literackich, ale po każdym opowiadaniu z „Wigilijnych psów” musiałam robić przerwę. A kiedy podnosiłam nieprzytomny wzrok znad tekstu, świat wyglądał nieco inaczej. To rzadki dar. Domeną Orbitowskiego są małe miasteczka, paskudny blok na rubieżach Krakowa, ludzie, którzy przegrali życie; wszystko opisywane znakomitym, precyzyjnym i chłodnym stylem. On potrafi uchwycić i bardzo potoczny, nieraz wulgarny język, i odmalować atmosferę w zwięzłym, ale niemal poetycznym fragmencie. Nieustająco zderza przeciwieństwa w sposób tak naturalny jak oddychanie. I te postaci, prawdziwsze niż życie.

Excentrycy

1957, Ciechocinek. Czterdziestoletnia dentystka Wanda prowadzi samotne życie, mieszka w podupadającym pensjonacie Bayerowej. Czasem dostaje paczki od brata, który w 1939 został w Anglii (płynął na „Piłsudskim”, którego kapitanem był Stankiewicz – tak, „Znaczy kapitan”). Aż nagle nadchodzi informacja, że za trzy tygodnie wraca. Faktycznie, zjawia się szastający funtami Fabian, który chce grać swing, na przekór modzie i szarej rzeczywistości polskiej, i który wniesie w życie zapyziałego Ciechocinka zupełnie inny powiew. Zwłaszcza, kiedy spotka Modestę. To bardzo piękna książka, opowiadająca o tamtych trudnych okołowojennych losach ludzkich bez żadnej martyrologii. Kowalewski stworzył znakomite, żywe, barwne postaci, mówiące charakterystycznym językiem (nadal mam w uszach „Jesteśmy prze! Każden jeden prze!” Ludmiły). O swingu pisze niemal na granicy egzaltacji, nigdy jej jednak nie przekraczając. Jest miejscami zabawny, miejscami niesłychanie prawdziwy: choć wiem, że w opisywanym czasie autor miał rok, a książka powstała już w naszym stuleciu. Pewnie dlatego tamte ciężkie czasy w jego ujęciu opromienione są dziwnym blaskiem nostalgii. Trzeba tu trochę znać historię polską, ona się pojawia raczej między wierszami, może stąd płynie subtelny urok tej powieści.

Misja grawitacyjna

Hal Clement był o rok młodszy od Lema, skończył astronomię, chemię i pedagogikę. Podczas wojny latał na B-24, a potem był nauczycielem nauk ścisłych. Oraz pisał powieści s-f, na przykład wydaną w 1953 „Misję grawitacyjną” (czytałam ją w oryginale, uprzedzona, że tłumaczenie polskie podobno woła o pomstę do nieba, ale osobiście nie sprawdzałam). Odrobinę się zestarzała, ale tylko odrobinę – ach ten suwak logarytmiczny w rakiecie. Ludzie są na misji na planecie Mesklin, która wiruje niezwykle szybko wokół osi, i dlatego po pierwsze jest bardzo spłaszczona, a po drugie na biegunie panuje ciążenie 700g, stopniowo malejące aż do równika, gdzie jest tylko 3g. Ludzie mogą przebywać tylko tam, a i to ze sporym problemem. To pech, bo ich rakieta zwiadowcza z mnóstwem bezcennych instrumentów wylądowała na biegunie. Na szczęście są Mesklinici, rozumne stwory o mnóstwie nóg, długości ze 30 cm, przystosowane do życia w wysokim ciążeniu, błyskawicznie uczące się angielskiego, i chętne do pomocy. Problem polega na tym, że nigdy w życiu nie przekroczyli równika, są bowiem przekonani, że ich świat ma kształt miski, z największym ciążeniem na spodzie, i z zerowym na brzegu, wobec czego z brzegu spadną. A spadać się boją panicznie. Clement przemyca tu masę wyjaśnień na temat chemii, fizyki, meteorologii, mnoży problemy – i wynajduje ich rozwiązania, trochę na kształt „Marsjanina”. Czyta się całkiem przyjemnie, aczkolwiek w liceum byłabym to pewnie doceniła bardziej.

Ameryka po kaWałku

Ameryka Wałkuskiego to fajny kraj, wiedziałam to już wcześniej, a teraz odkrywam na nowo w „Ameryce po kaWałku”, zbiorze dość krótkich tekstów o tym, co w tym kraju dobrego i co autor polubił przez 11 lat pobytu. Czasem się dziwię, jak kiedy opisuje możliwość ręcznego skanowania cen produktów w sklepie przez klienta, co robię z dużym zadowoleniem (o ile skaner się nie rozładuje w połowie zakupów) od chyba trzech lat w Auchanie, ale w Polsce tego rozwiązania nadal nie ma. Oraz mój koszyk co pewien czas wyrywkowo kontrolują, Wałkuski twierdzi, że w Stanach nie. Jest tu o samochodach z automatyczną skrzynią biegów, wszystkim, co w Ameryce największe, Florydzie, nieustającym optymizmie i uśmiechu, oraz o skokach na bank. W Stanach są one codziennością, ale nie wszyscy rabusie wykazują się nawet szczątkową inteligencją. Jest tu też o amerykańskim uwielbieniu dla indywidualizmu, co rzuciło mi nagle trochę światła na ich ulubione w literaturze i filmach podejście „oni są wszyscy tacy dziwni, ale to TACY DZIWNI, ale akceptujemy to bez zastrzeżeń”.

Stefania i tamto życie

Chciałam coś jeszcze Rosendorfera, to sobie przeczytałam „Stefanię i tamto życie”, niewielką opowiastkę, właściwie dłuższe opowiadanie, w którym Niemka z roku 1960 przenosi się do Hiszpanii dwieście lat wcześniej. Dość przewidywalne, bez tego zaskoczenia i oryginalności „Antona L.”, ale Rosendorfer potrafi jednak znakomicie stworzyć atmosferę. Niezwykle autentycznie i przejmująco wychodzi ta osiemnastowieczna Hiszpania, a akcja w drugiej połowie wciąga mimo zwięzłości. Pierwsza połowa się nieco wlecze, zrobiona trochę na wzór klasycznej opowieści niesamowitej z mnóstwem szczegółów mających uprawdopodobnić relację.

Lot

Świetny film widziałam, „Flight” („Lot”) Zemeckisa, z 2012. Zaczyna się od katastrofy lotniczej, pilotowi cudem udaje się posadzić na polu poważnie uszkodzoną maszynę, przeżywa 96 osób, 6 niestety ginie. Ponieważ są ofiary, musi być dochodzenie, i tutaj się zaczyna właściwa treść filmu. Pilot (Denzel Washington), skądinąd znakomity, był pod wpływem alkoholu i kokainy. Eksperci jednogłośnie stwierdzają, że nikt inny nie uratowałby tylu osób, wszyscy by zginęli. Pozostaje jednak wątpliwość: a może, gdyby był trzeźwy, nie zginąłby nikt? Poza tym nie miał prawa w tym stanie wsiadać za stery, to jasne. Oglądałam z zapartym tchem do ostatniej minuty, fantastycznie zagrany dramat. Ma oczywiście amerykańskie zakończenie, co nie przeszkadza, że wciąga i stawia istotne pytania.