Unicestwienie

Chciałam VanderMeera czytać z powodu, a jakże, opowiadań w „Krokach w nieznane”, ale „Unicestwienie” mnie rozczarowało. Jestem po prostu stara i uważam, że pisanie o eksploracji Strefy X 30 z górką lat po Strugackich mija się z jakimkolwiek celem. Atmosfera jest fajna, przyznaję, coś między surrealizmem a łagodnym horrorem. Tyle, że straszenie Nieznanym działa tylko do pewnego momentu: kiedy przerażającego nieznanego i nieopisywalnego jest za dużo, czytelnik traci punkt zaczepienia, przestaje się interesować historią, jest mu dokładnie wszystko jedno, czy bohaterka zostanie zjedzona przez jedno wyjące na bagnach niewiadome, czy inne piszące na ścianach obce. Niech już ją zje i nie zawraca głowy. To już „Metro” Głuchowskiego jest lepsze, nie wspominając o tym, że znacznie bardziej rozbudowane. Nie wiem, ile stron ma „Unicestwienie”, mocno się zdziwiłam, kiedy kindle na pierwszej stronie oszacował mi czas czytania na 53 minuty. Trwało to wprawdzie chwilę dłużej, ale niewiele, mam wrażenie, że cała książka to praktycznie dłuższe opowiadanie. VanderMeer zresztą wydał trzy tomy z tej serii w ciągu jednego roku (2014), możliwe, że całość jest jakoś bardziej przemyślana i dokądś prowadząca, dam mu jeszcze szansę (bom naiwna). Za „Unicestwienie” natomiast otrzymał Nebulę, czego kompletnie nie rozumiem. Jak bardzo kiepscy musieli być konkurenci, nie chcę nawet wiedzieć.

Fiasko

Fiasko jest gigantyczną powieścią. Czytałam ją oczywiście, ale dawno temu, i zupełnie do tego nie dojrzałam, a teraz jestem zła na siebie, że nie wróciłam do tego wcześniej. Ale wróciłam. Z olbrzymim zachwytem, bo ja tu Stephenson, Watts, Dukaj, a tymczasem Lem trzydzieści lat temu wymyślił wszystko, wszystko, wszystko. Niesamowita książka, w całości ze swoją ułomną budową: pierwszy rozdział to niedokończone opowiadanie o Pirksie, napisane wiele lat wcześniej, i to widać, wygląda trochę na doklejone do całości, co zupełnie nie przeszkadza. Samo w sobie jest bardzo dobre. Opowiada o tym, jak Pirx ginie na Tytanie idąc na ratunek ludziom, jemu z kolei z pomocą idzie młody pilot Parvis, i też mu się nie udaje. Wiele lat później zamrożone ciała odnajduje wyprawa poza Układ Słoneczny, wskrzesza jednego z nich, nie wiedzą którego, my też się nie dowiemy; i dalej już lecimy na spotkanie istot rozumnych. Bez tego wprowadzenia obserwatora z zewnątrz (który stanie się za chwilę pełnoprawnym uczestnikiem wydarzeń) Lem też by dał radę poprowadzić akcję, ale w ten sposób nadał głębszy wymiar całości, zamykając powieść precyzyjną klamrą. Jakby tu w ogóle się dało jeszcze głębszy wymiar wcisnąć, w ten wachlarz filozofii, teologii, informatyki, matematyki, fizyki, techniki, historii, nauk społecznych. Wymyślił wszystko, powiadam, komputery kwantowe obdarzone świadomością, i kroczące pojazdy identyczne jak w Avatarze. Hibernację w gęstym płynie chroniącym przed przeciążeniami, i sposób pokonania przepaści relatywistycznej używając kolapsara. I tylko z nawiązaniem upragnionego kontaktu jest problem, z zupełnie innej strony, niż nas sf przyzwyczaiła, a przecież niezwykle prawdopodobnej.

Podróżuję po świecie

Nie chce mi się pisać bloga, ponieważ gram. Zasada jest prosta, a rzecz wciąga niesłychanie: lądujemy na jakiejś drodze wyciągniętej z google StreetView, możemy się po niej przemieszczać, i należy określić swoje położenie. Na ogół jesteśmy w środku niczego i potrzebujemy ze 30 kliknięć, żeby trafić na jakąś tablicę, połowicznie zamazaną, a czasem i 100 kliknięć nic nie daje, zwłaszcza w Ameryce Południowej. Czasem natomiast jesteśmy na skrzyżowaniu ulic 45 i 17, i wprawdzie to znakomicie określa kraj, ale dalej zgaduj zgadula. Ostatnio zidentyfikowałam miasto po plakacie reklamowym agenta nieruchomości, dochodząc do wniosku, że raczej reklamuje się lokalnie, a nie dwa miasta dalej. Udało się.

Raz trafiłam w środek jakiejś zapuszczonej osady złożonej z pięciu domostw, żadnych napisów, i nie dało się stamtąd wyjść po trzech krokach w każdą stronę. Wymyśliłam kraj na podstawie intuicji, przestrzeliłam się o 1800 km, ale i tak uznałam to za niezwykły sukces. Intuicja bywa zawodna, paskudną szosę posądziłam o bycie w Rumunii, okazała się kanadyjska. Bezimienną drogę gdzieś w RPA lokalizowałam na podstawie szczegółowych wskazówek dojazdu (z dokładnością do parudziesięciu metrów). Natomiast brazylijskich faveli z niczym nie da się pomylić na pierwszy rzut oka, za to potem trafić na mapie w odpowiednią z tysiąca maleńkich uliczek jest niemal niemożliwe. Ministry of Forests jest w Kanadzie, a znaki drogowe ostrzegające przed kangurami – wiadomo gdzie. Niezwykła radocha. (Mój rekord to 24975, ale nie powiedziałam jeszcze ostatniego słowa.)

W dół do ziemi

W ramach powrotu do Silverberga tym razem „W dół do ziemi”, które czytałam ze dwa razy w młodości i miałam do niego jakąś niejasną pretensję. Podejrzewam, że wiem, o co chodziło, wyjątkowa mizoginia się tu ujawnia. W ogóle często u Silverberga kobiety są bezwolnymi kusicielkami, i tu widać to jaskrawie. Jesteśmy na planecie Belzagor, bohater wraca tam po latach z wycieczką. W pewnym momencie na jego widok panie z wycieczki (mężatki zresztą) wyciągają szminki, bardziej zainteresowane samcem niż obcą planetą wokół. Kiedy zaś odwiedza swoją dawną kochankę, której nie widział jedenaście lat, po wymianie dwóch zdań rozbiera się ona do naga. Doprawdy Robercie, ile miałeś lat pisząc to, 14? (Nie można tego wykluczyć – w każdym razie ukazało się, jak miał 35). Ale byłabym niesprawiedliwa czepiając się wyłącznie jego portretów kobiet, bo w ogóle homo sapiens nie jest tu przedstawiony w różowym świetle, i to jest tematem powieści.

Na Belzagorze są dwie rasy rozumne, nildory przypominające słonie i człekokształtne sulidory. Ziemianie jednak upierają się, że są to zwierzęta, bo obżerają się zrywając liście prosto z drzew i załatwiają potrzeby naturalne gdzie popadnie, a poza tym nie mają żadnej cywilizacji w sensie ludzkim. Ludzie wobec tego przy nich mówią „ależ to tylko zwierzęta”, i to jest genialnie odmalowane. Oraz fantastyczny jest kawałek, w którym bohater powiada z typową dla ludzi łaskawością „oddaliśmy wam prawa do tej planety” na co nildor spokojnie zauważa „nie mogliście nam ich oddać, bo żadnych nie mieliście”. Nildory mają religię z przedziwnym obrządkiem ponownych narodzin, o którym nie wiadomo za wiele, i który bohater koniecznie chce zobaczyć. Przemierza planetę napotykając różne dziwności, czasem przerażające, jak zwykle wyobraźnia Silverberga nie ma sobie równych (na lata przed „Obcym” i całą resztą efektów specjalnych).  Końcówka jest tu kolejną irytującą mnie rzeczą, ale to już de gustibus. Jedna z lektur obowiązkowych sf.

Rocznica

Jeśli naprawdę jest 10 kwietnia 2016, to znaczy, że tydzień temu przegapiłam dziesiątą rocznicę przyjazdu do Francji. Nie umiem pojąć, jak i kiedy minęło lat dziesięć. Boję się mrugnąć okiem, bo jak je otworzę, będzie dwadzieścia. Lat temu dziesięć odkrywałam ze zgrozą taxe d’habitation, a koleżanka z tej notki mieszkała wtedy tu, gdzie dziś pracuję, Paryż jest mały.

Się kręci

Wierzę, że osobnik, który mi zajechał drogę, gdy on skręcał, a ja jechałam ścieżką rowerową prosto, chciał dobrze, przekonany był, że zdąży, w końcu dopiero co ruszyłam spod świateł. Zresztą miał rację: zdążył – kosztem tego, że bardzo gwałtownie nacisnęłam na oba hamulce ze świeżymi klockami, rower stanął w miejscu dęba, ja zeskoczyłam, rower się przewrócił. Podniosłam i zeszłam na bok, nawet nie bardzo przestraszona, a po chwili odkryłam, że tylne koło przestało spełniać swą podstawową funkcję. Blokował je hamulec. Rozpięłam hamulec, co nic nie pomogło. Dotarło do mnie, że koło jest scentrowane. Dowlokłam pojazd na pobliski przystanek, pozostawiłam go tam samotnie, i udałam się do pracy, co wymagało ode mnie przejścia 2 km od przystanku docelowego do biura. Nie chodzę pieszo, od kiedy w sierpniu popsuło mi się kolano. Zrozumiawszy jednak powagę sytuacji nie przeszkadzało nadmiernie.

W pracy pracowałam, po czym w ulewnym deszczu wróciłam 2 km na przystanek. Przestało padać, kiedy tylko nań doszłam. Dojechałam do miejsca pozostawienia roweru, zataszczyłam mokry pojazd na przystanek. Następowała jedna z dwóch bardzo delikatnych części planu. Należało przekonać kierowcę autobusu, aby wpuścił rower.
– Proszę pani, ja bym panią wpuścił, ale nie ma miejsca, niech pani zobaczy sama – kierowca wychylił się z szoferki. Faktycznie, tłumu nie było, ale ludzie stali.
– Widzę, oczywiście – stropiłam się.
– A daleko pani jedzie? Jak się ludzie zgodzą, niech pani wsiada – machnął ręką. Nie spodziewałam się cudu, sama bym się nie wpuściła.
– Przepraszam bardzo, mogłabym wsiąść z rowerem? Uszkodzony, wypadek… – zapytałam jednak odważnie. Ludzie rozstąpili się jak Morze Czerwone przed Mojżeszem, umieściłam się w autobusie. Nadciągała druga delikatna część planu.

W serwisie rowerowym Go Sportu młody sprzedawca widząc mnie z rowerem natychmiast radośnie oznajmił
– Pascala nie ma, ale za chwilę przyjdzie, ja go znam, zaraz będzie! Ale ma pani umówioną wizytę? Bo jak nie, to on raczej nie będzie miał możliwości naprawić – zatroszczył się.
Wiem, znam ten serwis, na poczekaniu tylko przebite dętki, miałam jednak nadzieję, że nagły wypadek i scentrowane koło dadzą się załatwić w ramach dętki. Poczekałam.
– O, koło pani scentrowała – powiedział Pascal. –  Wymienić trzeba.
Spojrzałam wyczekująco i z nadzieją.
– Ale ja nie mam – rozwiał moje nadzieje. – Wyszły akurat. Jutro będę miał dostawę, powinny być koła. Niech pani jutro zadzwoni. Jak nie, to we wtorek.

To była ta delikatna część planu, na której poległam zgodnie z przewidywaniami, ale jeszcze nie wszystko było stracone. Wyszłam przed serwis i zadzwoniłam do drugiego, kilometr dalej.
– Mają panowie koła 28 na stanie?
Padło kilka pytań, na które odparłam
– Uch, nie wiem, zwykły miejski rower.
Ostatecznie stanęło na tym, że jakieś koła mają, mogę podjechać… czy raczej podejść, a nawet powlec się i Rosynanta. Kolejny kilometr, ale zaczynało mi już być wszystko jedno. Kiedy się dowlokłam, pan z serwisu z dużą energią tłumaczył przez telefon, że nie przyjmie zaproszenia, nie będzie jadł de la merde, nawet jeśli jest za darmo. Przerwał rozmowę na sekundę, żeby zapytać, co właściwie sie stało. Machnęłam ręką w kierunku koła i rzekłam, że scentrowane, wymienić. Kiwnął głową, kazał przyjść po odbiór wieczorem, wrócił do tłumaczeń, że nie chce żadnego zaproszenia. Poszłam sobie do domu na piechotę, kolano najwyraźniej było w szoku i nie protestowało.

Wróciłam wieczorem autobusem, spodziewając się rachunku za nowe koło w okolicy 50€.
– Naprawiliśmy pani – rzekł pan z serwisu. – Vincent wycentrował jak należy, wcale nie trzeba było wymieniać. 16€.
– Ooo! – ucieszyłam się szczerze. – A w Go Sporcie kazali wymieniać! Dobrze, że nie mieli!
– E, bo oni nie umieją wycentrować- pan machnął pogardliwie ręką.
Koło się kręci.

Nic zwyczajnego

Zwykle oddzielam autora od jego dzieła, bo na ogół donikąd ta droga nie prowadzi (a potem się dziwię, jak taka kanalia mogła napisać coś tak pięknego, albo ktoś o przekonaniach tak odmiennych od moich coś tak trafiającego prosto do mnie i najwyraźniej dla mnie właśnie przeznaczonego). Literatura i inna sztuka powinna bronić się sama. Szymborska jednak właściwie powinna dostać Nobla za bycie Szymborską, ponieważ wszystko, co robiła, splatało się w spójną całość, a jestem o tym przekonana po lekturze wybornych wspomnień z Rusinkowego jej sekretarzowania „Nic zwyczajnego”. Został sekretarzem natychmiast po Noblu i towarzyszył naszej poetce przez piętnaście lat. Lat wypełnionych szacunkiem, podziwem, i przyjaźnią. Udała mu się tu rzecz nader trudna: ani jej nie stawia na piedestale, ani w żaden sposób nie uchybia pamięci. Nie korzysta też z kuszącej okazji, żeby pisać o sobie. Oddaje chyba doskonale prawdziwie jej osobowość, autentyczność prostolinijności i zadziwienia, z jakim oglądała świat do ostatnich chwil. Opisuje przyjaźń z Miłoszem, limeryki, wyklejanki, przytacza listy od czytelników – niektóre doprawdy kuriozalne. Dowiadujemy się, co grała orkiestra po obiedzie po ceremonii noblowskiej. Kopalnia anegdot, ale niesłychanie rzetelna. Czarująca lektura.