Vita nostra

W fejsbukowym wątku o literaturze godnej uwagi, zwłaszcza fantastycznej, ktoś przywołał „Vita nostra” Diaczenków. Znam nazwisko autorów, o książce nie słyszałam (jako jedynej z wymienionych), poszłam guglać, i z niedowierzaniem zapytałam, czy naprawdę warto – szesnastolatka w szkole magii nie brzmiała szczególnie oryginalnie ani zachęcająco. Odpowiedź mnie przekonała.

Zaczyna się od wakacji Saszki z matką, tajemniczego mężczyzny w czarnych okularach, dnia świstaka, wymiotowania złotymi monetami: nie byłam przekonana, ale wciągnęło mnie jakoś niepostrzeżenie. A potem jest tak, że bardzo długo nie miałam pojęcia, jaki to właściwie gatunek. Coś tu jest ze Strugackich „Poniedziałku, który zaczyna się w sobotę”, a tajemniczy Korzennikow jakoś tchnie Wolandem. Opis dziwacznego uniwersytetu, relacji między studentami jest duszno realistyczny; niesamowitości jest tu bardzo niewiele, ot tak na okrasę. A to, że bardzo długo nie miałam zielonego pojęcia, dokąd autorzy zmierzają, jest zdecydowanie na plus. Końcówka jest mniej na plus, jest mętna: w ogóle nie należy się tu spodziewać żadnej precyzji, to jest jednak urban fantasy, ale summa summarum dość oryginalne, choć każdy pomysł osobno gdzieś już był.

Opowieść położnej

Pewnego dnia w szpitalu pojawiła się rodząca kobieta z mężem. Mąż zaczął poganiać położną, szybko szybko, bo żona ma już 4 cm rozwarcia. Położna nieco się zdziwiła i zapytała
– A kim pan jest?
– Ja? Elektrykiem – odparł ginekolog amator.
Znacznie zabawniejsze jest jednak to, że badanie przez położną faktycznie wykazało 4 cm rozwarcia…

Accident nocturne

Ukochanym rekwizytem Modiano jest notes z adresami, chociaż w „Accident nocturne” pojawia się dość późno i przelotnie. Należał do ojca, z którym bohater spotykał się rzadko, w coraz odleglejszych kawiarniach. Ale nie on jest główną postacią, fabuła obraca sie wokół wypadku: na placu Madeleine pewnej nocy bohatera potrącił samochód prowadzony przez kobietę z blizną. Na policji pojawia się mężczyzna, narrator po pewnym czasie budzi się w klinice i wychodzi z niej, mając na nodze opatrunek, w kieszeni podpisane przyznanie się do winy, oraz dość sporą jak na siebie kwotę, przekazaną przez tajemniczego mężczyznę. Będzie starał sie go odnaleźć, przypominając sobie mgliście swoje dzieciństwo.

Jak zwykle u Modiano, adresy są dokładne, lecz czas i chronologia mimo wszelkich wysiłkow uległy zatarciu. Podziwiam, jak tka fabułę ze szczątków i impresji. Znakomicie potrafi oddać niedoskonałość pamięci. Wierzymy w szczerość narratora, ze wszystkich sił próbującego odtworzyć przeszłość dokładnie, zgodnie z prawdą. I widzimy, że nie jest to możliwe. Z drugiej strony trzecia identyczna książka już mnie nieco znużyła, i zastanawiam się, czy jest sens sięgać po kolejne. (Tak, to trochę pretensja do Picassa, że malował ciągle tak samo).

Czas przemian

Kolejna zdumiewająco dobra powieść Silverberga (1971), mimo upływu lat i fascynacji narkotykami. Zaskakuje wyobraźnią, precyzją opisu, siłą przekazu. Właściwie to jest bardziej fantasy niż sf,a najbardziej fantastyka społeczna, trochę w duchu LeGuin, której cykl Haiński zaczął już w tym czasie się ukazywać. Na Borthanie żyją ludzie przestrzegający specyficznej normy społecznej, nie wolno mianowicie mówić o sobie w pierwszej osobie. Ktoś łamiący ten zakaz nazywany jest obnażaczem i traktowany jak u nas ekshibicjonista. Mają tam również czyścicieli pełniących role spowiedników. Im można mówić o uczuciach w taki sposób, w jaki nie należy ich ujawniać na co dzień. Narrator Kinnal Darival jest synem królewskim, mógłby wieść dość wygodne życie, mimo rozmaitych perypetii, lecz spotyka Ziemianina, który zachęci go do spróbowania specyficznego narkotyku pozwalającego na wgląd w dusze innych i otwarcie przed nimi swojej. Czyli wszystko to,czego borthańczycy obawiają się najbardziej i co jest absolutnie sprzeczne z podstawową zasadą ich społeczności.

Silverberg zastosował tu bardzo prosty zabieg, Kinnal nie wie, w czyje ręce dostaną się jego zapiski,zwraca się więc bezpośrednio do czytelnika objaśniając swoje otoczenie. To zaskakująco wciągająca lektura, doskonale w każdym szczególe wymyślony świat, i bohater, który nie kryje swoich wad i ułomności, a przez to jest oszałamiająco realistyczny. Kolejny raz trudno mi uwierzyć, że Silverberg to wszystko po prostu wziął i wymyślił. I kolejny raz podziwiam, jak łączy bogactwo tej fantazji z oszczędnością relacji.

Southern Reach

Cud się jednak stał. Druga część Southern Reach („Ujarzmienie”) jest znowu na przeczekanie, natomiast trzecia („Ukojenie”) jest dobra. Ma sens, rytm, klimat – klimat przede wszystkim. W którymś momencie pomyślałam, że gdyby to nie brzmiało absurdalnie, to powiedziałabym, że jest w tym coś z Muminków, i że naprawdę już przeginam z takimi porównaniami. Otóż VanderMeer wymienia Muminki w posłowiu wśród swoich inspiracji, co sporo tłumaczy. I tutaj kłaniam się nisko, bo idę o zakład, że takich, którzy chcieli muminkować, było bardzo wielu, to wygląda na urzekająco proste i zaraźliwe. Jest wprost przeciwnie – a VanderMeer w jakiś swoisty sposób dał radę. Nie jestem wielbicielką i nadal mam mieszane uczucia, ale to jest jednak interesujący kierunek.

Księżniczka po przejściach

Strasznie krótkie, ale napisane samodzielne, i bardzo szczere, choć z przekąsem. Carrie Fisher przed byciem Leią była córką gwiazdy filmowej Debbie Reynolds, miała dom z trzema basenami i ośmioma różowymi lodówkami. Pisze o tym otwarcie, pokazując, że to wcale nie było takie znów fajne jak sobie wyobrażamy, ale też bez fałszywego użalania się nad sobą. Podobnie o alkoholizmie i narkotykach. Żadnych anegdot z planu „Gwiezdnych wojen”, ale i tak ją polubiłam. Tak, to jest osoba, która mogła wystąpić jako pięćdziesięcioletnia generał Leia, i nie musi mieć figury dwudziestolatki. Zadaje kłam stereotypom, że aktorzy nie mają za wiele rozumu. Szkoda, że to takie krótkie, chociaż może i lepiej, bo faktycznie fatalnie przetłumaczone. Czytałabym więcej, w oryginale.

Cafe Society

Klasyczny Woody Allen: literacka, niemal nachalna, narracja z offu, prześliczne zdjęcia, lata trzydzieste, Hollywood, magia kina. Młodziutki Bobby pochodzący z żydowskiej rodziny z Bronksu przyjeżdża szukać szczęścia w fabryce snów, gdzie jego wuj (rola przeznaczona dla Bruce’a Willisa, który po paru dniach zdjęć porzucił film dla „Misery”, ostatecznie zagrał tu Steve Carell) jest nieźle prosperującym agentem. Chłopak zaprzyjaźnia się z jego sekretarką (Kristen Stewart), a właściwie w niej zakochuje. W tle żydowska rodzina i brat gangster. Zastanawiałam się, dlaczego osiemdziesięcioletni reżyser postanowił wrócić do okresu wchodzenia w dorosłość. Wyjaśnia się pod koniec. Allen kolejny raz mówi nam, że beztrosko dokonywanych wyborów nie da się cofnąć, że ukształtują nasze życie, zanim się obejrzymy. Każe się zastanowić, co naprawdę jest ważne. Nie oszukuje przy tym, że blichtr Hollywoodu nie jest przyjemny.

Jest tu kilka uroczych scen, zwłaszcza ta, w której żydowska para dowiaduje się, że syn w celi śmierci postanowił zostać chrześcijaninem, trochę jakby wyjęta z zupełnie innego filmu. Nic oryginalnego, ale świetnie zagrane i podane w sosie, do którego mam słabość i pewnie już zawsze będę miała.