Codzienność

Firmowe spotkanie na szczycie, przedstawiam się dyrektorowi doradczemu. Pyta, skąd jestem, odpowiadam.
– Ale jest też Francuzką, prawda – reaguje błyskawicznie mój prezes. Przechodzę nad tym do porządku dziennego, zajęta innymi sprawami, i dopiero potem uświadamiam sobie, że to już. Skończyła się mrzonka o wielkiej europejskiej wspólnocie, zaczęło być istotne, kto Francuz, kto nie. Zupełnie nie wiem, jak sobie poradzi moja firma, oparta na Tunezyjczykach, Marokańczykach, Algierczykach, ludziach z korzeniami w Kongu, Beninie, Mali. Na pewno coś wymyślą, oczywiście – muszą – ale pewna epoka się skończyła.

Skończyła się też epoka Paradowskiej.

Library of Souls

Ransom Riggs ewidentnie zdążył nadrobić braki w znajomości Harry’ego Pottera, bo w trzecim odcinku  cyklu o Miss Peregrine bohatera rozpoznają jako TEGO chłopca, który jako jedyny będzie walczył ze ZŁYM. Hollowspeak jest tak podobne do Parseltongue, jakby Harry z Jacobem byli bliźniakami. Znajomości Tolkiena nawet nie próbuje się wypierać, przywołuje go otwartym tekstem dokładnie w tym momencie, w którym od dwóch stron myślałam „tak się bardzo starał, żeby wyglądało inaczej, ale to zupełnie jak Frodo pod bramą Mordoru, ciekawe czy rozwiązanie problemu też od niego ściągnie”. Ale to naprawdę całkiem przyzwoita urban fantasy, ładnie pomyślana, porządnie poprowadzona akcja – i te fotografie. Nauczyłam się już rozpoznawać, kiedy jakąś opisuje i zobaczymy ją na następnej stronie. Doceniłam motyw „nie będą nami rządzić baby, to my samce jesteśmy do tego stworzeni” chwilę przed upadkiem Złego. Uważam, że ten odcinek znacznie lepszy od pierwszego, rozkręcił się, chociaż nadal trochę mu brakuje porządnego przemyślenia reguł tego świata.

Pasterska korona

To jest ostatnia książka Pratchetta, i bałam się jej, ponieważ jest to… ostatnia książka Pratchetta, i ponieważ umiera w niej babcia Weatherwax (od tego się zaczyna, więc nie zdradzam wielkiego sekretu). Babcia ma taką śmierć, na jaką sobie zasłużyła całym swoim życiem, i cieszę się, że Pratchett zdążył o tym napisać, sam świadom, że nie zostało mu wiele czasu. W trakcie lektury obawiałam się, że może nie być dokończona, ale jest, nawet jeśli wersja ostateczna zawierałaby pewnie domknięcie jeszcze paru wątków.  To jednak skończona całość, ostatnie przesłanie naszego ukochanego autora, i mimo pewnej naiwności (nie wierzę, że psychopatę da się paroma słowami przerobić w dobrego człowieka, i wolałabym, żeby nikt w to nie uwierzył) to piękna książka. Nawet jeśli nie dorównuje „Panom i damom”, którą niejako domyka. Młoda Tiffany Obolała przejmuje spuściznę po babci Weatherwax, chociaż oczywiście tej się nie da zastąpić. Nikogo nigdy nie da się zastąpić, lecz życie nieustannie toczy się dalej.

Śladami Steinbecka: W poszukiwaniu Ameryki

Przed Riggsem czytałam przez trzy tygodnie bardzo obszerną, arcyciekawą, niesłychanie wnikliwą książkę Geerta Maka, holenderskiego dziennikarza, który dokładnie pół wieku po „Podróżach z Charleyem” Steinbecka przejechał jego śladami. Patrzy na Amerykę roku 2010 oczami przybysza z zewnątrz, z naszej małej i starej Europy, zauważa mnóstwo szczegółów, i w końcu powiada dobitnie, że Steinbeck zmyślał, co nie jest specjalnym zaskoczeniem chyba dla nikogo. Za to zdumiało mnie, że Chicago w roku 1833 liczyło sobie 350 mieszkańców, żeby pół wieku później mieć ich ponad pół miliona, a chwilę później milion. Oszałamiające i niewyobrażalne. Większość Ameryki tak się rozwijała, budowali linie kolejowe, a co 7 kilometrów osadę, w każdej Main Street z bankiem, i mieszkańcy każdej uważali swoje miasteczko za wyjątkowe. Nie umiem sobie wyobrazić ani tamtych czasów ani mentalności tak ukształtowanych ludzi.

Miasto cieni

Ransom Riggs twierdzi, że nie czytał Harry’ego Pottera, i nawet mu wierzę, co nie zmienia faktu, że w ten modny nurt magicznej fantasy dla nastolatków wpisał się doskonale. Jeśli mu wierzyć, bardzo go to zaskoczyło, ale wykorzystać szansę umiał. „Miasto cieni”, teoretycznie druga część „Osobliwego domu pani Peregrine”, w praktyce po prostu ciąg dalszy, bo to nie są żadne części, a już na pewno nie żadna trylogia, tylko odcinki serialu, „Miasto cieni” otóż jest zupełnie niezłe. Oczywiście, nadal nie jest w żadnym kawałku oryginalne, natomiast Riggs kontynuuje zabawę starymi fotografiami i muszę przyznać, że to niesłychanie dodaje całości klimatu. Umiał je doskonale wkomponować w akcję, która jest wartka, baśniowo-mroczna, plus Londyn rok 1940. Już gdzieś czytałam te opisy domu ze zburzoną tylko jedną ścianą, oraz lecących bomb, ale jestem zadowolona, że przeczyta to milion nastolatków na świecie, którzy nie czytali tego co ja. Tylko tak możemy uniknąć powtórki, choć wiem, że i tak zginiemy z rąk jakiegoś wyznawcy wiary w rajskie dziewice oraz narkotyki, który nie bardzo wie, że istnieje coś takiego jak książki. Ale próbować warto.

„Miasto cieni” naturalnie kończy się w połowie akapitu, ale nie spodziewałam się niczego innego. Trudno, trzeba przywyknąć. Ostatecznie nic nowego, kiedyś w gazetach drukowano powieści w odcinkach, teraz gazet nie ma, za to są ebooki. A w ogóle za ten passus wybaczam autorowi wiele: „Nigdy nie jeździłem konno. Nie dlatego, że nie uważałem koni za piękne i majestatyczne stworzenia, najwspanialsze w królestwie zwierząt i tak dalej. Po prostu nie wierzyłem, że jakiekolwiek zwierzę było choćby śladowo zainteresowane dźwiganiem ludzi na grzbiecie. Poza tym konie były olbrzymie, miały imponujące mięśnie i wielkie zębiska, a do tego patrzyły na mnie tak, jakby wiedziały, że się boję, i tylko czekały na okazję, aby mnie kopnąć w łeb. Nie wspominając już o braku pasa bezpieczeństwa na koniu — w ogóle o braku jakiejkolwiek dodatkowej ochrony, choć przecież konie potrafiły gnać równie szybko jak samochody, za to znacznie bardziej podskakiwały. Z tego powodu całe to przedsięwzięcie wydawało się idiotyczne.

Osobliwy dom pani Peregrine

Przeczytałam, bo jesienią będzie film Burtona na podstawie. Ciekawym pomysłem jest tutaj zainspirowanie akcji autentycznymi starymi niezwykłymi fotografiami, które Ransom Riggs kolekcjonuje. Tak powstali bohaterowie: osobliwe dzieci posiadające zdumiewające zdolności. Cała reszta oryginalna już nie jest, kolejna wersja Harry’ego Pottera. Szesnastoletni narrator dowiaduje się, że bajkowe opowieści dziadka miały w sobie ziarno prawdy, niestety trochę za późno, bo dziadek ginie, zostawiając mu jednak wskazówki. Idąc za nimi Jacob odkrywa dom dla dzieci pani Peregrine oraz swoje zdolności. Do tego w tle druga wojna światowa: dziadek jest żydowskim uciekinierem z Polski, a spora część akcji dzieje się we wrześniu 1940. Takie rzeczy u autora z rocznika 1980 wywołują u mnie mieszane uczucia, z jednej strony „co ty niby możesz o tym wiedzieć, naczytał się i szpanuje” a z drugiej jednak szacunek, że dba o pamięć o tragicznej historii naszych przodków. W 98% z zaskoczeniem zapytałam kindla „jak to, już się kończy, skoro się właśnie zaczyna?!” Zdaje się, że to taka nowa poserialowa moda, żeby pisać powieści w odcinkach, urywać w środku akcji, i czekaj czytelniku na drugi albo dwudziesty tom. Nie podoba mi się, wolałabym skończoną całość, ale nikt mnie nie pyta o zdanie, a film Burtona oczywiście obejrzę. Ciekawe, czy też będzie tylko na podstawie pierwszego tomu.

Morfina

Nienawidzę wojny. Wiem, że trudno się raczej spodziewać innych uczuć, ale nienawidzę naprawdę chorobliwie i całą sobą. Intelektem ogarniam, że homo rzekomo sapiens musi walczyć o terytorium i władzę, że wpisane to jest gdzieś w pierwotną gadzią część mózgu, ale nie ma we mnie zgody, akceptacji ani tolerancji dla zabijania dzieci, odbierania ludziom domów, niszczenia całych żyć, bezmyślnego okrucieństwa w imię niczego, doskonale niczego. Chciałabym jakieś igrzyska śmierci dla chętnych, niech wszyscy ci kibole i inni agresorzy idą sobie w ustronne miejsce i tam się piorą do pierwszej krwi albo ostatniej. Ale nie ruszać niewinnych i pacyfistów, i ich domów, i wszelkich Yossarianów tego świata.

Nienawidzę wojny, dlatego o niej czytam, ale najpierw latami omijam szerokim łukiem, mówiąc sobie, że nie tym razem, poddaję się, nie chcę już więcej nigdy ani słowa; a potem ulegam. Tak z „Morfiną” Twardocha. Morfina i jesień 1939 w Warszawie to było za dużo, ale w końcu zacisnęłam zęby, i nie żałuję. Znakomicie napisane. Bohater jest paskudny: spolszczony Niemiec, zdradzający żonę, z kompleksem Madonny i ladacznicy, morfinista, oportunista. Dogłębnie przerażony, ale on był taki już przed wojną, i bez niej na pewno nie stałby się lepszym człowiekiem. Może z wojną paradoksalnie się stanie. Najszlachetniejszym bohaterem jest tutaj na przekór Niemiec, oficer gestapo, ojciec głównego bohatera. Narracja jest jednocześnie w pierwszej, drugiej i trzeciej osobie, i Twardoch perfekcyjnie nad tym panuje, duży talent. Choć w 80% miałam już serdecznie dość manieryzmu polegającego na narzędniku po orzeczniku, nie do zniesienia w tej ilości. Jeśli to ma być jego znak rozpoznawczy, to chyba nic więcej nie przeczytam, a chciałam. Współnarratorką jest tutaj niewidoczna wszechwiedząca istota, w moim odbiorze Mojra, ta przędąca nić żywota ludzkiego, która zna losy bohaterów, i czasem nam o nich opowiada, ze wstrząsającą, okrutną zwięzłością.

To nie jest powieść o wojnie, tylko o dramatycznym poszukiwaniu tożsamości i sensu. O stawaniu się człowiekiem. O tym, kim chcieli nas uczynić nasi rodzice, i co możemy z tym zrobić w czasach niepokoju. Coś jest tutaj z Gombrowicza, zwłaszcza te wizje przedwojennego arystokraty. Coś z Żulczyka „Ślepnąc od świateł„, przez narrację w wykonaniu czarnego charakteru. Ale „Morfina” ma jednak paradoksalnie optymistyczną wymowę, co zresztą miałam za złe. Końcówce brakuje charakteru, jest mli-mli. Mógł dać wybrzmieć wszystkim akordom do końca, a nie zagłuszać. Ale przy tak niezwykle trudnym temacie odwaga Twardocha granicząca z bezczelnością jest godna podziwu.