Morfina

Nienawidzę wojny. Wiem, że trudno się raczej spodziewać innych uczuć, ale nienawidzę naprawdę chorobliwie i całą sobą. Intelektem ogarniam, że homo rzekomo sapiens musi walczyć o terytorium i władzę, że wpisane to jest gdzieś w pierwotną gadzią część mózgu, ale nie ma we mnie zgody, akceptacji ani tolerancji dla zabijania dzieci, odbierania ludziom domów, niszczenia całych żyć, bezmyślnego okrucieństwa w imię niczego, doskonale niczego. Chciałabym jakieś igrzyska śmierci dla chętnych, niech wszyscy ci kibole i inni agresorzy idą sobie w ustronne miejsce i tam się piorą do pierwszej krwi albo ostatniej. Ale nie ruszać niewinnych i pacyfistów, i ich domów, i wszelkich Yossarianów tego świata.

Nienawidzę wojny, dlatego o niej czytam, ale najpierw latami omijam szerokim łukiem, mówiąc sobie, że nie tym razem, poddaję się, nie chcę już więcej nigdy ani słowa; a potem ulegam. Tak z „Morfiną” Twardocha. Morfina i jesień 1939 w Warszawie to było za dużo, ale w końcu zacisnęłam zęby, i nie żałuję. Znakomicie napisane. Bohater jest paskudny: spolszczony Niemiec, zdradzający żonę, z kompleksem Madonny i ladacznicy, morfinista, oportunista. Dogłębnie przerażony, ale on był taki już przed wojną, i bez niej na pewno nie stałby się lepszym człowiekiem. Może z wojną paradoksalnie się stanie. Najszlachetniejszym bohaterem jest tutaj na przekór Niemiec, oficer gestapo, ojciec głównego bohatera. Narracja jest jednocześnie w pierwszej, drugiej i trzeciej osobie, i Twardoch perfekcyjnie nad tym panuje, duży talent. Choć w 80% miałam już serdecznie dość manieryzmu polegającego na narzędniku po orzeczniku, nie do zniesienia w tej ilości. Jeśli to ma być jego znak rozpoznawczy, to chyba nic więcej nie przeczytam, a chciałam. Współnarratorką jest tutaj niewidoczna wszechwiedząca istota, w moim odbiorze Mojra, ta przędąca nić żywota ludzkiego, która zna losy bohaterów, i czasem nam o nich opowiada, ze wstrząsającą, okrutną zwięzłością.

To nie jest powieść o wojnie, tylko o dramatycznym poszukiwaniu tożsamości i sensu. O stawaniu się człowiekiem. O tym, kim chcieli nas uczynić nasi rodzice, i co możemy z tym zrobić w czasach niepokoju. Coś jest tutaj z Gombrowicza, zwłaszcza te wizje przedwojennego arystokraty. Coś z Żulczyka „Ślepnąc od świateł„, przez narrację w wykonaniu czarnego charakteru. Ale „Morfina” ma jednak paradoksalnie optymistyczną wymowę, co zresztą miałam za złe. Końcówce brakuje charakteru, jest mli-mli. Mógł dać wybrzmieć wszystkim akordom do końca, a nie zagłuszać. Ale przy tak niezwykle trudnym temacie odwaga Twardocha granicząca z bezczelnością jest godna podziwu.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s