Diuna

Organoleptycznie przekonałam się, że nadal nie lubię „Diuny”. Czytałam ją raz wieki temu i postanowiłam sprawdzić, czy moja ówczesna niechęć jakoś uległa zmianie, w końcu to wielka klasyczna powieść. Niestety. Niech sobie będzie wielka, nie lubię, a najgłupsze, że nie wiem dlaczego. Mój mózg na indagacje wydusił z siebie „a bo to takie Starwarsowe”, na co reszta mózgu padła plackiem, bo to w końcu Frank Herbert był znacząco pierwszy, a poza tym ja przecież lubię Star Wars, więc o co niby mi chodzi? Świat jest świetny, należało go wymyślić. Wykonanie jest doskonałe, chylę czoła szczerze. Całość nie zestarzała się ani na jotę przez pół wieku, które właśnie skończyła, duża rzecz. Krysnoże, Fremeni, jazda na czerwiu, szanowanie i zbieranie wody, filtr(fr)aki, wszystko bardzo ok. Harkonnenowie i Atrydzi – tu się zaczyna problem, nie lubię fantasy, pisałam już. Irytuje mnie Paul Atryda i cała jego przemiana, matka jego też mnie w zasadzie irytuje. Chyba się nie mogę z nikim tu utożsamić i to mi przeszkadza. Absolutnie nie znoszę tej sceny, w której Paul nagle oświadcza, że z powodów politycznych poślubi wiadomo kogo, a jego konkubina Chani na to się płaszczy i pyta nieśmiało czy ją w takim razie odrzuci. Chani, dumna Fremenka, zamiast wyjść trzaskając drzwiami – naprawdę, Herbert masz szczęście, że już nie żyjesz. 

I tak to. Największy problem w tej chwili sprawia mi decyzja, czy mam czytać dalsze części, których nigdy nie przeczytałam. Nie ma to chyba specjalnego sensu, skoro pierwsza mnie nie zachwyca; z drugiej strony sporo osób mówi, że podobała im się tylko oryginalna, może ze mną będzie odwrotnie. Kto to może wiedzieć.

Inne rozkosze

Z zaskoczeniem odkryłam, że przeoczyłam jakoś „Inne rozkosze” Pilcha, tym większą przyjemnością było ich przeczytanie na wakacjach. To niedługa, znakomicie napisana opowieść, przywodząca nieco na myśl Hrabala, ale to po prostu Pilch, całkowicie osobny ze swoim Śląskiem Cieszyńskim, luteranizmem i wielopokoleniową rodziną żyjącą w dużym domu pamiętającym czasy pradziadów. Tam właśnie pojawia się pewnego wieczoru aktualna kobieta Pawła Kohoutka, z plecakiem i wielką walizą pełną książek, zdecydowana z nim zamieszkać. Nie bardzo jest dla niej miejsce, bo jest Oma, babka Kohoutka i pan Naczelnik, i pani Wandzia i matka pani Wandzi, matka Kohoutka i ojciec Kohoutka, Pastorowa i Pastor, i jeszcze przystojna żona Kohoutka oraz jego osowiałe dziecko. Wszyscy oni mogą ją zauważyć. Pokój może by się i znalazł, ale nie wynajmuje się pokojów żadnym przypadkowym ludziom, bo przecież chcieliby korzystać z łazienki i kuchni, co za koszmarna myśl (to najzabawniejsza scena książki i w ogóle jedna z najśmieszniejszych, jakie ostatnio czytałam). Aktualną kobietę Kohoutek umieszcza więc cichcem na strychu. W tle są urodziny Omy, babki Kohoutka, i ukryty przez nią gdzieś słój pulpetów wołowych, oraz doktor nauk weterynaryjnych Franciszek Józef Oyermah, leczący niezliczone pokolenia protestanckich zwierząt domowych.

Nie umiem zdecydować, czy większą rozkoszą w tej opowiastce jest śledzenie perypetii, dziejów, i charakterów bohaterów, czy samo napawanie się każdym idealnie napisanym zdaniem, doskonałym i trafnym. Zapomniałam, jak Pilch dobrze pisze, a teraz mam ochotę wrócić do jego innych książek, i do Hrabala.

Dworzec Perdido

Znalazłam Mieville’a. Od pierwszej lektury minęło sporo czasu, niemało przez ten czas przeczytałam, i ciekawa byłam, czy to faktycznie jest tak dobre, jak mi się wydawało. Nie jest tak dobre; jest znacznie lepsze. Pierwsze trzy strony przykuwają do siebie w sposób hipnotyczny, a dalej jest tylko intensywniej. Po 270 stronach dość drobnego druku sapnęłam z niedowierzaniem „a przecież to się dopiero zaczyna!” – właściwie dopiero naszkicował ten świat i zaczyna go wypełniać. Na 270 stronach, niejeden by w tym trylogię zmieścił. Bez złośliwości, szanuję VanderMeera, ale naprawdę – stawać w szranki z Mievillem się jednak nie da. To jest tak niewiarygodnie intensywne, tak pomyślane i opisane, tak odważne, tak plastyczne i gęste, że zwyczajnie zapiera dech. Niemal bezczelne, Mieville pisze, jakby żadna fantastyka w ogóle poza nim nigdy nie istniała, jakby on to wszystko właśnie wymyślił, i właściwie można mu uwierzyć. Wszystko inne blednie. Może poza Huberathem; to dość zaskakujące skojarzenie, Huberath ma większy ciężar gatunkowy, Mieville to jednak rozrywka, ale obaj są mroczni i szczegółowi w podobny sposób. Obaj kojarzą mi się z malarstwem Boscha. Dlatego nawet nie próbuję pisać o czym to jest, bo każda taka próba byłaby jak powiedzenie, że Bosch malował takie kolorowe obrazeczki.

Ta powieść ma oczywiście pewne niedostatki logiczne. Jakim niby cudem ćmy nie znalazły wcześniej tak znakomitego terenu łowieckiego, jakim jest Nowe Crobuzon. Finałowa rozgrywka jest zdecydowanie napisana z myślą „o cholera, przecież to ma tytuł Dworzec Perdido, muszę ten dworzec gdzieś szybko wstawić, żeby jakoś to uzasadnić”. Ale to naprawdę drobiazgi w obliczu tego oszałamiającego pokazu wyobraźni. Chciałabym również, żeby polski tłumacz nie zachowywał zangielszczonej nazwy „vodyanoi”, tylko wrócił do oryginalnego słowiańskiego wodnika, którego swoją drogą Mieville wykorzystał naprawdę pomysłowo.

Tyrolka

Nigdy mnie nie kusiły rozrywki typu ekstremalnego, żadne tam skoki ze spadochronem, paralotnie czy inne bungee jumpy. Nawet nie to, że strach, po prostu nie miałam i nie mam ochoty. To samo zresztą z jazdą konną, ładnie wygląda na filmach, ale ja i koń nie idziemy w parze. Ale jest jedna rzecz, która mnie pociągała od kiedy ją zobaczyłam bodaj w Fort Boyard: tyrolka. Dziecko robiło to w parku linowym, i cichcem bardzo mu zazdrościłam. No, nie aż tak, żeby samej leźć do parku linowego, oczywiście. W wakacje dotarliśmy do Skaliska w Złotym Stoku, a tam – tyrolka dla dorosłych, bez konieczności łażenia po linach. 
– Oo, zawsze chciałam spróbować tyrolki! – wyrzekłam nieopatrznie. Mówisz masz, otrzymałam bilet, uprząż, i wepchnięto mnie na szkolenie. Liny ze trzy metry półtora metra nad ziemią, wpięłam rolkę, dwa karabinki, i jazda. Właściwie może by to już mi wystarczyło, ale gdzie tam, idziemy na trasę. Pierwszy przejazd krótki, nisko i lekko pod górę, żeby się nauczyć wyciągać własnymi rączkami, jeśli nie dojedziemy do końca. Było ok. A potem doszliśmy do pierwszego prawdziwego zjazdu. Lina nikła gdzieś hen w oddali, zawieszona ze 100 metrów nad ziemią, grubości pajęczyny. 
–  Zostawiłam żelazko na gazie, właśnie sobie przypomniałam – oznajmiłam desperacko i odwróciłam się na pięcie. Zatrzymano mnie. Wpięłam się w linę, wzięłam głęboki oddech… nie pojechałam. 
–  Nie, nie i nie, to absurd, nie ma sensu, ja już nie chcę – uświadomiłam sobie dobitnie, że mam zawisnąć na paseczku szerokości 5 cm nad przepaścią, i przejechać kilkaset metrów po stalowej linie. To nie tak miało wyglądać, miał mnie przypinać specjalista, a nie ja osobiście tymi rączkami, i nie tasiemką, tylko jakimiś solidnymi pasami, i miałam przejechać raz, a potem zemdleć, a nie jeszcze chodzić pod górę i jeździć wielokrotnie.
–  Nie. – rzekłam stanowczo. Ale że niby co, nie pojadę, a potem będę żałować? 
Wzięłam głęboki oddech i pojechałam. Wrzeszcząc. Głośno. Bardzo głośno. Potem tych przejazdów było jeszcze 5, gdyż odwrotu już naprawdę nie było i były emocje. Przy ostatnim zjeździe odkręciło mnie tak, że całkiem już nie wiedziałam gdzie dół gdzie góra, na szczęście tam amatorów jazdy łapał znudzony młodzieniec.